Czy strategia wzrostu usankcjonowana na szczycie G8 w Camp David jest do przyjęcia dla Niemiec, zwłaszcza w kontekście zapewnień nowego prezydenta Francji, że domagać się będzie wprowadzenia euroobligacji?
Cornelius Ochmann: Trudno mi oceniać te zamiary z ekonomicznego punktu widzenia, ale politycznie są dla Berlina nie do przyjęcia. Bez zgody Niemiec nie ma mowy o wprowadzeniu wspólnych obligacji. Kanclerz Merkel, jej doradcy i całe najbliższe otoczenie nie mają wątpliwości, że dotychczasowa polityka stabilizacyjna daje konkretne rezultaty i nie ma powodów, aby od niej odchodzić. Na to się Merkel nigdy nie zgodzi.
Dlaczego, skoro euroobligacje są instrumentem mających zagwarantować wzrost?
Rząd jest gotów zaakceptować inicjatywy uzupełniające pakt stabilizacyjny. Może więc być mowa o przeznaczeniu określonych funduszy na programy stymulujące gospodarkę i tym podobne zamierzenia. Ale pani kanclerz odrzuci wszystkie pomysły zawierające ideę wspólnych obligacji europejskich, za które odpowiadają wszyscy solidarnie. Ich przyjęcie oznaczałoby utratę twarzy przez szefową rządu, która od dwu lat dobitnie artykułuje swój sprzeciw.
Z badań wynika, że zdecydowana większość obywateli nie chce nic słyszeć o pomocy Grecji i innym krajom.
W przyszłym roku odbędą się wybory do Bundestagu i Merkel nie może sobie po prostu pozwolić na zmianę strategii wobec Europy. Przekonała swych wyborców, że w zamian za zaangażowanie przez Niemcy miliardów na pomoc krajom zagrożonym bankructwem uzyskała gwarancje dyscypliny fiskalnej zawarte w pakcie fiskalnym, mające zapobiec powtórzeniu się obecnej sytuacji. Z tego nie może się wycofać i liczy na pomoc takich krajów jak Polska.