48. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych. Gdynia bez ważnych artystów

W konkursie Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych zabraknie głośnych tytułów Holland, Koszałki, Szumowskiej i Matuszyńskiego.

Publikacja: 01.08.2023 03:00

„Zielona granica” Agnieszki Holland będzie pokazana w konkursie festiwalu w Wenecji, a nie w Gdyni

„Zielona granica” Agnieszki Holland będzie pokazana w konkursie festiwalu w Wenecji, a nie w Gdyni

Foto: materiały prasowe

W tegorocznym konkursie festiwalu gdyńskiego znalazło się 16 tytułów. Około połowy z nich to obrazy historyczne – od odbrązowiającego postać Tadeusza Kościuszki filmu „Kosa” Pawła Maślony oraz „Raportu Pileckiego” Krzysztofa Łukaszewicza i Leszka Wosiewicza aż po kilka filmów, których akcja toczy się w latach PRL-u – m.in. „Figuranta” Roberta Glińskiego o esbeku inwigilującym Karola Wojtyłę czy „Imago” Olgi Hajdas.

Będą też nowe filmy Sławomira Fabickiego („Lęk”), Jana Holoubka („Doppelhanger. Sobowtór”), Doroty Kędzierzawskiej („Sny pełne dymu”) czy Jana Kidawy-Błońskiego (współczesna „Różyczka 2”). A także kolejna animacja Doroty Kobieli i Hugh Welchmana „Chłopi” czy aktorska fabuła „Fin del Mundo” znakomitego animatora Piotra Dumały.

Białoruska granica na festiwalu w Gdyni

Jednak równie ciekawa jest w tym roku lista filmów, których w Gdyni nie zobaczymy. Przede wszystkim każdy polski kinoman ma prawo się zdziwić, dlaczego „Zielona granica” Agnieszki Holland i „Kobieta z…” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta znalazły się wśród 23 tytułów z całego świata, które będą na początku września walczyły o prestiżowego, weneckiego Złotego Lwa, a trzy tygodnie później nie będzie ich wśród polskich filmów rywalizujących o gdyńskie Złote Lwy?

Czytaj więcej

Festiwal Filmu i Sztuki - BNP Paribas Dwa Brzegi. Lato to dobra pora dla ciekawych i ambitnych filmów

Fabuła „Zielonej granicy”, która na polskie ekrany wejdzie już 22 września, została zainspirowana wydarzeniami z granicy polsko-białoruskiej. To opowieść o tragedii uchodźców, ale też o strażnikach granicznych i polskich aktywistach próbujących wesprzeć ludzi, którzy za swoją ucieczkę do wolności płacą nierzadko najwyższą cenę.

– W moim odczuciu nie ma sensu zajmować się sztuką, jeśli nie walczy się o to, by zadawać pytania na tematy ważne, bolesne, czasami nierozwiązywalne, stawiające nas przed wyborami, nieraz bardzo dramatycznymi. Taką właśnie sytuacją jest dla mnie to, co dzieje się na granicy polsko-białoruskiej – mówi Agnieszka Holland.

Producenci wycofali „Białą odwagę” Marcina Koszałki o kolaboracji górali z Niemcami

Film, w którym grają m.in. Maja Ostaszewska, Tomasz Włosok, Agata Kulesza, Maciej Stuhr i Piotr Stramowski, powstał w koprodukcji Polski, Czech, Francji i Belgii, ale Polski Instytut Sztuki Filmowej nie jest jego współudziałowcem: twórcy o jego dotację w ogóle nie występowali.

„Kobieta z…” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to z kolei koprodukcja szwedzko-polska, historia transpłciowej osoby z małego miasteczka. Aniela Wesoły połowę swojego życia przeżyła jako mężczyzna, zanim znalazła w sobie odwagę, by walczyć o kobietę, którą naprawdę się czuła.

Szumowska i Englert myśleli o tym filmie od lat. Spotykali się z osobami transpłciowymi, także tymi, których młodość przypadła na czas PRL-u. Dziś mają nadzieję, że ich film pomoże zrozumieć problem transpłciowości i doda siły tym, którzy się z podobnym problemem borykają.

Oba te tytuły w ogóle nie zostały do Gdyni zgłoszone. Nabór zakończył się tu bowiem 31 maja. Zarówno Marcin Wierzchosławski, producent „Zielonej granicy”, jak i Klaudia Śmieja-Rostworowska, producentka „Kobiety z…”, twierdzą, że wtedy jeszcze nie mieli takiej wersji roboczej filmu, która nadawałaby się do pokazania komisji selekcyjnej.

– „Zieloną granicę” do Wenecji zgłosiliśmy w ostatnim możliwym terminie, 15 czerwca. Film nie był jeszcze wówczas skończony, zresztą do tej pory trwają prace postprodukcyjne – mówi Marcin Wierzchosławski.

Producenci zapowiadają, że oba tytuły będą startować za rok. Tylko że wtedy na filmowym rynku pojawią się nowe, gorące propozycje.

Festiwalowa gra

W tegorocznej edycji Gdyni zabraknie też innych, bardzo oczekiwanych obrazów. Swój film, już w okresie kwalifikacji, wycofał Jan P. Matuszyński. Jego „Minghun” z Marcinem Dorocińskim w roli głównej jest opowieścią o odchodzeniu, o próbie pogodzenia się ze stratą najbliższej osoby. Gdy w wypadku samochodowym ginie ukochana córka bohatera, jego teść, Chińczyk, namawia go do poddania się azjatyckiemu rytuałowi minghun – znalezienia dla zmarłej dziewczyny partnera na wieczność. Jest w tym filmie zderzenie kultur, przede wszystkim jednak miłość, rozpacz, nadzieja, próba poszukiwania sensu życia.

Czytaj więcej

Co nowego po Barbenheimerze?

Innym oczekiwanym filmem, który producenci wycofali w tym roku z Gdyni jest „Biała odwaga” Marcina Koszałki. To historia podzielonej, góralskiej rodziny, w której jeden z braci w czasie II wojny światowej jest tatrzańskim kurierem, drugi namawia górali do współpracy z Niemcami. Twórcy po raz pierwszy opowiadają na ekranie o Goralenfolk, co już na początku produkcji wywołało protesty polityków Solidarnej Polski i Związku Podhalan.

Oba te filmy zostały wycofane z tego samego powodu. Ich twórcy mierzą wysoko, chcieliby się dostać do konkursu dużego festiwalu europejskiego. Imprezy klasy A stawiają warunek: ewentualne pokazy konkursowe muszą być premierą międzynarodową filmu. Teoretycznie festiwal krajowy nie stanowi tu bariery, jednak jest tajemnicą poliszynela, że dyrektorzy Wenecji, Cannes czy Berlina lubią mieć premiery nie tylko międzynarodowe, ale i światowe. I przecież pamiętamy, jak „spalony” został jeden z najciekawszych polskich filmów – „Rewers” Borysa Lankosza. Mimo zachwytów dyrektor festiwalu berlińskiego nie przyjął go do konkursu, bo film został wcześniej pokazany na Warszawskim Festiwalu Filmowym.

Na tę festiwalową gimnastykę nic nie da się poradzić. Choć może warto zadać pytanie, dlaczego gdyńska impreza tak wcześnie zakończyła proces selekcji filmów do konkursu głównego? Jego program został oficjalnie ogłoszony już 14 lipca.

Czytaj więcej

Strajk aktorów nie zaszkodził festiwalowi w Wenecji. Szalenie mocny program

Antonio Barbera, dyrektor zaczynającej się trzy tygodnie wcześniej weneckiej Mostry, zgłoszenia przyjmował do 15 czerwca, zestaw konkursowych filmów podał na konferencji prasowej 21 lipca.

Warto byłoby chyba w przyszłości wydłużyć terminy gdyńskiej kwalifikacji, by uniknąć sytuacji takiej, jaka zdarzyła się dziś z filmami Holland i Szumowskiej. Byłoby to korzystne dla festiwalu, kinomanów i samych twórców, bo wiadomo przecież, że Gdynia oznacza dla filmów wielką promocję. Rok po premierze to już tylko musztarda po obiedzie.

W tegorocznym konkursie festiwalu gdyńskiego znalazło się 16 tytułów. Około połowy z nich to obrazy historyczne – od odbrązowiającego postać Tadeusza Kościuszki filmu „Kosa” Pawła Maślony oraz „Raportu Pileckiego” Krzysztofa Łukaszewicza i Leszka Wosiewicza aż po kilka filmów, których akcja toczy się w latach PRL-u – m.in. „Figuranta” Roberta Glińskiego o esbeku inwigilującym Karola Wojtyłę czy „Imago” Olgi Hajdas.

Będą też nowe filmy Sławomira Fabickiego („Lęk”), Jana Holoubka („Doppelhanger. Sobowtór”), Doroty Kędzierzawskiej („Sny pełne dymu”) czy Jana Kidawy-Błońskiego (współczesna „Różyczka 2”). A także kolejna animacja Doroty Kobieli i Hugh Welchmana „Chłopi” czy aktorska fabuła „Fin del Mundo” znakomitego animatora Piotra Dumały.

Pozostało 89% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Film
Dokument o ludziach, którzy odbudowali spaloną synagogę i przeszli na judaizm
Film
Cannes 2024. Jury uciekło od rzeczywistości
Film
Na potrzeby filmu przeprowadził słynny eksperyment. Nie żyje Morgan Spurlock
Film
Rekomendacje filmowe: Wspaniały Hirokazu Kore-eda i przebojowy George Miller – czyli co kto lubi
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie
Film
Cannes 2024. Dariusz Jabłoński na czele Europejskiego Klubu Producentów
Materiał Promocyjny
Jak sztuczna inteligencja może być wykorzystywana przez przestępców cybernetycznych?