Pana filmy zawsze były mocno osadzone we współczesności. Co sprawiło, że w „Pewnego razu w Paryżu” cofnął się pan do przełomu XIX i XX wieku?
Od dawna tęskniłem za kinem historycznym. Uwielbiam stare zdjęcia Paryża, mam ogromny szacunek dla czasu, który przeszedł. A poza tym bardzo mnie zawsze pociągał kostium. Pierwszy krótki film, który zrealizowałem „Ce qui me meut” toczył się w Paryżu pod koniec XIX wieku. Jego bohaterem był wybitny francuski naukowiec – fizjolog a jednocześnie pionier fotografii – Etienne-Jules Marey. Pamiętam, że było to wyjątkowe doświadczenie, zwłaszcza dla młodego człowieka, który od dzieciństwa kochał fotografowanie. Wróciłem wtedy ze Stanów Zjednoczonych, gdzie uczyłem się w nowojorskiej Tisch School of Arts. Pracowałem, kręcąc reklamówki i „Ce qui me meut” było doświadczeniem, które nagle przeniosło mnie do innego świata. To wspomnienie zawsze we mnie tkwiło.