Druga strona geniuszu. Recenzja filmu "Dominion"

Wydarzeniem początku festiwalu Mastercard OFFF CAMERA stał się film „Dominion” Stevena Bernsteina z Rhysem Ifansem i Johnem Malkovichem, który przyjechał na krakowską premierę

Publikacja: 30.04.2023 11:48

Druga strona geniuszu. Recenzja filmu "Dominion"

Foto: materiały prasowe

„Dominion” ma długą i trudną historię. Pomysł na jego realizację narodził się w 2014 roku. Stał za nim Steven Bernstein - operator, reżyser, scenarzysta, producent. Zdjęcia ruszyły w 2016 roku, obsada była przednia – z Rhysem Ifansem i Johnem Malkovichem na czele. W 2017 roku „Dominion” został pokazany na festiwalu Białe Noce w Tallinie, Ifans zdobył nagrodę aktorską. Ale nad filmem zebrały się czarne chmury. Brakowało pieniędzy, nowi inwestorzy nie zawsze potrafili porozumieć się z poprzednimi, na liście producentów, koproducentów i producentów wykonawczych figuruje dziś blisko 30 osób. Jest wśród nich od lat zaprzyjaźniony z Malkovichem właściciel firmy „Solopan” Jacek Szumlas. W Polsce robiona była postprodukcja i nagrywana muzyka. Ostatecznie film wszedł na amerykańskie ekrany dopiero w 2020 roku, pod tytułem „Last Call”, miał ograniczone rozpowszechnianie. Teraz trafił na krakowski festiwal Mastercard Off Camera. Znów pod oryginalnym tytułem „Dominion”.

Czytaj więcej

Nasze filmowe propozycje na majówkę

I zachwycił. Jego bohaterem jest wybitny walijski poeta Dylan Thomas. Wrażliwiec, intelektualista, który pisał: „Nie wchodź łagodnie w tę pogodną noc. Niech płonie starość tuż przed kresem dni. Walcz, walcz gdy światło traci swoją moc...” A jednocześnie był nałogowym alkoholikiem, nieodpowiedzialnym mężem i ojcem. Jednak „Dominion” nie jest biografią. To nakręcona bez znieczulenia opowieść o drodze do śmierci. Bernstein rejestruje jeden dzień, który podczas swojej ostatniej wyprawy do Ameryki Thomas zamiast na zaplanowanych wykładach w Vassar College, spędził w nowojorskiej knajpie „Biały koń”, gdzie – jak sam mówił – „cuchnęło moczem, zwietrzałym winem i utajoną śmiercią zwierząt”. To czas znaczony barowymi rozmowami i kolejnymi szklankami whisky, którym Thomas nadawał nazwy: nadzieja, miłość, rozpacz, lęk. Nocą poeta wrócił do hotelu, jeszcze pochwalił się, że pobił rekord picia i wkrótce potem dostał zapaści i w śpiączce trafił do szpitala. Zmarł sześć dni później, 9 listopada 1953 roku.

„Dominion” to studium pijaństwa, degrengolady geniusza. Tragedii tych, którzy mu w życiu zaufali. Podczas zarejestrowanych na czarno-białej taśmie godzin spędzonych w Białym Koniu wracają kolorowe obrazy rodzinnego życia. Momenty szczęścia z Caitlin, małżeństwo, ale potem ona, już jako żona i matka trójki dzieci Thomasa pisząca listy: „Nie potrzebuję wiele, byle wyżywić dzieci do środy. Niepokoją mnie ich aluzje o głodzie...”, „Dylan, pieniądze się kończą. Możemy sprzedać jedno dziecko. Które wybierasz?” albo i tak: „Podobno masz kochankę. Mam nadzieję, że nie jest droga. W naszej sytuacji wskazana byłaby tania w utrzymaniu”.

Jest też w „Dominion” historia relacji Thomasa z jego lekarzem, doktorem Feltonem, który mówi: „Nie będę nalegał na rzucenie picia. Chcę tylko spytać czy chce pan umrzeć?” I superciekawe zderzenie z barmanem z Białego Konia, niespełnionym pisarzem dorabiającym sporządzaniem drinków.

Film Stevena Bernsteina robi ogromne wrażenie. Jest znakomicie zrealizowany, świetnie łączy czarno-białe zdjęcia z nowojorskiej sekwencji z kolorami scen europejskich. A przede wszystkim świetnie zagrany. Rhys Ifans jako Dylan Thomas tworzy wielką kreację – jest tyleż odrażający, lekceważący w stosunku do otoczenia i egoistyczny, co tragiczny i głęboko nieszczęśliwy. Geniusz, który zachwyca, porywa, a jednocześnie niszczy wszystkowokół siebie. Jego przeciwieństwem jest jest dr Felton Malkovicha. Spokojny, świadomy równi pochyłej, po której Thomas zjeżdża do grobu. A jednocześnie, gdy jego pacjent rzyga w toalecie, wysyła tam kogoś innego, bo nie może pobrudzić swojego wyjściowego smokingu.

— Dylan Thomas był bohaterem mojej młodości, gdy szukałem emocji, mocnego, wręcz niebezpiecznego życia – powiedział w jednym z wywiadów reżyser Steven Bernstein. Po latach artysta fantastycznie wplótł do „Dominion” wiersze Thomasa, ale też potrafił spojrzeć na swojego idola krytycznie, z dystansu. Stworzył przejmujący, niejednowymiarowy, bolesny portret, którego nie można łatwo wyrzucić z pamięci.

„Dominion” ma długą i trudną historię. Pomysł na jego realizację narodził się w 2014 roku. Stał za nim Steven Bernstein - operator, reżyser, scenarzysta, producent. Zdjęcia ruszyły w 2016 roku, obsada była przednia – z Rhysem Ifansem i Johnem Malkovichem na czele. W 2017 roku „Dominion” został pokazany na festiwalu Białe Noce w Tallinie, Ifans zdobył nagrodę aktorską. Ale nad filmem zebrały się czarne chmury. Brakowało pieniędzy, nowi inwestorzy nie zawsze potrafili porozumieć się z poprzednimi, na liście producentów, koproducentów i producentów wykonawczych figuruje dziś blisko 30 osób. Jest wśród nich od lat zaprzyjaźniony z Malkovichem właściciel firmy „Solopan” Jacek Szumlas. W Polsce robiona była postprodukcja i nagrywana muzyka. Ostatecznie film wszedł na amerykańskie ekrany dopiero w 2020 roku, pod tytułem „Last Call”, miał ograniczone rozpowszechnianie. Teraz trafił na krakowski festiwal Mastercard Off Camera. Znów pod oryginalnym tytułem „Dominion”.

2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Film
Polska wieś pokazana bez sentymentów. Grzegorz Dębowski wygrywa debiuty w Koszalinie
Film
Koszaliński Złoty Jantar dla „Tyle co nic” Grzegorza Dębowskiego
Film
Rekomendacje filmowe na weekend: Inni w nas i wokół nas
Film
„Królestwo zwierząt” Thomasa Cailleya: Ludzie mutują jak po pandemii
Materiał Promocyjny
Jaki jest proces tworzenia banku cyfrowego i jakie czynniki są kluczowe dla jego sukcesu?
Film
„Ród Smoka”, czyli „oko za oko, syn za syna” w drugim sezonie
Materiał partnera
Największe kino plenerowe w Polsce powraca