Wierzy pani, że można w tym samym czasie przeżywać najbardziej tragiczne i najpiękniejsze chwile w życiu?

Wiem, że tak się zdarza. Kiedy mój ojciec umierał na covid, byłam w ciąży. Tragedia splatała się z nadzieją. Musiałam zmierzyć się z ogromnie bolesną stratą, a jednocześnie doznawałam wielkiego szczęścia. Tak naprawdę robię filmy, żeby obserwować i zrozumieć właśnie trudne chwile. Chciałabym, żeby choć trochę pomagały żyć. Mnie i widzom.

Mia Hansen-Love, „Piękny poranek” to jej ósmy film fabularny

Mia Hansen-Love, „Piękny poranek” to jej ósmy film fabularny

IMD

Po canneńskiej premierze „Pięknego poranka” przyznała pani, że to bardzo osobisty film.

Jak wszystkie moje filmy. To moje rozliczenia z przeszłością, z bliskimi, z życiem. Staram się też, by bohaterowie byli osadzeni w moim świecie. Na przykład, żeby wykonywali pracę, którą mogłabym wykonywać ja. W ten sposób łatwiej mi ich zrozumieć. Ale nawet gdy podchodzę bardzo blisko do własnego życia, nie piszę na ekranie autobiografii. Wiele zmienia się w trakcie rozwijania scenariusza, dużo wnoszą aktorzy.

Kilka lat temu zrobiła pani film „Co przynosi przyszłość” o swojej starzejącej się matce, próbującej znaleźć nowe miejsce w życiu po rodzinnych perturbacjach. Tym razem opowiedziała pani o chorobie i odchodzeniu ojca.

Był wspaniałym człowiekiem, intelektualistą otoczonym książkami. Choroba mózgu zabierała mu powoli umysł, odbierała mowę. Spędzałam z nim dużo czasu. Spieszyłam się. Patrzyłam na niego i wiedziałam, że niedługo nie będzie w ogóle mówił. Potem już nie wiedziałam, co do niego dociera, co nie. Ale miałam wrażenie, że wciąż sporo rozumie. Ta choroba jest strasznie niesprawiedliwa, zaczynasz zapominać, jaki był twój bliski kiedyś, a w głowie zostaje ci ktoś zagubiony, niepanujący nad rzeczywistością, odpływający w niebyt jeszcze przed śmiercią. Z drugiej strony wciąż się zastanawiałam, co czuje mój ojciec. Chciałam, by widz pomyślał o tragedii człowieka, który nagle zaczyna tracić kontakt z otoczeniem. To musi być straszny dramat zwłaszcza dla kogoś, kto kochał słowa i tyle czytał.

Pokazuje pani przenosiny ojca do kolejnych domów opieki. Podobno kręciliście w miejscach, w których był pani ojciec.

Wróciłam do miejsc, które w pewnym momencie stały się także częścią mojego życia. Te pokoje tkwiły we mnie jak cierń, boleśnie. Kiedy zaczęłam w nich kręcić, nagle stały się jakby trochę fikcją, częścią filmowej opowieści.

Opieka nad ludźmi chorymi na Alzheimera jest bardzo wyczerpująca, fizycznie i psychicznie.

To taki moment, gdy czujesz się jak żołnierz. I musisz sobie jakoś dać radę. Nie masz chwili dla siebie. Dzisiaj mam w sobie straszny żal. Nie mogłam ojcu pomóc, gdy umierał na covid. To była taka straszna śmierć... Ale wiedziałam, że nie mogę zrobić filmu, który opowiadałby tylko o bólu, odchodzeniu, śmierci. Od początku szukałam nadziei. Dlatego właśnie wtedy nagle odradza się i wybucha dawna miłość mojej bohaterki.

Powstało ostatnio kilka znaczących filmów o ludziach mierzących się z niedołężnością lub Alzheimerem, choćby „Wszystko poszło dobrze” Ozona, „Vortex” Noe, „Ojciec” Zellera.

Nie oglądałam ich. Mam swoją historię i swoje rozliczenia. Nie chciałam sugerować się innymi opowiadaniami. A że powstają? Nie unikniemy tego tematu w starzejących się społeczeństwach.

W „Pięknym poranku” pokazuje też pani kulejący system opieki zdrowotnej nad seniorami.

Coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że francuska opieka nad ludźmi starszymi jest absolutnie niewystarczająca. System nie nadąża za zmianami demograficznymi. Rodziny osób chorych na Alzheimera zbyt często są zdane wyłącznie na siebie. Miotają się między państwowymi i prywatnymi domami opieki, chcąc bliskim zapewnić godne trwanie, a jednocześnie nie wyrzekać się całkowicie własnego życia. Szczególnie silnie dawało się to odczuć właśnie w czasie pandemii.

Myśli pani o nowym filmie?

Nie ukrywam, że czuję się zagubiona. Mam w głowie mętlik. Pandemia przycichła i stała się mniej groźna, ale zostawiła w nas trwałe ślady. Zmieniła wiele naszych przyzwyczajeń, także nasz stosunek do kina. A potworna wojna toczy się tuż obok nas. Nie umiem o niej opowiedzieć. Jedyne, co mogę zrobić, to wyrazić szacunek dla narodu ukraińskiego. Ale jest projekt, o którym myślę.

Znów tak bardzo osobisty?

Oczywiście, choć nie dotyczy nikogo z mojej rodziny. Chciałabym zrobić film o kobiecie, która mi ogromnie imponuje. O Annemarie Schwarzenbach – żyjącej w pierwszej połowie XX wieku szwajcarskiej pisarce, intelektualistce, lesbijce, partnerce Eriki Mann, dla której przeprowadziła się do Berlina. Żyła w opozycji do swojej szwajcarskiej rodziny popierającej nazizm. Umarła w wieku 34 lat po wypadku na rowerze. Ta silna, a jednocześnie niezwykle wrażliwa kobieta jest mi bardzo bliska. Chciałabym spędzić z nią wiele miesięcy... Może za jakiś czas przełamię się i wrócę do pracy.