Czy po premierze „Między dwoma światami” często spotyka się pani z pytaniem, co filmowa gwiazda może wiedzieć o życiu sprzątaczek wykorzystywanych przez pracodawców?

Stale. Ale to jest idiotyczne. Po pierwsze jestem aktorką. Po drugie – człowiekiem. Po trzecie – mam swoją rodzinną historię. Moja babcia za strony matki była emigrantką z Polski. Przyjechała do Francji w czasie wojny. Żyła w biedzie, ciężko pracowała, aby wychować dwójkę dzieci. Mama też zaczynała dorosłe życie od zera. Ja zostałam aktorką, ale moje początki były bardzo trudne. Nie mogłam liczyć na wsparcie rodziny, musiałam sobie radzić sama. To mnie nauczyło pokory i szacunku dla tych, którzy mają pod górkę. Może również dlatego takie wrażenie zrobiła na mnie książka Florence Aubenas „Le Quai de Ouistreham”, która zainspirowała film.

Czytaj więcej

Cannes. Blichtr i pozory empatii

Znana reporterka przez lata pracująca dla „Liberation” i „Le Monde” zbliżyła się do swoich bohaterek – sprzątaczek, udając jedną z nich. Takie dziennikarstwo wcieleniowe bywa ciekawe, ale czasem mało moralne.

Nie ma w nim niczego złego, dopóki się ludzi nie krzywdzi. Nie jestem dziennikarką, ale jako aktorka też wiele czerpię z innych. Kiedy przygotowywałam się do roli w „Kochankach z Pont-Neuf”, przez jakiś czas mieszkałam na ulicy i spędzałam czas z bezdomnymi. Innym razem przez kilka tygodni mieszkałam wśród osób niepełnosprawnych. Nigdy nie poczułam, że kogoś oszukuję. Obserwowałam i starałam się zrozumieć. Miałam świadomość, że przed kamerą muszę pokazać prawdę. Także po to, by widzowie zrozumieli ich świat. Żebyśmy zobaczyli ludzi, których zwykle nie dostrzegamy. I myślę, że Florence zrobiła wspaniałą robotę. Kiedy przeczytałam „Le Quai de Ouistreham” od razu wiedziałam, że to świetny materiał na mądry i pełen wrażliwości film.

Podobno „Między dwoma światami” zawdzięczamy pani uporowi.

Bardzo chciałam przenieść tę książkę na ekran jako producentka. Zadzwoniłam do Florence, ale ona nie myślała o filmowej adaptacji swojego reportażu. W końcu zgodziła się, jednak postawiła warunek: za kamerą ma stanąć pisarz i reżyser bliski jej stylowi Emmanuel Carrere. Tylko on. Spotkaliśmy się we trójkę. Emmanuel, po długim wahaniu, zgodził się i Florence sprzedała nam prawa do książki. A potem zachowała duży dystans, całkowicie oddała projekt w nasze ręce.

Nie ma pani jednak wśród producentów filmu.

To był z kolei warunek Emmanuela. Nie ukrywam, że było mi przykro, poczułam się wręcz upokorzona. Ale ostatecznie zgodziłam się, że „tylko” zagram główną rolę.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Zgłoś swój projekt w konkursie dla startupów i innowacyjnych firm

WEŹ UDZIAŁ

To były trudne zdjęcia?

Dla mnie to był traumatyczny czas, gdy chorował i umierał mój ojciec. Ja sama nie mogłam się tygodniami pozbyć grypy. Kasłałam, nie spałam po nocach. A na planie musiałam przebić się przez nieufność moich partnerek, które były amatorkami wybranymi przez Emmanuela w czasie castingów. Ale dziewczyny dość szybko mnie zaakceptowały. Po kilku dniach przestały patrzeć na mnie jak na gwiazdę. Wprowadzały mnie w tajniki sprzątania, uczyły co oznacza kubeł czerwony, co niebieski. Stałam się jedną z nich. Najdłużej zachowała w stosunku do mnie dystans Helene Lambert. Grała Chrystel, z którą zaprzyjaźniałam się najbardziej, więc bardzo mi zależało, żebyśmy się w końcu polubiły. I udało się.

Chyba niełatwo aktorce grać z amatorkami?

Wcale nie. One były we własnym świecie. Gotowe, by dać z siebie wszystko. Była w nich złość i gotowość, by pokazać swoje życie. Ale oczywiście granie przed kamerą nie było dla nich proste. Pracowałyśmy w ciężkich warunkach, było potwornie zimno, wiele scen wymagało pełnego obnażenia się emocjonalnego. A amator nie ma w sobie systemu obronnego. Na planie musi dać z siebie bardzo wiele, otworzyć duszę, jak gąbka nasiąknąć problemami, z jakimi mierzy się bohaterka. Do tego potrzeba sporo odwagi. Myślę, że dziewczyny ją miały. Zdarzały się momenty kryzysowe. Pamiętam, jak kręciliśmy scenę, w której Helene załamała się, eksperyment stał się dla niej zbyt bolesny. Bałam się, że odejdzie z filmu. Ale udało jej się opanować emocje.

Powstało mocne kino społeczne pokazujące najbiedniejsze warstwy zamożnego społeczeństwa.

Walczyłam o ten film, bo wiedziałam, że można się w nim zbliżyć do życia, jakiego na co dzień nie dostrzegamy. Zadać istotne pytanie, jak to jest być niewidocznym. Postarać się zrozumieć, jak bardzo oddalają się od siebie w naszym społeczeństwie ludzie wpływowi, zamożni i ci, którzy codziennie walczą, by związać koniec z końcem.

Wśród zapowiadanych filmów z pani udziałem widzę nowy projekt Christoph’a Honore „Licealista” czy „The Pot of Feu” Wietnamczyka Anha Hunga Trana, ale też dwa telewizyjne miniserie.

Cóż, wszystko się zmienia. Telewizja jest teraz ważnym graczem na rynku, przyciąga aktorów, którzy zwykle trzymali się od niej z dala. Ja sama nie widzę się na przykład w tasiemcu. To zabiera za dużo czasu i przyciąga zbyt wiele uwagi widzów, a nie chcę wystawiać swojego życia na publiczny widok. Ale ostatnio wzięłam udział w dwóch dużych przedsięwzięciach telewizyjnych. W miniserialu można zagłębić się w rolę, czasem bardziej niż na planie filmu. Bo kiedyś zdjęcia do skromnej fabuły trwały dwa miesiące, pamiętam, że tyle czasu w połowie lat 80. kręcił Andre Techine „Spotkanie”. Dzisiaj zdjęcia do takiego filmu trzeba zrobić w cztery, pięć tygodni. Telewizja daje większy komfort pracy, a poza tym pozwala utrzymać siebie i rodzinę. Dzięki temu mogę na początku przyszłego roku zagrać w filmie debiutanta, który przysłał mi ciekawy scenariusz. I szukać w  kinie projektów skromnych, interesujących, właśnie jak „Między dwoma światami”.

Zagrała pani w około 80 filmach, pracowała pani z wielkimi reżyserami. Ma pani jeszcze jakieś zawodowe marzenia?

Kocham kino, ono mnie inspiruje, potrzebuję go. Uważnie wybieram produkcje, w których biorę udział, bo wiem, że mogą mnie zaprowadzić w rejony, w jakich nigdy nie byłam. Zresztą to też jest trochę tak, że nie tylko ja wybieram swoje projekty. Także one wybierają mnie. Dlatego marzenia zostawiam sobie na życie prywatne.