PESEL nie ma nic wspólnego z młodością i 84-letni Jerzy Skolimowski znów to udowodnił. Jego pokazywany w głównym konkursie „EO” jest filmem świeżym, nowoczesnym, niesztampowym, a jednocześnie bardzo wzruszającym.

Siła niewinności

EO – w polskiej wersji tytułu IO – to osiołek. Szary, pospolity. Kiedyś był gwiazdą cyrku, miał opiekunkę – dziewczynę, która z nim występowała i kochała go. On też ją kochał. Ale po protestach przeciw maltretowaniu zwierząt został wywieziony do stadniny koni, gdzie miał dożywać dni jako zwierzę pociągowe. Tak zaczęła się jego wędrówka.

Czytaj więcej

Festiwal w Cannes. Jerzy Skolimowski w głównym konkursie

Jerzy Skolimowski patrzy na świat jego oczami. Jest w tym filmie wszystko. Piękne sceny, które odbijają życie z bolesną świadomością, że jest się niżej w hierarchii, kiedy pospolity osiołek patrzy w stadninie na rumaki pędzące po łące, piękne i wolne. I kiedy piękne konie są myte i hołubione, podczas gdy osioł może co najwyżej ciągnąć wózek, z którego one dostają do boksów siano.

Jest tu również mocne spojrzenie na Polskę. Choćby wtedy, gdy IO przypadkiem staje się maskotką wiejskiej drużyny futbolowej i omal nie ginie w pojedynkach kiboli. Albo gdy jedzie za granicę w tirze prowadzonym przez wytatuowanego kierowcę, który namawia ciemnoskórą uchodźczynię na seks w zamian za polską kiełbasę.

IO patrzy też na Europę zamożną, zdemoralizowaną, zatracającą podstawowe wartości. A przecież Skolimowski opowiada również o miłości, o tęsknocie za uczuciem. W mądrych, smutnych oczach osiołka znajduje cały wszechświat. I niewinność, której zwierzę nigdy nie zatraciło.

Czytaj więcej

Tom Cruise podbija Cannes

– Dziś niewinność jest czasem uważana za naiwność. Ale ja wciąż staram się zatrzymać tę szczyptę naiwności, która jeszcze we mnie została – mówi Jerzy Skolimowski.

Oczywiście, były już takie historie. Nasuwają się porównania choćby z kultowym „Na los szczęścia, Baltazarze” Roberta Bressona. Skolimowski zresztą przyznaje, że to jedyny film, na którym się popłakał. Ale „EO” jest dziełem całkowicie oryginalnym, z różnorodnymi, znakomitymi zdjęciami Michała Dymka, świetnym wykorzystaniem koloru, fantastycznymi zmianami rytmu. W 2008 roku, po siedemnastu latach przerwy, Jerzy Skolimowski powrócił do kina i od tej pory zachwyca. Każdy kolejny film – „Cztery noce z Anną”, „Essential Killing”, „11 minut” – to wydarzenie.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Reżyser nie przyjechał do Cannes, tuż przed wyjazdem miał wypadek, trafił do szpitala. Lekarze nie rekomendowali mu podróży samolotem, ale obiecali, że zgodzą się na nią, jeśli jego film dostanie w Cannes nagrodę. Chcę wierzyć, że tak właśnie będzie.

„Top Gun” powraca

Canneńska premiera „EO” odbyła się dzień po wydarzeniu w hollywoodzkim stylu, jakim był pokaz „Top Gun. Maverick” Josepha Kosinskiego. Nad Croisette pojawiło się osiem myśliwców, za którymi ciągnął się dym w kolorach występujących na flagach francuskiej i amerykańskiej. Potem jeszcze niebo rozświetliło się tysiącami fajerwerków.

Była też niezapowiadana wcześniej Złota Palma za całokształt twórczości dla Toma Cruise’a, który 36 lat po premierze „Top Gun” w sequelu powrócił na ekran, wcielając się w hardego pilota. I znów popisuje się fantastycznymi umiejętnościami, udowadniając, że nie zmienił się, wciąż ma własne zdanie oraz skłonność do łamania rozkazów zwierzchników.

Czytaj więcej

Festiwal w Cannes: Kino nie może dzisiaj milczeć

Tym razem dostaje nowe zadanie: wyszkolenia następców, którzy mają zniszczyć fabrykę wzbogacania uranu. 60-letni Tom Cruise, wciąż wyglądający jak trzydziestolatek, całkowicie podbił Cannes. Ale powiem szczerze: oddam cały pęk Cruise’ów za jedno smutne spojrzenie osiołka.