W minionym tygodniu na giełdach mieliśmy kilka poważnych tąpnięć. Strach inwestorów po kataklizmie, jaki nawiedził Japonię, spotęgowało zagrożenie związane ze skażeniem radioaktywnym tego kraju. Dodatkowo konflikt w Libii nie służył inwestowaniu w ryzykowne aktywa.
W efekcie w środku tygodnia na niektórych rynkach mieliśmy spadki porównywalne z tymi po upadku banku Lehman Brothers we wrześniu 2008 roku.
W takich okolicznościach rynki wschodzące poradziły sobie całkiem dobrze. Wprawdzie główny indeks MSCI EM stracił na wartości ponad 1 proc., ale na przykład giełdy europejskie wyszły z opresji praktycznie bez szwanku.
Również odpływ kapitału z rynków wschodzących nie był aż tak duży, jak można by było tego oczekiwać.
Jak podaje firma EPFR Global monitorująca rynek funduszy na świecie, w tygodniu zakończonym 16 marca, a więc obejmującym trzy giełdowe dni po katastrofie w Japonii, inwestorzy wycofali 2,2 mld dol. (w tym roku był już tydzień, gdy umorzenia przekroczyły 7 mld dol. ) wobec niewielkich napływów w tygodniu poprzednim na poziomie 17 mln dol.
Gros tych pieniędzy wycofano z rynków azjatyckich. EPFR Global szacuje, że mogło to być przeszło 970 mln dol. W sumie od początku roku z funduszy rynków wschodzących wycofano 25 mld dol. Około 241 mld dol. zainwestowano natomiast w obligacje krajów wschodzących.
W raporcie zaznaczono, że kapitał uciekał również z Rosji. I faktycznie w pierwszych sesjach tygodnia indeks giełdy rosyjskiej mocno tracił. Jednak już w końcówce tygodnia inwestorzy znów zaczęli przychylnym okiem spoglądać na rosyjski parkiet.
W efekcie w całym tygodniu indeks MICEX zyskał 1,6 proc. – najwięcej wśród wszystkich wskaźników emerging markets.
Japoński kryzys ominął też giełdę warszawską. WIG20 zyskał 1,1 proc., choć trzeba dodać, że było to zasługą głównie akcji KGHM Polska Miedź i PKN Orlen.
Zdecydowana większość spółek wchodzących w skład indeksu zakończyła tydzień pod kreską.