Chcąc pozbyć się presji Berlina, który domaga się lepszego przestrzegania niemieckich interesów w grupie, EADS i jego filia Airbus sprawdzają, czy mogą w przyszłości funkcjonować bez kredytów rozwojowych od rządu federalnego – podał „FAZ".
Berlin wyraził gotowość udzielenia wsparcia pracom nad przyszłym samolotem dalekiego zasięgu A350 i przyznał kredyt miliarda euro na prace przy nim – przypomina dziennik. Połowę tej sumy już przekazano, ale Airbus mógłby odmówić przyjęcia reszty, bo dysponuje 11,4 miliardami płynnych środków netto.
Reorganizacja grupy wojskowo-lotniczej EADS zapowiedziana przez jej przyszłego szefa, Toma Endersa, wywołała wzrost temperatury po obu stronach Renu, bo Niemcy i Francuzi obwiali się, że na tym stracą.
Gdy Enders, który latem zajmie stanowisko, Louisa Gallois, ogłosił w lutym, że chce w Tuluzie skoncentrować kierownictwo grupy, rozsiane obecnie miedzy Paryżem, Monachium i Tuluzą, oznaki zaniepokojenia pojawiały się jedna za drugą.
Wysoki przedstawiciel rządu federalnego, koordynator sektora lotniczego w resorcie gospodarki, Peter Hintze skierował w tych dniach do Endersa pismo z wyrazami niepokoju o skupienie ośrodka władzy w Tuluzie. W piśmie tym uznał za nie do przyjęcia, by niemieckie zakłady Airbusa nie zostały wzmocnione i zażądał odwrócenia tej tendencji.
Tuluza – środkiem ciężkości
Tom Enders, obecnie prezes Airbusa, ogłosił swój zamiar na spotkaniu w Madrycie z wyższymi rangą przedstawicielami załogi. Uważa ze sprawę zasadniczą zbliżenie EADS z Airbusem, producentem samolotów w Tuluzie, który przysparza EADS większości zysków.
Plany Endersa będą sprawdzianem delikatnej kwestii równowagi wpływów Niemiec i Francji w EADS, bo oba kraje mają w grupie po 22,5 proc.
Rząd Niemiec i władze w Bawarii chcą zapewnień, że rozwiązanie proponowane przez Endersa nie podważy znaczenia regionu Monachium ani całych Niemiec jako bazy produkcyjnej Airbusa czy innych interesów EADS np. w produkcji bojowych odrzutowców Eurofighter.
Szef urzędu premiera Bawarii, Thomas Kreuzer oświadczył, że koncentracja czołowych szefów w Tuluzie może zaszkodzić narodowemu interesowi Niemiec. Jego land nie będzie tolerować osłabienia 5 ośrodków produkcyjnych EADS, o strategicznym znaczeniu dla regionu. Zażądał też dodatkowych wyjaśnień.
Udzielił ich niemal natychmiast numer dwa w EADS, dyrektor generalny ds. strategii i stosunków międzynarodowych, Mawran Lahoud. – Nie ma żadnego transferu, niczego nie zamykamy, należy zachować spokój. Mamy przecież zakłady wszędzie w Europie, czy można wiec na chwilę zaprzeczyć, że największym z nich na świecie jest Tuluza? Nie! – stwierdził. – A gdy Tom Enders mówi: +moje biuro będzie w Tuluzie+, to w niczym to nie zmienia organizacji firmy – dodał Lahoud.
Osoby znające temat twierdzą, że Enders powiedział w Madrycie, iż chce uczynić z Tuluzy środek ciężkości. Chce bowiem mieć do czynienia z normalną firmą, wolną od nacisków politycznych – co nie podoba mu się i mówi o tym głośno. Nie można tego osiągnąć, gdy ośrodki operacyjne są w Paryżu i Monachium, prawny w Amsterdamie, a centrala w Tuluzie.
Proponowane przez niego zmiany będą dotyczyć małej liczby wyższych kierowników albo ludzi z administracji – od kilkudziesięciu do 200-300. Dla większości z 13 tys. zatrudnionych w regionach Paryża i Monachium nic się nie zmieni.
Zamiary Endersa wywołały też zaniepokojenie w Paryżu. Dla zachowania równowagi niemiecko-francuskiej Enders awansuje na miejsce Louisa Gallois. Jednocześnie odda stery w Airbusie Francuzowi, Fabrice Bregier.
Niektórzy urzędnicy w stolicy Francji obawiają się, że przeprowadzka tego byłego komandosa do Tuluzy może spowodować zbytnią ingerencję w codzienną działalność Bregiera. Innego zadania są ludzie w Airbusie: to dobre dla firmy i dla Bregiera. Enders od dawna mówił, że tak trzeba zrobić.
Awans Endersa na szefa EADS , choć oczywisty, opóźniał się, bo w Paryżu obawiano się, by kierownictwo w EADS nie było zbyt niemieckie. Kompromis osiągnięto, gdy b. prezes Europejskiego Banku Centralnego, Jean-Claude Trichet wszedł do rady dyrektorów.