Pierwszym lekarstwem dla źle zarządzanego państwa jest inflacja, drugim zaś wojna. Oba rozwiązania przynoszą chwilową poprawę koniunktury, oba prowadzą do trwałej ruiny – pisał Ernest Hemingway.
Właśnie dlatego, że inflacja jest niebezpieczna, ale jednocześnie z kilku powodów kusząca dla rządów, większość współczesnych banków centralnych ma za zadanie trzymać ją w ryzach. Większość jest też niezależna od rządów. Podobnie jest w przypadku Narodowego Banku Polskiego.
Odchylenia są dopuszczalne
W Konstytucji RP zapisano, że NBP odpowiada za wartość polskiego pieniądza. Podobne sformułowanie tej samej misji znajduje się w ustawie o NBP, w myśl której podstawowym celem tej instytucji jest utrzymanie stabilnego poziomu cen. Inflacja, czyli wzrost cen towarów i usług, to bowiem nic innego jak utrata wartości pieniądza. I odwrotnie, deflacja, czyli spadek poziomu cen, jest tożsamy ze wzrostem wartości pieniądza.
Teoretycznie to ostatnie zjawisko mogłoby się wydawać pożądane. Gdy ceny w gospodarce spadają, konsumenci stają się bogatsi nawet przy niezmienionych zarobkach. Mimo to banki centralne starają się do deflacji nie dopuszczać, a jeśli wystąpi, próbują ją zwalczać.
W pewnych okolicznościach spadek cen może się przerodzić w spiralę deflacyjną: dzieje się tak, gdy w oczekiwaniu na niższe ceny konsumenci odkładają niektóre zakupy na przyszłość, co prowadzi do tym głębszego spadku cen. To zmusza firmy do oszczędności, w tym zwolnień pracowników, co ponownie zmniejsza popyt w gospodarce i pogłębia deflację.