Publicystyka

Żywe dziedzictwo polskiej rewolucji

Krzysztof Iszkowski
Fotorzepa, Andrzej Wiktor And Andrzej Wiktor
Skoro potrafimy dziś, inaczej niż jeszcze 150 lat temu, przeszczepić serce, to wolno założyć, że również w prawodawstwie jesteśmy bardziej kompetentni niż nasi przodkowie. Trawestując Dodę, możemy wymyślić coś lepszego niż Biblia ułożona cztery tysiące lat temu przez pijanego i upalonego pasterza kóz! – pisze szef think tanku Ruchu Palikota.
Aleksander Hall ogłasza na łamach „Rzeczpospolitej” początek nowego podziału polskiej sceny politycznej. Jego zwiastunem ma być „ofensywa obozu otwarcie kwestionującego kształt naszej cywilizacji” prowadzona przede wszystkim przez Ruch Palikota. Retoryka jak na konserwatystę jest dość emocjonalna, ale z istotą diagnozy wypada się zgodzić – z tym zastrzeżeniem, że zjawisko oceniane przez Halla negatywnie ja sam, będąc członkiem „rewolucyjnego” obozu, witam z radością. Trudniej jest już jednak o zgodę w kwestii źródeł sukcesu i „najważniejszych wyróżników” Ruchu oraz związanych z nim środowisk liberalnej lewicy.
Gdyby „obóz rewolucyjny" za nic miał narodowe tradycje, byłoby mu wszystko jedno, gdzie pochowana jest para prezydencka Manifestację przeciwników krzyża na Krakowskim Przedmieściu, którą Dominik Taras zorganizował 9 sierpnia 2010 roku, rzeczywiście można uznać za symboliczny początek otwartej kontestacji konserwatywnego porządku III RP. Tyle tylko, że kontestacja ta nie była niczym nowym – wprost przeciwnie, kontynuowała długą tradycję desperackiego oporu wobec specyficznie polskiej dewocji. Pojęcia umiaru i proporcjonalności powinny być bliskie konserwatystom – warto więc zauważyć, że w kwietniu 2010 roku nikt nie naśmiewał się z osób oddających hołd ofiarom katastrofy. Po czterech miesiącach publicznie celebrowana żałoba staje się jednak dla człowieka o przeciętnej emocjonalności groteską, a na groteskę reaguje się śmiechem. To prawda, że modły pod Pałacem Radziwiłłów dobrze wpisały się w tradycje baroku i ckliwego patriotyzmu rodem z powieści Marii Rodziewiczówny, lecz przecież także reakcja miała swoje precedensy w zachowaniach Erazma Otwinowskiego czy prozie Witolda Gombrowicza.

Samooszukiwanie prawicy

Dodatkowym argumentem przemawiającym za tezą, że „obóz rewolucyjny” jest dobrze osadzony w polskiej historii, jest dyskusja, jaka już parę dni po katastrofie smoleńskiej rozgorzała wokół miejsca pochówku pary prezydenckiej. Przecież gdybyśmy rzeczywiście za nic mieli narodowe tradycje, byłoby nam wszystko jedno, kto gdzie leży. Tymczasem protestowaliśmy przeciw Wawelowi dla Kaczyńskich i domagaliśmy się przynajmniej Skałki dla Miłosza. Wbrew temu, co zakłada Hall, „rewolucjoniści” doceniają przestrzeń symboliczną i poczuwają się do współwłasności polskiej tradycji. Również „atak na Kościół” jest lepiej osadzony w historii i spontanicznych odruchach polskiego społeczeństwa, niż Hall chciałby to przyznać. Ograniczenie wpływu kleru na życie publiczne było tylko jednym z haseł zgłoszonych w Sali Kongresowej w październiku 2010 roku. W następnych miesiącach Janusz Palikot jeździł po kraju, mówiąc, że gospodarka jest najważniejsza – i nie zyskiwał społecznego poparcia. (Swoją drogą to znamienne, że krytykuje się go za brak powagi, ale nawet nie próbuje słuchać poważnych rzeczy, które ma do powiedzenia). O wiele większym zainteresowaniem cieszyły się kwestie obyczajowe – a najbardziej ta wywiedziona ze stwierdzenia, że lokalny proboszcz ma zbyt wiele pieniędzy. Antyklerykalizm okazał się być ważniejszy także od emancypacji gejów (rzecz, która powinna żywo interesować 10 procent populacji!) i zniesienia kar za posiadanie marihuany. Ruch był pierwszą siłą polityczną, która odważyła się wykorzystać tę emocję – ale bynajmniej jej nie wykreował. Twierdzenie, że jest inaczej, to przejaw oszukiwania się przez prawicę, która nie chce przyznać, iż wielu Polaków spontanicznie dochodzi do wniosku, że Kościół jest instytucją opresyjną. Przekonanie to jest zresztą rodzajem samospełniającej się przepowiedni. Im mniej wierzących, tym silniejszy nacisk, by rzekomo oczywiste i uniwersalne normy moralne na wszelki wypadek uczynić państwowym prawem. Przecież gdyby Polacy byli tak dobrymi i szczerymi katolikami, jak przedstawiają to konserwatyści, to kościelne potępienie byłoby wystarczającym argumentem powstrzymującym ich przed dokonywaniem zabiegów in vitro i żadna legislacja w tym względzie nie byłaby potrzebna. Próbując mimo wszystko przeforsować zakaz, Kościół przyznaje, że siła religijnej perswazji maleje – i dopuszcza się wymuszenia nie tylko na własnych wiernych, dla których pragnienie rodzicielstwa jest silniejsze od życia zgodnie z zaleceniami duszpasterzy, lecz także na osobach spoza Kościoła.

Produkt umowy społecznej

Prymitywizm intelektualny polskiego kleru sprawia, że w „obozie rewolucyjnym” zdarzają się krytyczni wobec hierarchii katolicy, ale większość stanowią zdeklarowani ateiści i krytyczni agnostycy. Jest to istotnie najważniejszy „wyróżnik obozu”, lecz znów w nieco inny sposób, niż twierdzi Hall. „Chrześcijańskie dziedzictwo Polski i Europy” nie jest nam szczególnie nienawistne. Po prostu, konsekwencją braku wiary w Boga jest przekonanie, że wszystkie prawa i normy moralne – również te przedstawiane jako religijne nakazy – są dziełem człowieka, produktem umowy społecznej. Umowy można zmieniać stosownie do okoliczności, ludzkie dzieła – poprawiać. Skoro potrafimy dziś, inaczej niż jeszcze 150 lat temu, przeszczepić serce lub oświetlić stadion piłkarski, to wolno założyć, że również w prawodawstwie jesteśmy bardziej kompetentni niż nasi przodkowie. Trawestując Dodę, możemy wymyślić coś lepszego niż Biblia ułożona cztery tysiące lat temu przez pijanego i upalonego pasterza kóz! Podobnie jak prześmiewcza reakcja na egzaltację żałobników z Krakowskiego Przedmieścia czy antyklerykalizm, postawa powyższa ma długą tradycję i stanowi część europejskiego dziedzictwa, którego, jeśli wierzyć Hallowi, konserwatyści bronią. Jeżeli uznamy – na podstawie empirycznej obserwacji, a nie quasi-religijnej „wiary w postęp” – że ludzkość się rozwija, to tworzenie nowych wzorców i norm moralnych okaże się być nie tylko prawem (które, jak rozumiem, sobie według Halla uzurpujemy), lecz wręcz obowiązkiem. Niektóre z tych norm bywają sprzeczne z tym, co wcześniej wymyślili chrześcijanie, ale to nie dlatego je tworzymy. Wystarczy, że nowe normy lepiej odpowiadają na złożone potrzeby współczesnego społeczeństwa. W szczególności dotyczy to kontestowanej przez Halla „rewolucji obyczajowej”. Ciekawe swoją drogą, co z chrześcijańsko-konserwatywnej perspektywy jest złego w małżeństwach homoseksualnych – poza tym, że dotąd ich nie było?

Wolny wybór łączy mocniej

Wreszcie czwarty wyróżnik „obozu rewolucyjnego” – „indywidualizm bez zobowiązań”. To prawda, że „odziedziczone wspólnoty i tożsamości” nie mają dla rewolucjonistów szczególnego znaczenia – przesądza o tym jednak czynnik „dziedziczenia”, a nie imputowany przez Halla organiczny brak lojalności. Tak jak wspólnota może tworzyć nowe normy moralne, tak jednostka ma prawo do kształtowania własnej tożsamości. Dlaczego miałoby to jednak oznaczać brak zobowiązań? Wprost przeciwnie – to wobec grup, w których członkostwo jest kwestią świadomego wyboru, poczucie obowiązku jest z reguły większe. Przykładów na działanie tego mechanizmu dostarczają tak lubiani przez prawicę kibice klubów piłkarskich, grupy religijne przyjmujące tylko dorosłych czy wyjątkowa w zachodnim świecie siła amerykańskiego patriotyzmu, który opiera się na imigranckim etosie. Preferowane przez „obóz rewolucyjny” koncepcje patriotyzmu konstytucyjnego i otwartego społeczeństwa wynikają z założenia, że wolny wybór łączy mocniej niż pokrewieństwo czy wydumany „narodowy charakter”. By wybór ten był nie tylko wolny, lecz także świadomy, konieczna jest dobra edukacja i inne działania na rzecz budowy kapitału społecznego – między innymi ograniczanie znaczenia instytucji hierarchicznych, takich jak Kościół katolicki, wojsko czy różne rodzaje policji. Skoro wspólnota polityczna może – i powinna – powstawać w drodze indywidualnych wyborów, to jej kształt może być praktycznie dowolny. To dobrze, ponieważ na obecnym etapie rozwoju ludzkości narody, zwłaszcza te o europejskiej skali, są za małe, by skutecznie wpływać na rzeczywistość. Odpowiedzią na ten problem jest oczywiście przeniesienie politycznej podmiotowości na poziom ponadnarodowy, stworzenie europejskiej federacji, która przejmie od Polski, Włoch czy Holandii – lecz także od Francji i Niemiec – kompetencje w dziedzinie polityki fiskalnej, makroekonomicznej, zagranicznej czy obronnej. Również ten pomysł jest obecny w filozofii politycznej od dawna (jednym z pierwszych, który mówił o „Stanach Zjednoczonych Europy”, był w roku 1848 Wiktor Hugo), choć dopiero teraz z futurystycznej wizji stał się naglącą potrzebą. Podobnie jak laicyzacja życia publicznego i zapewnienie pełni praw wszystkim obywatelom.

Autor jest socjologiem, ekonomistą, szefem Planu Zmian (think tanku Ruchu Palikota), wiceprzewodniczącym Europy Plus, członkiem zespołu redakcyjnego „Liberte!”
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL