Świat

Włoska partyzantka komunistyczna z krwią rodaków na rękach

Uważam Rze Historia, Michał Korsun
Gloryfikowana przez włoskie salony czerwona partyzantka była hordą zbrodniarzy
Tekst z archiwum miesięcznika "Uważam Rze Historia"
Italia 25 kwietnia znów świętowała Dzień Wyzwolenia od faszyzmu. Powiewały czerwone flagi z sierpem i młotem. Po raz kolejny z mównic i łamów gazet padły słowa o patriotycznych i demokratycznych tradycjach komunistycznej partyzantki. Ale trudna i do cna już zakłamana prawda wyglądała zupełnie inaczej. Jednym z jej tragicznych symboli jest Porzus koło Udine, gdzie włoskie komunistyczne komando wymordowało partyzancki oddział swoich rodaków tylko dlatego, że chciał walczyć o wolne Włochy, a nie o komunistyczny raj Stalina i Tity.

Masakra w Porzus

Rano 7 lutego 1945 r. nieco rozproszona, bezładna grupa zdrożonych piechurów – w sumie nie więcej niż stu mężczyzn – górskimi ścieżkami, dróżkami i lasem pięła się na Topli Vrh (Ciepły Wierch po słoweńsku), gdzie w szopach alpejskiego pogórza w Porzus stacjonowało dowództwo jednego z partyzanckich oddziałów brygady Osoppo. Jako że przytłaczająca część partyzantów była na zimowych urlopach, cały oddział wraz z dowództwem liczył zaledwie 20 osób. Część przybyszy podała się czujkom Osoppo za cywili, którzy uciekli ze zbombardowanego przez aliantów pociągu wywożącego ich do Niemiec. Inni – za eskortujących ich w bezpieczne miejsce partyzantów spod Udine. Był wśród nich dobrze znany partyzantom Osoppo komunistyczny bojowiec, więc warty przepuściły niespodziewanych gości bez przeszkód, kierując ich do dowództwa, żeby tam odpoczęli, przekąsili coś, wypili kubek kawy, a jeśli trzeba – przenocowali.
Strudzeni uciekinierzy i ich eskorta w rzeczywistości byli świetnie zorganizowanym szwadronem śmierci komunistycznych brygad im. Garibaldiego pod dowództwem Mario Toffanina. Po przybyciu na miejsce natychmiast wyjęli ukrytą broń i aresztowali wszystkich partyzantów Osoppo. Od razu zamordowali trzy osoby. Pałkami, żeby nie było hałasu. Dowódcy Francesco De Gregoriemu, pseudonim Bolla (35 l.), wyłupili przedtem oczy. Wraz z nim oprawcy zatłukli oficera politycznego oddziału i 21-letnią dziewczynę Eldę Turchetti. Tylko jednemu – kapitanowi Aldo Bricco, który miał zluzować „Bollę" na stanowisku dowódcy – udało się zbiec, choć dosięgnęło go  aż sześć kul. Te strzały kosztowały życie dwóch innych partyzantów Osoppo, w tym 19-letniego Guido Pasoliniego, młodszego brata znanego później poety i reżysera Piera Paolo. Byli o kilkaset metrów dalej w pasterskiej szopie. Na odgłos palby za uciekającym Bricco pobiegli z odsieczą i tak wpadli w ręce swoich katów. Wszystkich aresztowanych czekały potem tortury, trwająca kilkanaście minut farsa „sądu ludowego" i wyrok śmierci. W ten sposób między 8 a 18 lutego z życiem w okolicznych lasach pożegnało się 17 dalszych partyzantów Ossopo. Używając wielkich słów, oddali życie za wolne Włochy i żołnierski honor, bo prawie wszyscy mogli się uratować. Wystarczyło złożyć przysięgę wierności i przejść do komunistycznej partyzantki, walczącej we Friuli pod dowództwem słoweńskiego IX Korpusu Jugosłowiańskiej Ludowej Armii Wyzwolenia Josipa Broza-Tity. W ten sposób uniknęło śmierci dwóch partyzantów Osoppo. Jeden z nich, Geatano Valente, natychmiast potem zbiegł, a przed zemstą komunistów szukał schronienia najpierw w Udine, potem w Rzymie, a znalazł je dopiero w Somalii w Mogadiszu. Pozostali zginęli z rąk swoich rodaków głównie dlatego, że nie godzili się, by region Wenecji Julijskiej z należącym doń Friuli wszedł po wojnie w skład zbolszewizowanej Jugosławii, jak to sobie uplanowali komuniści.

Włoska wojna domowa

Zgodnie z pleniącą się wszędzie do dziś lewicową propagandą, gdy 8 września 1943 r. włoski rząd marszałka Pietro Badoglio podpisał zawieszenie broni z aliantami, cały naród, oczywiście pod przywództwem partii komunistycznej, chwycił gremialnie za broń, wyzwalając kraj od faszystów i hitlerowskich najeźdźców, by zaraz potem zająć się grzecznie budową włoskiej demokracji. W rzeczywistości jesienią 1943 r. rozpoczynała się we Włoszech krwawa wojna domowa. Alianci opanowali już Sycylię, ale dopiero zaczynali inwazję na obcas włoskiego buta. Tymczasem niemieccy komandosi pod wodzą Ottona Skorzenny,ego uwolnili 12 września w górskim hotelu w Apeninach więzionego od lipca Mussoliniego i ten już trzy dni później proklamował Republikę Salo. Marionetkowe państwo, faktycznie całkowicie podporządkowane Niemcom, rozciągało się wówczas od Bari do Alp i miało pod bronią 800 tys. ludzi. O zalążkach włoskiego ruchu oporu można mówić dopiero na początku 1944 r. Powstał Komitet Wyzwolenia Narodowego, w skład którego weszli przedstawiciele wszystkich antyfaszystowskich sił politycznych, również komunistów. Antyfaszystowska partyzantka w apogeum, wczesną wiosną 1945 r., liczyła maksymalnie 70 tys. żołnierzy, ale gdy kończyła się wojna, gdy wybory stały się tanie i łatwe, liczba bojowców, spośród których większość nie powąchała prochu, urosła do 200 tys., a kiedy zaczęto wydawać świadectwa lojalności, okazało się, że w ruchu oporu brało czynny udział aż pół miliona Włochów! Wśród 70 tys. „prawdziwych" partyzantów blisko 70 proc. walczyło w szeregach oddziałów komunistycznych. Zorganizowali je włoscy komuniści walczący przedtem licznie w oddziałach Tity, który rzeczywiście już wtedy dowodził świetnie zorganizowaną armią. Na pozostałe 30 proc. sił zbrojnych włoskiego ruchu oporu składał się melanż siłą rzeczy słabiej zorganizowanych i gorzej uzbrojonych grup reprezentujących monarchistów, katolików, radykałów i socjalistów. Młodzi ludzie – po części ze szlachetnych, patriotycznych pobudek, po części uciekając przed powołaniem do wojska Republiki Salo – szli w góry, do partyzantów, nie zdając sobie sprawy z coraz ostrzej rysujących się podziałów między oddziałami. Naturalnie najczęściej natykali się na oddziały komunistyczne, gdzie natychmiast oddawano ochotników pod opiekę politrukom.

Łgarstwo włoskiej lewicy

Brygady Osoppo, do których trafił w wieku 18 lat Guido Pasolini, zawiązały się z inicjatywy katolickich duchownych i świeckich, demokratów i socjalistów w seminarium arcybiskupstwa w Udine w grudniu 1943 r. Nazwa „Osoppo" pochodzi od miejscowości, której mieszkańcy podczas powstania w 1848 r. dzielnie stawiali czoła austro-węgierskiej armii marszałka Radetzkiego. Brygady Osoppo zaczęły działać zbrojnie w okolicznych górach od marca 1944 r. Liczyły około 2 tys. żołnierzy. We Friuli walczyły również o wiele silniejsze i liczniejsze oddziały włoskich komunistów brygad Garibaldiego i słoweński IX Korpus armii Tity. To, co się działo we Friuli, obnaża łgarstwo włoskiej lewicy o patriotyzmie włoskich komunistów, bo w rzeczywistości walczyli głównie o to, by najlepiej cały region Wenecji wszedł po wojnie w skład komunistycznej Jugosławii. Tragiczny świadek tej hańby Guido Pasolini 27 listopada 1944 r. pisał do brata, że „sytuacja staje się coraz trudniejsza, a atmosfera coraz cięższa". Opisuje, jak najpierw w lipcu słoweńscy partyzanci Tity, zamiast zgodnie z umową trzymać w ogniu krzyżowym drogę, którą posuwali się Niemcy, opuścili swoje stanowiska bez strzału, w dodatku nie informując o tym Osoppo, co naraziło oddział na bolesne straty. Sytuacja powtórzyła się we wrześniu. Słoweńcy opuścili stanowisko ogniowe na wzgórzu i „zamiast osłaniać nam plecy, wycofali się bez strzału". Podobnie pojęte braterstwo broni demonstrowali partyzantom Osoppo ich rodacy z brygad Garibaldiego. We wrześniu, jak pisze Guido, słoweńscy komuniści zażądali, by brygada Osoppo przeszła pod ich dowództwo, „na co odpowiedzieliśmy, że jesteśmy Włochami, walczymy pod włoską flagą, a nie czerwoną szmatą". Odnotowuje, że 7 listopada, w rocznicę rewolucji bolszewickiej, włoskie brygady Garibaldiego z wielką pompą świętowały włączenie ich do oddziałów słoweńskich. Niektórzy przeszli jednak z komunistycznych oddziałów do Osoppo, opowiadając, że komisarze polityczni rozpoczęli kampanię zastraszania wszystkich, którzy chcieliby pójść w ich ślady. Informowali też, że zgodnie z umową między włoskimi a słoweńskimi komunistami, wszyscy włoscy ochotnicy zgłaszający się do partyzantki we Friuli i okolicach mieli być automatycznie wcielani do oddziałów słoweńskich. Komisarze garibaldczyków rozpoczęli akcję uświadamiającą wśród włoskiej ludności, tłumacząc mieszkańcom, że o wiele lepiej niż w Italii będzie im w jugosłowiańskim komunistycznym raju. Zaraz potem czytamy: „Włoski oficer polityczny Vanni zażądał od naszego dowódcy, by na rozkaz marszałka Tity nasza brygada opuściła ten teren, bo jest on strefą słoweńskich wpływów". A dalej: „Byłbym zapomniał: oficerowie polityczni garibaldczyków mówią, że Friuli będzie republiką sowiecką i przyczółkiem, z którego ruszy bolszewizacja całej Italii". Guido kończy list prośbą do matki, by przysłała mu chustę w narodowych barwach włoskich. Miał ją na sobie, gdy 12 lutego 1945 r. zginął w Navacuzzi rozstrzelany przez opętanych komunistycznym obłędem rodaków.

Instrukcja towarzysza Togliattiego

Ten wyłaniający się z listu specyficzny „patriotyzm" włoskiej komunistycznej brygady nie był wcale lokalną dewiacją, ale oficjalną polityką Włoskiej Partii Komunistycznej. Jej przywódca Palmiro Togliatti, zasiadający przez lata we władzach Kominternu w Moskwie, pisał do towarzyszy tuż po powrocie do kraju pod koniec 1943 r.: „Należy z całych sił wspierać okupację regionu Wenecji Julijskiej przez siły marszałka Tity, bo to przyspieszy wyzwolenie ojczyzny i ukonstytuowanie we Włoszech, podobnie jak w Jugosławii, władzy ludowej. Włoscy komuniści powinni wystąpić przeciw wszystkim tym włoskim elementom, które znajdują się na tym terenie i działają na rzecz imperializmu oraz nacjonalizmu, podżegając do nienawiści między narodami". Wynika z tego jasno, że zbrodnia w Porzus nie była niczym innym jak przekuciem na czyn instrukcji samego szefa WłPK. Togliatti z kolei działał na zlecenie swoich sowieckich mocodawców. Już 3 lipca 1942 r., jeszcze w Moskwie, gdy nikomu się nie śniło, że Mussolini będzie aresztowany w lipcu 1943 r. decyzją Wielkiej Rady Faszystowskiej, sekretarz Kominternu Georgi Dymitrow poinformował Togliattiego w liście, że wszelkie ewentualne działania militarne i polityczne włoskich komunistów na terenie całej Wenecji Julijskiej mają być podporządkowane Słoweńskiej Partii Komunistycznej i jej siłom, czyli de facto Josipowi Brozie-Ticie. Ponad dwa lata później, 9 września 1944 r., miesiąc po wyzwoleniu Rzymu przez aliantów, prawa ręka Tity w Słowenii Edvard Kardelj wyjaśnił dokładnie Togliattiemu w liście, co należy zrobić: „Nie wolno pozwolić, by na tym terytorium pozostało choć jedno włoskie ugrupowanie partyzanckie, które pod płaszczykiem demokracji realizuje cele włoskiego imperializmu. Cały ten region ma wejść w skład nowej Jugosławii". Zgodnie z tymi dezyderatami garibaldczycy w Wenecji Julijskiej nie tylko „z wielkim entuzjazmem", jak pisał Togliatti w okolicznościowym komunikacie, przeszli pod dowództwo słoweńskiego IX Korpusu, ale także  pod koniec 1944 r. wycofali z tego terenu trzon swoich sił i przenieśli je w głąb Słowenii, oddając Friuli we władanie partyzantom Tity. Jak zwykle w przypadku komunistycznych zbrodni do dziś nie wiadomo, kto konkretnie wydał rozkaz wymordowania partyzantów w Porzus. W dokumentach brygady Osoppo istnieje notatka ze spotkania w Uccea 1 stycznia 1945 r. między komendantem II Brygady Osoppo Romano Zoffo a oficerem politycznym słoweńskiego batalionu „Rezianska", który wyjaśnił, że „wasza obecność na tym terytorium przeszkadza naszej propagandzie. Nie wykluczamy, że pewnego dnia otrzymamy rozkaz rozbrojenia was. Z pewnością Brytyjczycy, w których pokładacie tyle nadziei, nie pomogą wam. Wielka Brytania będzie jutro naszym wrogiem. Ten kraj i jego kapitalistyczny system muszą zginąć". Można się jedynie domyślać, że z praktycznych względów morderczą misję w Porzus powierzono w końcu włoskim towarzyszom. 28 stycznia 1945 r. zastępca sekretarza jaczejki WłPK w Udine Alfio Tambosso wydał działającym w okolicy włoskim oddziałom komunistycznym następujący rozkaz: „Drodzy towarzysze, przekazuję wam tajny rozkaz naczelnego dowództwa. Przygotujcie w tajemnicy oddział 140–150 ludzi. Mają być uzbrojeni i wyekwipowani, z prowiantem na cztery dni. Działajcie z najwyższą dyskrecją. Ten odział należy oddać do dyspozycji brygad Garibaldiego działających pod rozkazami marszałka Tity. O szczegółach niesłychanie dla nas istotnej misji powiadomię później. Bohaterska Armia Czerwona kontynuuje zwycięski marsz! Czas nagli!". Właśnie na podstawie tego rozkazu sformowano szwadron śmierci Toffanina. Równocześnie „w terenie" i wśród swoich oddziałów włoscy komuniści rozpoczęli oszczerczą kampanię, oskarżając brygady Osoppo o zdradę, czyli współpracę z Niemcami i faszystami Republiki Salo. Nie brakło zarzutów o „stanie z bronią u nogi", sabotaż i odmowę przekazania należnej komunistycznym oddziałom broni ze zrzutów. Mowa była o „reakcyjnych maminsynkach, którzy walczyć nie chcą, ale świetnie bawią się w górach jak na wycieczce". Propaganda musiała być skuteczna, skoro – jak wspominają świadkowie – komunistyczni partyzanci na politycznym zebraniu w Circhina w połowie lutego 1945 r. wiadomość o tym, że oddział Osoppo został wymordowany przez Niemców i włoskich faszystów, przyjęli gromkimi brawami. Zarzuty o kolaborację Osoppo z Niemcami uwiarygodnić miała intryga z nieszczęsną Eldą Turchetti, jedną z trzech pierwszych ofiar mordu w Porzus. Ktoś, może odrzucony adorator, może zazdrosna o powodzenie wśród mężczyzn sąsiadka, a może szykujący już wtedy prowokację komuniści, w 1944 r. bezpodstawnie oskarżył 21-letnią dziewczynę o szpiegostwo na rzecz Niemców. Rzekomo widziano ją w towarzystwie żołnierzy Wehrmachtu. Plotka rozeszła się lotem błyskawicy i powtórzono ją na falach Radia Londyn. Przerażona dziewczyna natychmiast zgłosiła się do garibaldczyków, by udowodnić swoją niewinność. Dowódcą tego oddziału był właśnie Toffanin, który niedługo potem poprowadził swój szwadron śmierci na Porzus. Nie wiedzieć czemu, przekazał dziewczynę partyzantom Osoppo. Gdy ruszał z morderczą misją, wiedział, że ją w Porzus znajdzie i na tej podstawie będzie mógł oskarżyć osoppczyków o konszachty ze szpiegiem, a co za tym idzie – z Niemcami i faszystami.

Misja bandyty

Jak się wydaje, powierzenie zadania likwidacji partyzantów Osoppo Toffaninowi nie było przypadkowe. Ideowy komunista, który do WłPK wstąpił w 1933 r. w wieku 22 lat, był poza tym pospolitym, groźnym przestępcą. Za morderstwa, napady, uprowadzenia i kradzieże niemające nic wspólnego z akcjami zbrojnymi czy polityką włoskie sądy skazały go zaocznie na 30 lat więzienia. Zresztą jeden z oficerów politycznych garibaldczyków Giovanni Padoan przyznał po latach, że Toffanin sprawiał wrażenie agresywnego, brutalnego psychopaty. W Porzus musiał mieć godnych siebie kompanów. Wszystkie ofiary przed śmiercią poddawane były brutalnym torturom, a po wykonaniu wyroków pastwiono się nad zwłokami. W relacji złożonej przez Toffanina i jego dwóch zastępców komitetowi WłPK w Udine i dowództwu słoweńskiego IX Korpusu można przeczytać, że zadanie wykonane zostało zgodnie z otrzymanymi rozkazami, a dowódca De Gregori, partyzant Gastone Valente i Elda Turchetti „przed śmiercią wznosili okrzyki na cześć faszyzmu".

Lewica murem za mordercami

Towarzysze broni i rodziny ofiar już pod koniec czerwca 1945 r. oskarżyli garibaldczyków o potworny mord. Proces rozpoczął się dopiero w 1950 r. Wówczas główni sprawcy dzięki pomocy partyjnych towarzyszy już od czterech lat przebywali za granicą. Toffanin schronił się najpierw w Jugosławii, gdzie otrzymał najwyższe odznaczenia państwowe. W 1949 r., gdy Jugosławia została wyrzucona z Kominternu, pojechał do Czechosłowacji. Na samotność nie mógł narzekać. W Pradze WłPK ulokowała blisko 500 ściganych przez włoski wymiar sprawiedliwości towarzyszy z krwią rodaków na rękach. Potem Toffanin wrócił do słoweńskiej Sesany, gdzie zmarł w 1999 r. Wielokrotnie udzielał wywiadów włoskiej prasie, w których podawał sprzeczne ze sobą wersje wydarzeń. Raz twierdził, że wykonywał rozkazy, innym razem chełpił się, że cała akcja była jego prywatną inicjatywą. Zawsze podkreślał, że gdyby można było cofnąć czas, zrobiłby dokładnie to samo, bo „w czasie wojny za zdradę była tylko jedna kara". Włoski sąd w trzech instancjach skazał zaocznie Toffanina i jego dwóch zastępców na dożywocie. Inni, choć skazani na długoletnie więzienie, dzięki nakładającym się na siebie amnestiom nie spędzili za kratkami ani jednego dnia, jeśli pominąć areszt śledczy. WłPK zawsze stała murem za swymi mordercami. Najwyżsi partyjni dostojnicy, Luigi Longo i Gian Carlo Pajetta, odwiedzali ich w więzieniu. Dziennik „l,Unita" jeszcze w latach 60. prowadził haniebną kampanię, oskarżając brygady Osoppo i ich dowódców o kolaborację z Niemcami i Republiką Salo. Dopiero w 1975 r. wyszła pierwsza naukowa i obiektywna publikacja poświęcona zbrodni w Porzus. Jej autora Marco Cessellego natychmiast dotknął bojkot włoskich intelektualnych elit i oskarżenia o próbę zdyskredytowania antyfaszystowskiej partyzantki. W 1997 r. Renzo Martinelli nakręcił poświęcony tragedii film „Porzus". Gdy przystąpił do pracy, lewica rozpętała taką nagonkę, oskarżając reżysera o rewizjonizm, a nawet faszystowskie sympatie, że kilku burmistrzów w okolicach Udine nie zgodziło się, by kręcił na ich terenie. Wielu krytyków odsądziło film od czci i wiary, zanim mieli okazję go obejrzeć. Ówczesny lewicowy minister kultury Walter Veltroni uczciwie przyznał: „Towarzysze bardzo mocno naciskali, żebym uniemożliwił prezentację filmu na Festiwalu w Wenecji". W końcu film został pokazany, ale poza konkursem. W tym względzie do dziś niewiele się zmieniło. Jakakolwiek próba przypomnienia o masowych zbrodniach włoskich i jugosłowiańskich komunistów czy choćby nawiązania do nich uważana jest na ogół przez włoskie elity za niegodny akt rewizjonizmu, działanie ramię w ramię z neofaszystami albo w politycznym interesie prawicy, czyli potwora Berlusconiego. Do dziś dla sporej części włoskiej lewicy komunistyczni zbrodniarze tych lat, podobnie jak lewaccy terroryści Czerwonych Brydag, to „towarzysze, którzy pobłądzili", bo przecież chcieli dobrze. Do dziś na oficjalnej stronie internetowej od zawsze związanego z lewicą Narodowego Związku Partyzantów Włoskich można wyczytać, że „De Gregori zginął w Porzus w starciu między partyzantami". Natomiast mocno zideologizowana pani historyk Alessandra Keversen, częsty gość włoskich telewizji, w swoich licznych pracach dowodzi, że za mordami w Porzus stał imperialistyczny amerykańsko-brytyjski spisek, a rzekome zbrodnie Tity na Włochach były w rzeczywistości dziełem faszystowskich prowokatorów. Dwudziestu partyzantów Osoppo to zaledwie kropla w morzu 30–40 tys. „wrogów klasowych", których włoscy komuniści, najczęściej skrycie i bez sądu, wymordowali w północnych Włoszech w walce o zwycięstwo światowej proletariackiej rewolucji. Na jej ołtarzu w ofierze bez wahania złożyli własną ojczyznę i życie tysięcy rodaków. Szef WłPK Palmiro Togliatti chwalił się potem Stalinowi, że udało mu się zabić 50 tys. „faszystów". Za te zbrodnie nikt nigdy nie odpowiedział. We Włoszech do dziś nie mówi się o tym głośno, a poza Italią mało kto o tym słyszał. Czerwiec 2012
Źródło: Uważam Rze

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL