fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Uniwersytecki biznes w kryzysie

prof. Tadeusz Pomianek, członek zespołu ds. Analizy Systemu Finansowania Szkolnictwa Wyższego
Fotorzepa, Krzysztof Łokaj Krzysztof Łokaj
Czy minister Barbara Kudrycka prowadzi konsekwentną politykę preferowania uczelni publicznych kosztem niepublicznych? – niepokoi się prezes edukacyjnego Lewiatana
Kluczem do naprawy stanu polskiego szkolnictwa jest stworzenie systemowych warunków dla konkurencji. Przy czym chodzi tu o konkurencję uczelni, a nie sektorów – szkolnictwa publicznego i niepublicznego. Konkurencja uczelni służyłaby preferowaniu jakości kształcenia zarówno w uczelniach publicznych, jak i niepublicznych, byłaby więc korzystna dla całego polskiego szkolnictwa wyższego.
Niestety, skłonność do myślenia kategoriami „konkurencji sektorowej" u części środowiska akademickiego jest mocno zakorzeniona.

Siedem lat bez rozporządzenia

Ostatnio część kadry i władz uczelni publicznych twierdzi, że znowelizowana ustawa o szkolnictwie wyższym (od 1.10.2011 r.) zawiera wiele rozwiązań, które mają wspierać uczelnie niepubliczne kosztem uczelni publicznych. Jako przykład zwykle wymienia się w tym kontekście ograniczenie możliwości corocznego wzrostu liczby studentów studiów stacjonarnych w szkołach publicznych do 2 proc. oraz wcześniejszy wiek emerytalny profesorów.
Ten ostatni argument brzmi dziwnie. Sytuacja sprzed 1 października 2011 roku mogła być oceniana jako niekorzystna dla uczelni publicznych, bowiem profesor po ukończeniu 70 lat mógł wchodzić w skład minimum kadrowego tylko w uczelniach niepublicznych. Rozwiązanie, które wprowadza nowa ustawa, sprawia przecież, że teraz może być brany pod uwagę także w uczelniach publicznych. Zatem z punktu widzenia interesu uczelni publicznych jest to zmiana korzystna. A więc skąd ten argument? Profesor Jerzy Woźnicki (w publikowanym na portalu „Rzeczpospolitej" artykule „Jak zmieniać uczelnie") pisze o tych głosach w debacie o szkolnictwie wyższym, w których pojawia się „selektywny dobór argumentów pod z góry założone tezy oraz stwierdzenia mające luźny związek z rzeczywistością". Być może takie głosy miał m.in. na uwadze Autor. Ja byłbym tu łagodniejszy w ocenach, sądząc raczej, że jest to relikt myślenia w kategoriach konkurencji sektorowej, myślenia, które każe wszędzie tropić zagrożenie dla sektorowego (grupowego) interesu. Ważniejszy jednak jest argument o, jakoby korzystnym dla uczelni niepublicznych, a niekorzystnym dla publicznych, rozwiązaniu ograniczającym do 2 proc. coroczny wzrost liczby studentów studiów stacjonarnych w szkołach publicznych.  Łatwo wykazać, że taka teza nie ma pokrycia w faktach. Przypomnijmy, że tylko uczelnie publiczne otrzymują dotacje do studiów stacjonarnych, niepubliczne zaś, mimo gwarancji ustawowych, nie otrzymują jej, gdyż od siedmiu lat minister nie wydał stosownego rozporządzenia. Konsekwencje tej sytuacji są wielorakie. Oto od roku akademickiego 2005/2006 do 2010/2011 liczba osób, które zdały maturę, spadła o 26 proc., natomiast  liczba studentów stacjonarnych w uczelniach publicznych wzrosła o 6 proc. (do 851 tys.), a nabór na pierwszy rok wzrósł o ponad 15 proc. (do 224 tys.). W tym samym okresie w uczelniach niepublicznych liczba studentów stacjonarnych spadła o 34 proc. (do 98 tys.), a nabór na pierwszy rok spadł o ponad 40 proc. (do 22 tys.).

Gonitwa za dotacją

Jeśli minister ograniczyłaby nabór w takim stopniu, w jakim spada liczba maturzystów (a w kolejnych latach będzie spadać o 5–8 proc. rok do roku), oraz stosownie do tego spadku ograniczyła dotację, byłoby to rozwiązaniem neutralnym z punktu widzenia uczelni niepublicznych. W kontekście niżu demograficznego owe 2 proc. nie jest więc żadnym ograniczeniem, ale preferencją dodatkowo deformującą warunki konkurencji między uczelniami publicznymi a niepublicznymi. Ale – o paradoksie – preferencja ta w dalszej perspektywie przynosi skutki negatywne dla uczelni publicznych, czego krytycy tego rzekomego ograniczenia zupełnie nie dostrzegają. Wzrost liczby studentów stacjonarnych w szkołach publicznych (i wzrost liczby kierunków, szczególnie beztroski w państwowych wyższych szkołach zawodowych) staje się jedną z przyczyn pogłębiających kryzys finansowy tych szkół i prowadzi do spadku (aż o 23 proc. w omawianym okresie) liczby studentów niestacjonarnych. W uczelniach tych, wskutek dążenia do wzrostu liczby studentów stacjonarnych, spadek przychodów  z czesnego za studia niestacjonarne w ciągu kilku omawianych lat wyniósł ponad 400 mln zł rocznie. Ta pogoń za dotacją z tytułu wzrostu liczby studentów jest jeszcze z jednego powodu ekonomicznie nieracjonalna. Dotacja nie pokrywa bowiem rzeczywistych kosztów kształcenia. Wielkość dotacji z budżetu państwa na kształcenie w trybie stacjonarnym tylko w 10,5 proc. zależy bowiem od liczby studentów. Posłużmy się przykładem. Jeśli szkoła publiczna kształci 15 tys. studentów, to wzrost ich liczby o 2 proc. oznacza 300 osób, a wzrost kosztów kształcenia wyniesie 2,7 mln zł (średnio w kraju roczny koszt kształcenia studenta  wynosi  9 tys. zł). Tymczasem dotacja wzrośnie tylko o 0,28 mln zł, a zatem uczelnia zarejestruje deficyt w kwocie 2,42 mln zł. Oczywiście obliczenie to jest uproszczone, ale niezależnie od skali tego uproszczenia chodzi o poważne kwoty. Taka bezrefleksyjna pogoń za dużą liczbą studentów jest bezsensowna ekonomicznie i, co gorsza, wręcz wymusza na uczelniach obniżanie jakości kształcenia.

Koniec  eldorado

Trudno znaleźć w nowej ustawie pozytywne dla uczelni niepublicznych zapisy, pomijając np. wprowadzenie krajowych ram kwalifikacji (korzystne mimo miejscami bezsensownej i ponad miarę rozdętej biurokracji), które służą w równym stopniu obu sektorom. Natomiast lista zapisów niekorzystnych jest długa, choćby zakaz pobierania odpłatności za egzamin dyplomowy czy szczególnie skandaliczny, bo populistyczny, zakaz pobierania odpłatności za egzaminy poprawkowe (preferujący słabszych studentów kosztem lepszych). W skali roku dla szkoły niepublicznej jest to ubytek przychodów rzędu 5 do 9 proc.  Biorąc powyższe pod uwagę i podkreślając, że uczelnie niepubliczne bezprawnie od siedmiu lat nie mają dotacji do studiów stacjonarnych, łatwiej byłoby dowieść tezy, że minister Barbara Kudrycka prowadzi konsekwentną politykę preferowania uczelni publicznych kosztem niepublicznych. Sytuacja finansowania szkół wyższych rzeczywiście się pogarsza, ale nie jest to efekt nowej ustawy, tylko niżu demograficznego i przygnębiającego faktu, że dla zdecydowanej większości uczelni publicznych i niepublicznych przychody pozadydaktyczne stanowią co najwyżej kilka procent przychodów. Trzeba przyjąć do wiadomości, że dydaktyczne eldorado dobiegło końca. Już wiele lat temu należało zamienić system finansowania szkół wyższych, żeby zamiast pogoni za liczbą studentów dbały o jakość i widziały swój interes w rozwoju badań naukowych i współpracy z gospodarką. Autor jest rektorem Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie oraz prezesem Polskiego Związku Pracodawców Prywatnych Edukacji PKPP Lewiatan
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA