fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i opinie

Ślepa wiara w publiczne wydatki

Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
19. antykryzysowe spotkanie unijnych liderów, które rozpocznie się w czwartek, jest jednym z niewielu, którego nie nazywa się „szczytem ostatniej szansy".
Najwyraźniej nikt już nie wierzy, że będzie ono stanowiło przełom w walce z kryzysem w strefie euro.
Spośród licznych pomysłów na uzdrowienie eurolandu, takich jak rozszerzenie unii walutowej o unię bankową  i wprowadzenie wspólnej odpowiedzialności za długi po przez tzw. euroobligacje, większości przeciwny jest Berlin. Pewnie zgodziłby się na ustępstwa, gdyby inne rządy były gotowe zrzec się autonomii w kwestiach fiskalnych, ale na to się nie zanosi. Tak czy inaczej, to nie są reformy, które odmieniłyby losy strefy euro z dnia na dzień.
W tej sytuacji szczyt zakończy się zapewne przyjęciem tzw. paktu na rzecz wzrostu i zatrudnienia, na mocy którego UE będzie wydawała 1 proc. PKB – około 120-130 mld euro rocznie – na galwanizowanie sparaliżowanej gospodarki. To wyraz powszechnego wśród europejskich polityków przekonania, że nawet drakońskie oszczędności w warunkach recesji nie uzdrowią finansów publicznych.
Pakt na rzecz wzrostu i zatrudnienia forsował  nowy prezydent Francji Francois Hollande, przy wsparciu szefowej MFW Christine Lagarde, także Francuzki. Ale ostatecznie przystała na to nawet niemiecka kanclerz Angela Merkel.
Krótko mówiąc, z setek pomysłów na ratowanie eurolandu, powszechną zgodą cieszy się tylko ten, aby zwiększyć wydatki publiczne. Trudno o lepszą ilustrację, dlaczego strefa euro znalazła się w kryzysie. Nie chodzi o żadne błędy założycielskie, jak np. budowanie unii walutowej bez unii politycznej itd., jak się często wskazuje. Strefę euro na dno ciągnie przede wszystkim ślepa wiara w to, że rządy mogą skutecznie sterować gospodarką.
Tę wiarę można tłumaczyć  czymś, co psychologowie nazywają „efektem ekspozycji". Z danych Komisji Europejskiej wynika, że udział wydatków rządów eurolandu w PKB tego regionu wynosił w ub.r. 49,4 proc. Innymi słowy, co drugie euro wydały rządy. W takich warunkach po prostu trudno uwierzyć, że to nie one są kołem zamachowym gospodarki, tylko przedsiębiorcy.
A przedsiębiorcom nie są potrzebne coraz to nowe granty, subsydia, dopłaty i tanie „celowe" kredyty. Wystarczyłby im brak biurokracji, niskie podatki, elastyczne reguły zatrudniania pracowników i przewidywalność polityki gospodarczej. Szczególnie w tym ostatnim przypadku, zwiększanie wydatków publicznych raczej szkodzi niż pomaga. Przedsiębiorcy wiedzą, że z czasem zapłacą za to wyższymi podatkami, co ostudzi ich zapał do inwestycji. Przeciwnie, cięcie wydatków publicznych i wraz z nimi podatków, może ten zapał wyzwolić, co z czasem zwiększy wpływy do budżetu.
Oczywiście, rację może mieć Richard Duncan, który w swoich książkach argumentuje, że cięcie wydatków rządowych może stymulować gospodarkę tylko w systemie kapitalistycznym. Tymczasem dominujący dziś na świecie system gospodarczy z kapitalizmem nie ma nic wspólnego. Duncan nazywa go kredytyzmem: wzrost PKB napędzają finansowane kredytem wydatki. W czasach prosperity wydają konsumenci i firmy, a czasach dekoniunktury zastępować ich muszą rządy. Gdyby tego nie robiły, światową gospodarkę czekała by nowa Wielka Depresja, podobna do tej z lat 30 XX w.
Autor „The Dollar Crisis" i „The New Depression" ma oczywiście świadomość, że istnieje granica zadłużania się rządów, wyznaczona zaufaniem inwestorów do ich obligacji. Ale, jak twierdzi, wynika to wyłącznie z tego, że większość rządów nieefektywnie wydaje pożyczone pieniądze. Np. Waszyngton finansuje wojny w Afganistanie i Iraku, które przysparzają mu wrogów. Gdyby zamiast tego przeznaczył 1 bln USD na inwestycje w nowoczesne technologie, wykreowałby taki boom gospodarczy, który tak zwiększyłby jego wpływy do budżetu, że pozwoliłby mu spłacić długi.
Być może kredytyzm tak właśnie działa. Tyle, że kluczem jest tu kwota, o której Duncan mówi: 1 bln USD to równowartość około 7 proc. amerykańskiego PKB. A to – jak podkreśla - pieniądze, których nie sposób zmarnować. Ale unijni liderzy jak zwykle zatrzymają się w pół drogi. Choć wierzą w moc wydatków publicznych, brak im zdecydowania, aby wedle tej wiary żyć.
Źródło: ekonomia24
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA