fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja

Karta hamuje rozwój

Ryszard Grobelny, od 1998 r. prezydent Poznania
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Za dwa lata wydatki na edukację mogą rozsadzić samorządowe budżety - przekonuje Ryszard Grobelny, prezydent Poznania
Jak wygląda zarządzanie edukacją z punktu widzenia prezydenta dużego miasta?
Ryszard Grobelny, prezydent Poznania: Podstawowy problem polega na tym, że państwo centralnie reguluje wszystkie kwestie związane z zarządzaniem oświatą, przerzucając na samorządy obowiązek realizacji tych zadań. Odgórnie ustalony jest czas pracy nauczycieli i ich średnie zarobki, samorząd ma nawet ograniczone możliwości przekazywania czy łączenia szkół. Skutek jest taki, że system edukacji jest bardzo nieefektywny. Nakłady na edukację rosną, a jednocześnie kształcimy coraz mniej uczniów. Nie widać też znaczących postępów w podnoszeniu jakości nauczania.
Niektóre samorządy narzekają, że na edukację przeznaczają ponad połowę swojego rocznego budżetu.
W Poznaniu to jest ok. 200 mln zł rocznie. Edukacja kosztuje nas w sumie ok. 730 mln zł, 28 proc. tej sumy pochodzi z naszego budżetu. System finansowania samorządów wymaga gruntowej reformy, w innym wypadku w ciągu dwóch lat się rozsypie. Oświata jest tym elementem, dzięki któremu można zyskać najwięcej, jednocześnie podnosząc jakość tych usług.
Co trzeba zrobić?
Państwo powinno określić standardy edukacyjne, czyli oczekiwania wobec jakości pracy szkół, a samorządom pozostawić możliwość doboru instrumentów, by te cele realizować.
A konkretnie?
Ustawa o systemie oświaty powinna dawać większą elastyczność w łączeniu placówek w zespoły szkół, podobnie z innymi placówkami edukacyjnymi, np. bibliotekami. Te zmiany powinny być skorelowane z elastycznymi zapisami dotyczącymi czasu pracy i wynagradzania nauczyciela. Wiele wiejskich szkół uniknęłoby likwidacji, gdyby wójt mógł zwiększyć pensum nauczyciela z 18 do np. 24 godzin. Nauczyciele godziliby się na taką zmianę, chcąc zachować miejsce pracy. W obecnych warunkach jest to niemożliwe. Likwidowanie szkół nie jest prostą decyzją, bo budzi niezadowolenie społeczne. W interesie samorządu jest tworzenie nowych placówek oraz podnoszenie jakości edukacji.
Związki zawodowe przekonują, że na Kartę nauczyciela przerzuca się wszystkie problemy oświaty.
Fakty są takie, że ta ustawa gwarantuje nauczycielom jeden z najniższych, jeżeli nie najniższy wymiar godzin dydaktycznych w Europie. Kraje o wiele bardziej rozwinięte od Polski każą pracować swoim pedagogom dłużej. Pytanie, czy jesteśmy już tak bogatym krajem, by dawać nauczycielom taki komfort pracy, skoro nawet niemieccy czy francuscy pedagodzy pracują dłużej. Do tego dochodzi gama dodatków, które trzeba wypłacać pedagogom. Np. dodatek wiejski należy się nauczycielowi zatrudnionemu na wsi, czyli otrzymuje go też pedagog, który mieszka w Poznaniu, a jedynie dojeżdża do szkoły w podpoznańskiej wsi.
Kolejny problem to urlopy na poratowanie zdrowia. Dlaczego to samorząd ma płacić pedagogowi, który przez rok jest na zwolnieniu? Wszystkim innym grupom zawodowym takie świadczenia wypłaca ZUS. Samorząd ponosi podwójnie koszty takiego urlopu, bo musi zapłacić jeszcze za zastępstwa chorego nauczyciela.
Kolejna kwestia dotyczy formy awansu zawodowego. Wręczając dyplomy nauczycielom, którzy osiągnęli najwyższy szczebel kariery zawodowej, mam do czynienia z ludźmi przed czterdziestką. Co ma ich motywować do dalszego rozwoju zawodowego?
Nauczyciele tłumaczą, że pensum to nie wszystko, że przygotowują się do lekcji, zajmują biurokracją. W efekcie pracują 40 godzin w tygodniu albo więcej.
W przypadku wielu nauczycieli tak jest, ale na pewno nie wszystkich. Czas niedydaktycznej pracy polonisty i nauczyciela wf. różni się znacząco. Może pensum powinno zależeć od dziedziny, jaką nauczyciel się zajmuje? Nie widzę też przeszkód, by pozalekcyjne obowiązki nauczyciele wykonywali na terenie szkoły. Dzięki temu praca szkoły byłaby znacznie dłuższa, przełożyłoby się to zapewne też na jakość, bo pedagodzy byliby bardziej dostępni dla uczniów po lekcjach. Mamy niż demograficzny, dzięki temu można w szkołach wygospodarować dodatkowe pomieszczenia pracy dla pedagogów. Idealna sytuacja to kontraktowy system ich zatrudniania. W takim układzie dyrektor szkoły oraz samorząd mają wolną rękę w wynagradzaniu nauczyciela ze względu na jego umiejętności, doświadczenie czy dodatkowe kwalifikacje.
To uruchomiłoby wolnorynkowy system konkurencji tak między szkołami, jak i nauczycielami i bez wątpienia wpłynęło na jakość edukacji.
Przedstawialiście postulaty rządowi. Jaka była reakcja?
MEN odpowiedziało, że nie podejmie żadnych działań w kwestii zmian w Karcie. Nie było żadnej argumentacji dla takiego stanowiska. Otrzymaliśmy wskazówkę, żeby przeprowadzić te zmiany przez parlament i tu widzimy szansę, bo wielu posłów rozumie nasze dylematy.
W poniedziałkowej rozmowie z „Rz" prof. Leszek Balcerowicz sugerował, byście bardziej naciskali na rząd.
Jesteśmy organem władzy publicznej, ogranicza nas odpowiedzialność – nie wyjdziemy na ulicę, nie będziemy strajkować.
Jak zatem chcecie przekonać rząd do swoich postulatów?
Największym inwestorem w tym kraju są samorządy. Jeżeli zabraknie pieniędzy na inwestycje czy na wkład własny potrzebny do uruchomienia środków unijnych, to zatrzyma się rozwój gospodarczy. Rząd będzie musiał zareagować, może wtedy dostrzeże, że Karta nauczyciela hamuje rozwój Polski.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA