fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Jak załatwiliśmy Euro

Michał Listkiewicz
Fotorzepa, pn Piotr Nowak
Wielu działaczy wyrażało obawy, co się stanie, kiedy Polska nie przejdzie pierwszej weryfikacji. Trzeba się będzie z tego wszystkiego rozliczyć, świecić oczami itp.
Rozmowa z tygodnika Uważam Rze
Mówi się, że prawa do organizacji Euro 2012 kupiła Ukraina, ale żeby mieć większe szanse, poprosiła o współpracę Polskę, która jest członkiem Unii Europejskiej. Czy to jest wersja prawdziwa?
Prawdą jest, że inicjatywa wyszła od Hryhorija Surkisa, prezydenta Ukraińskiej Federacji Futbolu. Pierwszy raz wspomniał o tym w roku 2002, podczas pogrzebu Walerego Łobanowskiego, ukraińskiego trenera znanego na całym świecie. Mówił mi chyba szczerze, że nęci ich organizacja turnieju wspólnie z Rosją, która zresztą ofertę odrzuciła. Nim do tego doszło, w federacji ukraińskiej przeprowadzono głosowanie. Część była za Rosją jako partnerem, a część za Polską. Surkis mówił, że zwrócił się o radę do swojego ojca, dziś 92-letniego pana, wciąż w znakomitej formie. Michaił Surkis poradził synowi, żeby zaczął współpracować z Polakami. Pamiętał, że przed wojną, w Odessie, pracując w branży handlowej, bardzo dobrze się z Polakami dogadywał.
Brzmi to trochę trywialnie jak na tak poważną imprezę sportową. Tata Surkisa jako ojciec chrzestny Euro 2012.
Ale to prawda. Powiedziałbym, że nie tyle ojciec, ile Łobanowski i Kazimierz Górski, czyli dwie największe trenerskie legendy obydwu krajów. Uznaliśmy wspólnie z Surkisem, że warto wykorzystać te autorytety. Adam Olkowicz i wiceprezes federacji ukraińskiej Aleksander Bandurko zaczęli rozmawiać o sprawach organizacyjnych i oceniać szanse. W roku 2003, w Domu Kolejarza we Lwowie, doszło do spotkania zarządów Ukraińskiej Federacji Piłkarskiej i PZPN. Wtedy podjęliśmy uchwałę o wystawieniu wspólnej kandydatury. Panowała atmosfera przyjaźni, Kazimierz Górski odebrał tytuł Honorowego Obywatela Miasta Lwowa.
Zarząd PZPN liczył wtedy 35 osób. Czy była to decyzja jednogłośna?
Wystarczyło, że Kazimierz Górski powiedział kilka słów o wyjątkowej szansie, jaką mają obydwa kraje, i zaapelował o poparcie kandydatury. Nikt się nie wyłamał. Po tej decyzji powstały komisje robocze. Na czele ukraińskiej stanął generał KGB Iwan Fiedorenko, a polskiej – Adam Olkowicz, który kończył wyższą uczelnię w Moskwie i mówi językami wszystkich narodów Związku Radzieckiego.
I od tej pory wszystko ruszyło pełną parą.
Wcale nie. W budżecie PZPN nie przewidziano funduszów na działalność. Związek miał wtedy siedzibę na Miodowej, gdzie z trudem udało się znaleźć jeden pokój o powierzchni 12 mkw. dla trzech osób, które od tamtej pory pracują na rzecz Euro. Sami młodzi ludzie: Adam Łazuka, Leszek Marks i Kuba Mazek. Wkrótce dołączył do nich Tomasz Szulc. Wszyscy pracowali pod okiem Adama Olkowicza. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że bez nich nie byłoby Euro.
Ale na potrzeby Euro w Polsce pracuje chyba cały związek, a wkrótce i cały kraj.
Nim do tego doszło, wszyscy mieli sporo wątpliwości. Wprawdzie zarząd poparł jednogłośnie pomysł, ale potem wielu działaczy wyrażało obawy, co się stanie, kiedy Polska nie przejdzie pierwszej weryfikacji. Trzeba się będzie z tego wszystkiego rozliczyć, świecić oczami itp. Nastroje poprawiły się, kiedy premier Marek Belka dał gwarancje rządowe wymagane przez UEFA. A pamiętajmy, w jakich to się działo czasach. Sport stanowił część resortu o nazwie Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu. Na jego czele stała Krystyna Łybacka. Kiedy w roku 2005 jechaliśmy do Kijowa na Turniej im. Walerego Łobanowskiego, był wśród nas minister sportu Jerzy Ciszewski. Wtedy prace organizacyjne i przygotowawcze trwały od wielu miesięcy, wciąż jednak nie mieliśmy pewności, czy nie robimy tego wszystkiego nadaremno.
A skąd wiedzieliście, czy przyjęliście właściwą drogę przygotowań?
Nie wiedzieliśmy, bo nigdy w Polsce nie było przedsięwzięcia na taką skalę. Nie tylko sportowego. Ale mieliśmy okazję przekonać się, jak bardzo zależy na tym ludziom w całej Polsce. Przecież chęć przyjęcia u siebie piłkarzy zgłosiło aż 11 miast, a żadne nie miało stadionu spełniającego wymogi UEFA. Podczas zbierania informacji o miastach i przeglądania ofert ośrodków pobytowych dla obcych reprezentacji przekonaliśmy się, jak dużo chęci i możliwości mają Polacy.
Dowiedzieliśmy się, że Bydgoszcz ma więcej muzeów niż Kraków. Baliśmy się o centra pobytowe, bo początkowo były tylko dwa – we Wronkach i w Grodzisku Wielkopolskim. Dziś nie tylko jest ich kilkadziesiąt, ale nawet z tych dwóch żadna zagraniczna reprezentacja nie skorzystała. Piłkarze wyjadą, a to wszystko pozostanie.
Kiedy zaczęliście wierzyć, że można wygrać?
Na kongresie UEFA w Budapeszcie, wiosną 2006 r. Wtedy na placu boju pozostaliśmy my z Ukrainą, Węgrzy z Chorwacją i Włosi. Rumunia i Turcja nie przeszły wcześniejszych weryfikacji. Prezentacja naszej oferty w Budapeszcie wypadła bardzo dobrze. Włosi zdecydowanie ją przegrali. Węgrzy byli na swoim podwórku, więc oni i Chorwaci mieli nad nami przewagę. Ale my potraktowaliśmy prezentację bardzo prestiżowo. Zaangażowaliśmy sportowców znanych na całym świecie – Irenę Szewińską, Siergieja Bubkę, przedstawiliśmy atrakcyjny pokaz możliwości Polski. Ostatecznie to się opłaciło.
Starania o organizację turnieju przypadły na okres konfliktów pomiędzy Ministerstwem Sportu a PZPN. Czy istniało zagrożenie wykluczenia Polski z rywalizacji?
Pośrednio tak. Kiedy minister sportu wprowadzał kuratora do PZPN, FIFA groziła wykluczeniem nas ze swoich struktur. A federacja wystawiona poza nawias nie tylko nie może brać udziału w rozgrywkach międzynarodowych, ale nie może także starać się o prawo organizacji jakiejkolwiek imprezy międzynarodowej. Jak pamiętamy, dzięki mediacji profesora Michała Kleibera doszło do spotkania w Warszawie prezydenta Lecha Kaczyńskiego z prezydentem FIFA Seppem Blatterem. Dopiero wtedy groźba wykluczenia Polski z FIFA została odsunięta.
Czy to prawda, że nawet w samolocie lecącym do Cardiff doszło do awantury pomiędzy Surkisem a ministrem sportu Tomaszem Lipcem?
Trzeba spojrzeć na tło. Przygotowania do walki o Euro przypadły na okres walk politycznych w Polsce. Mówimy o latach 2003–2007. Rządził SLD, potem PiS, ataki na PZPN były elementem gry politycznej. Niby wszyscy staraliśmy się o to samo, ale różnice interesów były widoczne i  zależne były od tego, gdzie kto był zatrudniony. Poza tym po stronie PZPN pracowała zawsze mała grupa kompetentnych osób, a po stronie rządowej nietrudno było zaobserwować sporą fluktuację. Spotykaliśmy się z ludźmi sprawiającymi wrażenie przypadkowych, którzy nigdy nie byli na meczu. Strona rządowa to w pewnym sensie ministerstwo, które walczyło z PZPN. I rzeczywiście doszło do sytuacji, o której pan wspomina. Do Cardiff, gdzie miała zapaść decyzja Komitetu Wykonawczego, przyznającego prawo organizacji turnieju, leciał samolot czarterowy z Kijowa. W Warszawie wsiadła polska delegacja i kiedy Surkis zobaczył Lipca, powiedział głośno o wbijaniu noża w plecy. Sukces wszystkich pogodził.
Na ile wyjazd prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Cardiff przyczynił się do naszego zwycięstwa?
Na pewno w dużym stopniu. O szanse zwycięstwa pytał mnie profesor Kleiber i to on nakłonił Lecha Kaczyńskiego do wyjazdu. Przybyli obydwaj prezydenci, Lech Kaczyński i Wiktor Juszczenko, co dla UEFA było sygnałem, że Polska i Ukraina poważnie traktują swoją ofertę. W tym czasie Włosi ustawili pod siedzibą ratusza, gdzie odbywały się obrady, pięć czerwonych samochodów Ferrari, chcąc podkreślić swoje możliwości.
Ale kiedy jechaliśmy do Cardiff, euforii nie było. Taki wyjazd i przygotowanie prezentacji były kosztowne. Strona rządowa nie bardzo wierzyła w sukces, więc nie była skora do wydawania pieniędzy.
W dodatku spierano się o to, kto ma znaleźć się w samolocie, bo sam wyjazd stanowił atrakcję.
Podobno takie kłótnie dotyczyły też obecności prezydenta Lecha Wałęsy przy polskim projekcie.
Niestety tak. Kiedy ważna delegacja UEFA jechała na jedną z pierwszych wizytacji do Gdańska, chciała spotkać się z Lechem Wałęsą. Minister Lipiec nie wyraził na to zgody. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz tak to załatwił, że kiedy delegacja jadła nad Motławą oficjalną kolację, niby przypadkiem wszedł do restauracji Lech Wałęsa z żoną. Adamowicz zaprosił ich do stolika i w tym momencie przedstawiciele UEFA, z ważną osobą Davidem Taylorem na czele, stracili zainteresowanie ministrem Lipcem. Wałęsa powiedział wtedy ważne zdanie: Ja coś dla Europy zrobiłem, niech teraz Europa zrobi coś dla mnie. Dajcie nam to Euro.
Myśli pan, że to miało znaczenie?
Myślę, że duże. Niestety, Wałęsa nie mógł przyjechać do Cardiff, tym bardziej że był tam prezydent Kaczyński.
Ale wygłosił piękną mowę z telebimu.
Źródło: Uważam Rze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA