fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Najtragiczniejsze polskie pokolenie

Rzeczpospolita
Ostatni żołnierz powojennej partyzantki zginął w walce w 1963 r. – mówią historycy IPN Janusz Kurtyka i Rafał Wnuk w rozmowie z Tomaszem P. Terlikowskim
Czy w Polsce można mówić o wojnie o niepodległość w okresie po II wojnie światowej?
Dr Rafał Wnuk: Od 1944 r. do powrotu Mikołajczyka trwała zwyczajna wojenna okupacja. Po 1945 roku zaczynamy mieć do czynienia z sytuacją zasadniczo odmienną. Polskie państwo „ludowe” w granicach ustalonych w Jałcie i Poczdamie uzyskuje uznanie międzynarodowe, które traci rząd w Londynie. Wcale nie oznacza to jednak końca walki. Tyle że wtedy toczy się ona na różnych poziomach: politycznym, gdzie działa Mikołajczykowskie PSL, oraz podziemnym czy konspiracyjnym, z istotną rolą WiN. Obie te grupy walczą o to samo, czyli o niepodległość i suwerenność Polski.
Dr Janusz Kurtyka: Można mówić o walce o niepodległość i obronie czynnej przed komunistycznym represjami. Po 1944/1945 r. mieliśmy do czynienia po prostu z podbojem Polski przez Związek Sowiecki. Do jesieni 1945 roku cała struktura nowego tworu państwowego była zdominowana przez NKWD, to ono miało najlepsze siatki i informacje, ono wydawało polecenia i ono kontrolowało „polską” bezpiekę.
Ta zależność była tak mocna, że kiedy Związek Sowiecki chciał wycofać z terenów Polski dywizję zbiorczą NKWD, prezydent Bolesław Bierut osobiście prosił Moskwę, by tego nie robiono. Dopiero po 1945 roku można mówić o stopniowym pozwalaniu przez Sowiety na kontrolowaną samodzielność polskich komunistów. Ale i później, np. w Informacji Wojskowej w latach 1945 –1946, etaty oficerskie w 100 procentach były zajmowane przez oddelegowanych „popów”, oficerów sowieckich „pełniących obowiązki Polaków”.
Dopiero od początku lat 50. można mówić o względnej równowadze 50/50 procent Sowietów i przeszkolonych obywateli polskich w tej formacji.
Jak silny był opór wobec tej sowieckiej okupacji?
R.W.: On ewoluował. Był bardzo słaby na terenach dzisiejszej Polski w roku 1944. Powód jest dość prosty. Po pierwsze okres jesieni i zimy jest najgorszy do prowadzenie działań wojennych, a po drugie: wówczas na terenie obecnej Polski stacjonowały 3 miliony sowieckich żołnierzy. Nie było zatem domu, stodoły czy kurnika, w których nie byłoby wojska. Ale walka zaczyna się już w marcu 1945 roku, po przesunięciu się, na skutek ofensywy zimowej głównych sił Armii Czerwonej na zachód.
J.K.: Od 1943 roku dowództwo AK miało świadomość, że zajęcie terenów Polski przez Armię Czerwoną oznacza utratę niepodległości. Już wtedy przygotowywano rozkazy na wypadek nowej okupacji dotyczące formalnego rozwiązania AK i powołania nowej kadrowej organizacji „Nie” (jak Niepodległość). Ale tych założeń nie udało się – w warunkach masowych represji sowieckich – zrealizować. Sowieci i wspierani przez nich komuniści z PPR dzięki rozpracowywaniu AK od czasów okupacji niemieckiej i po dekonspiracji AK w czasie akcji „Burza” mogli sprawnie prowadzić wielkie operacje represyjne i pacyfikacyjne. Dziesiątki tysięcy ludzi zostało więc zdekonspirowanych. Większość starała się zmienić miejsce pobytu, bardzo wielu z nich w obliczu nieuchronnego aresztowania uciekało do lasu. A oficerowie AK musieli i mieli obowiązek stworzenia swoistego patronatu dowódczego nad tym żywiołowym zjawiskiem.
Czym zajmowały się te nowe leśne oddziały?
R.W.: Nie było jednego zadania, bowiem struktury te w zasadzie nie miały kontaktu z Warszawą. Dlatego coraz większą rolę zaczęli w nich odgrywać lokalni dowódcy. W okresie między dwoma okupacjami oddziały te wypełniały rolę policyjną. Nowi przywódcy podziemni legitymizowali się często właśnie walką z pospolitą przestępczością, a także ochroną obywateli przed działaniami nowej władzy. Walka o niepodległość to tylko część prawdy o podziemiu – nie mniej istotny jest fakt, że dzięki działalności tych oddziałów chłop mógł spokojnie pracować, wyjść z krową na pole, nie obawiając się, że ktoś mu ją ukradnie albo nawet go zabije.
J.K.: W Rzeszowskiem, Krakowskiem czy w centralnej Polsce udało się rzeczywiście doprowadzić do demobilizacji Armii Krajowej i do przerzucenia żołnierzy na tzw. Ziemie Odzyskane. Tam mogli się oni czuć w miarę bezpiecznie i zazwyczaj przechodzili do konspiracji, ale już w życiu cywilnym.
R.W.: Ale to wcale nie oznacza, że na tych oczyszczonych z żołnierzy AK terenach nie działało podziemie. Natychmiast po opuszczeniu lasów przez jedne jednostki pojawiały się tam inne, zazwyczaj narodowe albo lokalne. W Rzeszowskiem i Białostockiem po ustąpieniu AK pojawia się Narodowe Zjednoczenie Wojskowe, które rozszerza walkę zbrojną.
Do kiedy można mówić o tak mocnym zaangażowaniu wojskowym czy policyjno-wojskowym struktur narodowych czy akowskich?
R.W.: Do amnestii 1947 roku. Z tym, że trzeba pamiętać o różnicach między AK a narodowcami. Ci ostatni do końca zachowali charakter militarny, wierząc w wybuch III wojny światowej, który miał zakończyć okupację. Akowcy natomiast, wierząc w rozwiązania polityczne, często próbowali zmieniać pole swojej działalności.
J.K.: Obie te koncepcje miały jednak jeden cel: zachować aktywa organizacyjne i ludzkie na potrzeby wojny lub wolnej Polski, zachować do wolnych wyborów (obiecanych przez wielką trójkę w Jałcie) depozyt organizacyjny i dorobek ideowy Polskiego Państwa Podziemnego. Ta ostatnia koncepcja była czytelna zwłaszcza w strategii zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Wszyscy główni gracze konspiracji, tak narodowcy, jak i przywódcy podziemia poakowskiego, mieli bowiem świadomość, że nie da się wygrać wojny ze Związkiem Sowieckim. Oni nie byli szaleńcami. Dlatego w wielu miejscach stawiano na walkę polityczną, a nie zbrojną.
Ale z tego, co panowie mówią, wynika, że w zasadzie wszędzie w Polsce działała jakaś partyzantka. Bo nawet jeśli gdzieś udało się zdemobilizować AK, to i tak na jej miejsce przychodziła partyzantka narodowa czy lokalne oddziały?
J.K.: Bo tak wyglądała sytuacja. W istocie niemal do 1947 roku Polska była podzielona. Zwłaszcza na terenach wschodnich nowej Polski (Białostockie, Lubelskie, Podlasie, wschodnie Mazowsze) miasta były opanowane przez komunistów wspieranych przez Sowietów, zaś prowincja była kontrolowana przez struktury podziemne i patrolowana przez partyzantów. Oczywiście tereny te były regularnie nawiedzane przez oddziały pacyfikacyjne NKWD, ludowego Wojska Polskiego i UB.
To była polska wojna domowa czy jakiegoś rodzaju wojna sowiecko-polska?
R.W.: Nie można o tym okresie mówić jako o wojnie domowej. W ciągu pierwszego półtora roku istnienia władzy ludowej ani jedna większa akcja czekistowsko-wojskowa nie odbyła się bez dowództwa i współdziałania NKWD. Władza komunistyczna nie mogła zaufać nawet ludowemu wojsku, bo i ono do 1947 roku często dogadywało się z podziemiem i przestawało ją dostrzegać.
A kto był w tym starciu silniejszy?
J.K.: Pod względem wojskowym komuniści mieli całkowitą przewagę. Mieli do dyspozycji kilkadziesiąt tysięcy ludowego wojska, siły wojsk wewnętrznych (późniejszego KBW), wojska sowieckie. W lasach natomiast przebywało stale do 20 tysięcy żołnierzy partyzantki, którzy jednak znajdowali oparcie w siatkach terenowych liczących grubo ponad 100 tysięcy, może nawet 200 tysięcy osób. Pamiętajmy, iż AK w okresie swego maksymalnego wysiłku organizacyjnego w 1944 roku szacowana jest na ok. 300 – 400 tysięcy żołnierzy.
R.W.: Ze szczegółowych wyliczeń, jakich dokonaliśmy na potrzeby „Atlasu”, wynika, że siatki wszystkich organizacji liczyły około 200 tysięcy aktywnie działających osób.
Co się dzieje po sfałszowanym referendum i wyborach, kiedy staje się jasne, że nie wybuchnie III wojna światowa?
R.W.: Od momentu referendum komuniści zaczęli uzyskiwać przewagę psychologiczną. A wynik wyborów ostatecznie sprawia, że ludzie tracą nadzieję.
J.K.: Komuniści te procesy wspomagają wielkimi akcjami amnestyjnymi w lecie 1945 i na początku 1947 r. Ich celem było zewidencjonowanie przeciwników nowej władzy.
Sowieci i wspierani przez nich komuniści z PPR dzięki rozpracowywaniu AK od czasów okupacji niemieckiej mogli sprawnie prowadzić wielkie akcje represyjne
Żeby ich zamknąć?
R.W.: Żeby ich zwerbować. Ujawniając się, ludzie musieli opowiedzieć o tym, kto nimi dowodził, w jakich akcjach brali udział, z kim byli w oddziale. Rozpracowanie było więc całkowite, a osoby zasiadające w komisji amnestyjnej już w momencie ujawniania zaznaczyły na listach ludzi, których będzie można później werbować. Czerwone znaczki zachęcające do werbunku pojawiły się przy około 20 procentach nazwisk spośród 70 tysięcy podlegających procedurom amnestyjnym.
J.K.: I bezpieka im nie odpuszczała. Żołnierzy AK, WiN, NSZ, NZW i innych organizacji łamano nie tylko w latach 40., ale także 50., 60., 70., a nawet 80. Całe ich życie było naznaczone prześladowaniem i inwigilacją. To było najbardziej heroiczne, ale i najbardziej tragiczne polskie pokolenie ostatnich 300 lat. I niestety pewną część z nich udało się złamać.
Ale rozumiem, że nie wszyscy zdecydowali się wyjść z lasu?
R.W.: Szacuje się, że po 1947 ponad 1000 osób pozostaje w lesie. Dołączają się do nich nowe osoby, tak więc można mówić, że do 1950 roku przez oddziały przewinęło się nawet do 1800 osób. Ludzie, którzy w nich działali, stanowili bardzo ciekawe środowisko. Uznali oni, że nowa władza im nie wybaczy, a oni chcą umrzeć na wolności. Ich działalność to już jednak wyłącznie samoobrona, ucieczki, ewentualnie niewielkie akcje. Po 1950 roku zaś przestaną istnieć nawet te ostatnie większe stałe oddziały. Od tego momentu mamy już tylko kilkuosobowe grupy partyzanckie. Ostatnie z nich zostają rozbite w 1953 roku. Później pozostają w lasach już tylko grupy dwu-, trzyosobowe lub samotnicy ukrywający się przed bezpieką. I stopniowo udaje się ich likwidować. Do 1950 r. istniały organizacje polskie na Kresach. I to niekiedy kierowane przez prawosławnych oficerów, którzy przyznawali się do polskości. Ostatni polscy partyzanci na tych terenach zostali zabici lub schwytani w 1953 r.
J.K.: Ostatnia ogólnopolska struktura – IV Zarząd Główny WiN – została rozbita aresztowaniami na przełomie 1947 i 1948 r. Ostatni partyzant – Józef Franczak „Lalek” (żołnierz września 1939 r., konspirator od ok. 1940 r.) – zginął w walce w 1963 roku.
R.W.: A jeszcze dłużej na wolności przetrwał partyzant „Kulawy Antek”, który jeszcze w latach 80. wysyłał do swoich kolegów z konspiracji kartki. Ubecja szalała, nie mogąc go złapać, a on ukrywał się w okolicach Łukowa w kilku domach i nikt nie mógł go znaleźć. Zmarł nigdy nieschwytany w połowie lat 80.
A czy poza tymi niewielkimi grupkami istniała jeszcze jakaś konspiracja czy podziemie po 1947 roku?
R.W.: Tak. A odkrycie jej zawdzięczamy głównie pracom nad „Atlasem”. Gdy dorosła konspiracja wygasa i jest dobijana, pojawia się ogromna, 11-tysięczna grupa młodzieży, która nie poddaje się komunistom, nie godzi się na rozwiązanie harcerstwa i rozpoczyna tworzenie rozmaitych podziemnych organizacji młodzieżowych. Oni sami się organizują, bez udziału dorosłych. To są ludzie, którzy bez zgody władz chodzą na wycieczki, uczą się z zakazanych przedwojennych podręczników albo składają przysięgę na wierność Polsce. A czasem nawet sięgają po broń i organizują niewielkie akcje zbrojne.
J.K.: Trzeba jednak pamiętać, że ta młodzież nie umiała konspirować. Bezpieka błyskawicznie rozbijała te grupy, a losem tych konspiratorów było więzienie, a po 1956 r. bezwzględnie łamane życiorysy. Zjawisko konspiracji młodzieżowej od końca lat 40. jest pulsujące, te grupki pojawiają się i giną, ale obejmuje sporo młodzieży licealnej, a niekiedy nawet młodszej.
Jakie było realne znaczenie wszystkich oddziałów tego wielkiego państwa podziemnego?
J.K.: Wolałbym określenie społeczeństwo podziemne, bo próby stworzenia państwa okazały się nieudane – Komitet Porozumiewawczy Organizacji Demokratycznych Polski Podziemnej został rozbity w styczniu 1947 r. To było około 200 tysięcy ludzi, którzy stworzyli legendę i depozyt pamięci dla przyszłych pokoleń. Nie mieli szans na zwycięstwo, walczyli w imię honoru i przysięgi. Ukuty w latach 90. termin „żołnierze wyklęci” nasycony był goryczą, bowiem po 1990 r. władze Rzeczypospolitej jakby wstydziły się tej tradycji. Obecnie termin ten brzmi dumnie i jest elementem naszej tradycji wojskowej i państwowej.
Dr hab. Janusz Kurtyka jest prezesem Instytutu Pamięci Narodowej, redaktorem naczelnym „Zeszytów Historycznych WiN-u”
Dr Rafał Wnuk jest naczelnikiem Biura Edukacji Publicznej w Oddziale IPN w Lublinie oraz współredaktorem „Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 1944 – 1956”. Był uczniem prof. Tomasza Strzembosza
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA