fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Prezydenta wybierajmy inaczej

Rzeczpospolita
Ambicje prezydenckie Tuska uniemożliwiają mu normalne rządzenie, a zwłaszcza podejmowanie kontrowersyjnych reform – pisze politolog z Uniwersytetu Śląskiego
Przynajmniej z czterech powodów powinniśmy na poważnie rozważyć zmiany w konstytucji, których celem byłby wybór prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe.
Po pierwsze, dlatego że wybór bezpośredni nie jest zakorzeniony w naszej tradycji konstytucyjnej.
Po drugie, bo obecne kompetencje głowy państwa bardziej odpowiadają urzędnikowi pochodzącemu z wyborów pośrednich.
Po trzecie, ponieważ nowy model wyboru bardziej sprzyjałby konsensualnej i moderującej roli prezydenta.
I po czwarte, i najważniejsze, bo bezpośredni sposób elekcji utrudnia proces rządzenia i czyni – dla wielu polityków – starania o objęcie tego zaszczytnego urzędu ważniejszymi niż interes państwa.
Przyzwyczailiśmy się do wyborów powszechnych głowy państwa, ale warto pamiętać, że przed wojną wybór prezydenta odbywał się w parlamencie. Także w ten sposób powołany został pół wieku później Wojciech Jaruzelski. I trwałoby to zapewne dalej, gdyby nie polityczne rachuby Lecha Wałęsy, który nie chciał być w 1990 roku powołany na ten urząd przez Sejm kontraktowy zdominowany przez komunistów. Słusznie sądził, że bardzo szybko fakt ten delegitymowałby jego mandat i stanowił podstawę do ataku na niego.
Tak powstał zwyczaj wyborów bezpośrednich głowy państwa w III RP, ale jest to tradycja na tyle krótka, że wcale nie musi być obowiązująca na przyszłość.
Drugi z argumentów jest powszechnie znany, dlatego warto tylko raz jeszcze wspomnieć, że obecna ustawa zasadnicza przypisuje prezydentowi nieadekwatnie małe kompetencje, jak na kogoś wybieranego przez cały naród. Albo więc należałoby rozszerzyć jego uprawnienia i pozostać przy dotychczasowym sposobie wyboru, albo pozostawić obecne kompetencje ale zdecydować się na elekcję pośrednią. Moja propozycja idzie w tym drugim kierunku (chociażby z tego powodu, że wymagałoby to mniejszych ingerencji w treść konstytucji).
Ale za tym rozwiązaniem stoją także argumenty daleko bardziej poważne i tych dotyczy trzeci z anonsowanych na początku artykułu powodów, dla których warto pokusić się o zmianę trybu wyboru głowy państwa. A jest nim postulowany wciąż konsensualny charakter prezydentury. Ma ona być prezydenturą „wszystkich Polaków”, co w warunkach elekcji powszechnej jest absurdalne. Wygrywa się wybory pod jakimiś hasłami, konkurencyjnymi wobec innych, pokonuje się rywali w tej walce, jest się uzależnionym i wspieranym przez poszczególne partie polityczne i zdradą swoich wyborców byłoby – już po objęciu fotela prezydenta – reprezentowanie „wszystkich Polaków”.
Aleksander Kwaśniewski dążący do lustracji, bo tego chciała w jego czasach większość narodu, czy Lech Kaczyński opowiadający się za szybkim wycofaniem się z Iraku, bo taka jest wola 80 proc. społeczeństwa, byliby nie tylko śmieszni, ale także byliby zdrajcami swoich wyborców.
Zresztą nie da się być „prezydentem wszystkich Polaków”, bo owi Polacy we wszystkim mają diametralnie odmienne opinie. Jesteśmy podzieleni w zapatrywaniach na problem aborcji, podatków, religii na maturze i wprowadzenia euro. Jakże więc jest możliwe połączenie tych sprzecznych sądów i opinii?
Poza tym każdy polityk sprawujący urząd głowy państwa przygotowuje się do reelekcji. W naturalny sposób czyni go to normalnym uczestnikiem gry politycznej ze wszystkimi tego złymi konsekwencjami. A jak byłoby w wypadku elekcji pośredniej? Ewentualna reelekcja byłaby uzależniona nie od wyborców, ale od partii politycznych, a konkretnie od klubów parlamentarnych. A to przyczyniałoby się do zajmowania przez prezydenta stanowisk akceptowalnych dla większości ugrupowań zasiadających w Sejmie. Im bardziej stronniczo opowiadałby się on po jednej ze stron sporu politycznego, tym mniejsze byłyby jego szanse na powtórny wybór.
Lech Kaczyński czy Donald Tusk już dziś nie mieliby szans na to stanowisko, bo zbyt kojarzą się z ich zapleczem partyjnym. Być może wzrastałyby szanse takich polityków jak Jarosław Gowin czy Ryszard Legutko, ale czy to aby na pewno źle zwiastowałoby naszej demokracji? Jedno jest jasne – byłaby ona mniej konfliktowa.
Prezydent wybierany przez Zgromadzenie Narodowe byłby spełnieniem marzeń wielu komentatorów, ale – co ważniejsze – wyborców o ponadpartyjnym arbitrze, mistrzu elegancji, ostatecznej instytucji odwoławczej w krajowych sporach. Taka osoba, mająca mandat pośredni, w naturalny sposób wpływałaby moderująco na walki frakcyjne i parlamentarne partykularyzmy.
Zazwyczaj w tego typu wyborach proponuje się albo byłych polityków obdarzonych dużym autorytetem, albo osoby luźno związane w polityką – profesorów uniwersyteckich, wybitnych prawników itp. Już sam ten fakt mógłby wpłynąć na zmianę modelu sprawowania tego urzędu – od samego początku głowa państwa byłaby kimś innym niż realizatorem partyjnej polityki, jak było to po 1989 roku i jest obecnie w naszym kraju.
I wreszcie czwarty powód, dla którego warto rozważyć na serio pomysł zastąpienia dotychczasowej elekcji wyborem przez Zgromadzenie Narodowe, to fakt, że obecna formuła paraliżuje część znaczących polityków przed angażowaniem się w rządzenie krajem tylko dlatego, że mają perspektywę startu w wyborach prezydenckich. Po 1989 roku stało się tak co najmniej dwukrotnie i mam wrażenie, że obecnie powtarza się ten sam scenariusz.
Za pierwszym razem miało to miejsce po zwycięstwie SLD w 1993 roku, kiedy to lider postkomunistów Aleksander Kwaśniewski nie stanął na czele rządu z PSL między innymi dlatego, że słusznie obawiał się, iż dwa lata na tym stanowisku mogłyby mu uniemożliwić skuteczne powalczenie z Lechem Wałęsą o prezydenturę w 1995 roku. Dlatego też oddał funkcję premiera najpierw Waldemarowi Pawlakowi, a potem Józefowi Oleksemu. To osławione już kierowanie z tylnego siedzenia było jedną z przyczyn, dla których tamta koalicja nie zasłynęła z radykalnych reform – nie miał ich kto wprowadzać, a i sam Kwaśniewski nie był im nazbyt przychylny, wiedząc, że mogą go kosztować upragniony urząd prezydencki.
Podobna sytuacja miała miejsce po 1997 roku, kiedy to z kolei szef AWS zapragnął powtórzyć drogę szefa postkomunistów. Marian Krzaklewski, miast stanąć na czele rządu wprowadzającego cztery wielkie reformy, zajął bezpieczne miejsce na tylnym siedzeniu, z którego – jak mniemał – łatwej mu będzie wysiąść w 2000 roku na przystanku „Pałac Prezydencki”.
To, że mu się to nie udało, nie jest dla Polski ogromną stratą, ale to, że reformy rządu Jerzego Buzka nie były ochraniane politycznie, tak jak tego wymagały, już taką stratą zapewne jest. Krzaklewski, zamiast stać twardo za tymi reformami, naciskać na ich realizację, skrył się w bezpiecznej niszy demiurga ówczesnej polityki.
Obecnie mamy, jak się wydaje, do czynienia z podobną sytuacją: ambicje prezydenckie Donalda Tuska wydają się uniemożliwiać mu normalne rządzenie, a już zwłaszcza rządzenie związane z podejmowaniem koniecznych, ale bolesnych czy też kontrowersyjnych reform. Platforma pod kierownictwem obecnego premiera jest sparaliżowana strachem przed utratą popularności swego lidera i obniżenia jego szans wyborczych w 2010 roku. Fenomen ten był już wielokrotnie opisywany i nie ma potrzeby powtarzać argumentów na jego rzecz. Ale warto raz jeszcze skonstatować – szkoda tego czasu!
Jeśli podsumujemy lata niewykorzystane w pełni w reformowaniu kraju po 1989 roku przez prezydenckie ambicje liderów zwycięskich formacji, to do 2010 roku będzie to osiem lat (dwa lata Kwaśniewskiego, trzy Krzaklewskiego i trzy Tuska). Chociażby z tego powodu warto byłoby rozważyć na poważnie rezygnację z bezpośredniej elekcji głowy państwa, a ambicje zdolnych polityków skierować na wygrywanie wyborów parlamentarnych i skuteczne rządzenie.
Będzie to lepsze dla naszego kraju, ale także dla nich samych – do historii bowiem przejdą jako skuteczni reformatorzy ci, którzy realnie zmieniali nasze państwo, a nie jako przecinacze wstęg i bywalcy prestiżowych imprez międzynarodowych. Skupienie się na wygrywaniu wyborów parlamentarnych, a potem na rzetelnym rządzeniu dałoby im szansę na pokazanie wszystkich swoich umiejętności i udowodnienie nam, ale także sobie, że są prawdziwymi mężami stanu, a nie specjalistami od umizgiwania się do kamer i robienia PR-owskich sztuczek.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA