fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Finanse

Obniżanie podatków – wańkowiczowskie chciejstwo

Fotorzepa, Marcin Łobaczewski Mar Marcin Łobaczewski
Elżbieta Glapiak
Paweł Jabłoński
Każdy minister finansów ma swoje ograniczenie polityczne – mówi prof. Mirosław Gronicki, były minister finansów w rządzie Marka Belki
Rz: Czy hossę mamy już za sobą?
Ostatnie dane GUS wskazują, że zbliżamy się do momentu, w którym będziemy mogli mówić o dołku. A wtedy spadnie eksport, na co wpływ będą miały kryzys za oceanem i coraz mocniejszy złoty. W efekcie firmy zmniejszą popyt inwestycyjny, bo spadnie opłacalność i rentowność. Kiedy to nastąpi?
Sądzę, że krytyczny będzie 2009 r. Wówczas prawdopodobnie wzrost gospodarczy nie przekroczy 3 proc. PKB. Jak rząd powinien się do tego czasu przygotować? Chciałbym byśmy w 2009 r. weszli z jak najmniejszym deficytem, bo wtedy się jakoś obronimy. Ale to wymagałoby zahamowania wzrostuwydatków. Kiedy oczekiwania jednostek budżetowych, czyli tych, którzy są na garnuszku, są duże, będzie to problem. Od czego pan by zaczął, gdyby to pan był ministrem? Na miejscu prof. Rostowskiego stanąłbym przed ministrami i powiedział: panowie, sytuacja jest podbramkowa. To jest pierwszy rok, kiedy może wzrosnąć deficyt zarówno w ujęciu nominalnym, jak i w relacji do PKB. Musimy go opanować i zmniejszyć potrzeby pożyczkowe, czyli deficyt plus transfery do OFE, plus inne rozchody (czyli tzw. wydatki pod kreską). Pomóc może w tym przyspieszenie prywatyzacji i sprzedaż innych aktywów, np. ośrodków wypoczynkowych. Uspokoić sytuację mogłyby większe przychody z prywatyzacji w tym roku – na tyle, by pokryły one transfery do OFE. Czy to jest możliwe? Oczywiście, tylko kapitalizacja PKO BP to 50 mld zł. Podobną sytuację mamy z PGNiG, Lotosem czy LOT. Sprzedaż banku można załatwić od ręki. Jeśli jednak Aleksander Grad mówi, że w cztery lata szacuje przychody z prywatyzacji na 26 mld zł, to nie wie, co mówi, albo myśli o czym innym. Uważa pan, że to jest za mało? 26 mld zł to jest połowa PKO BP. Jak w takim razie minister finansów chce zmniejszyć relację długu do PKB o 4 do 7 proc.? Wypowiedzi ministrów są niespójne. Rząd nie mówi jednym głosem. Trzeba powiązać prywatyzacje ze spadkiem potrzeb pożyczkowych tak, aby pozostawić następnej ekipie zbilansowany budżet i zmniejszające się zadłużenie. Pomóc mogłaby w tym także reforma finansów publicznych. Podstawową sprawą jest to, że my nie wiemy, bo nikt do tej pory nie zdefiniował, jakie są priorytetowe zadania państwa. To powinna być jedna z pierwszych decyzji rządu, czy stawia na ochronę zdrowia, czy przekazuje ją w ręce prywatne. Czy stawia na edukację i szkolnictwo wyższe itd. Nie chcę w tej chwili wymieniać, co rząd powinien ustalić, ale to powinno być wiadome, bo od tego zaczyna się cięcie wydatków i zmiany w podatkach. Kolejnym krokiem są zmiany instytucjonalne. W których dziedzinach najszybciej zmniejszałby pan rolę państwa? W zdrowiu. Powinno się doprowadzić do tego, by składka pokrywała podstawowe leczenie i opiekę najbiedniejszych. Dodatkowe ubezpieczenia, które byłyby odliczane od podatku, finansowałyby pozostałe świadczenia lekarskie. A jeżeli ktoś chce mieć jakieś inne prywatne, to jest jego sprawa. To można zrobić, wprowadzając reformę finansów publicznych, czy udałoby się tego dokonać w ciągu najbliższego roku? Nie. Robienie reformy na łapu-capu nie ma sensu. Trzeba ją najpierw kompleksowo przygotować. Od strony podatkowej, wydatkowej, jak i od strony instytucji. Jeżeli zrobi się tylko jednostronnie, to będziemy mieli podobny efekt do tego, co zaproponowała Zyta Gilowska – obniżyliśmy stawkę rentową i mamy dziurę w budżecie na 2008 r. To musi być logicznie powiązane, biorąc pod uwagę, że musimy jednocześnie obniżyć deficyt finansów publicznych do poniżej 3 proc. PKB i spełnić pozostałe kryteria z Maastricht. Na czym miałyby polegać te przygotowania? Pierwsza zasadnicza sprawa to wyjść z prostymi rozwiązaniami, które uspokajają sytuację. Do pewnego stopnia te rozwiązania są w tej chwili wdrażane, przede wszystkim, co można z tego roku przerzucić na rok następny, czyli niewykorzystane rezerwy celowe powiązać w jedną rezerwę, przekazać na FUS, dzięki temu można obniżyć dotacje w przyszłym roku. Nie zakładam też, że będzie podwyżka płac dla nauczycieli i w administracji, bo to większość z tych oszczędności zjada od razu. Mówienie o tym, że tnie się jakieś wydatki bieżące, jest bardziej działaniem politycznym niż rzeczywistym. Na początek można było zrobić coś innego niż to, co zaproponował rząd, można było przyciąć limity, nie zmieniając budżetu. Mogło to zrobić Ministerstwo Finansów dyskretnie, a nie tak jak w tej chwili w otwarty sposób. Wróćmy do najpilniejszych poczynań rządu… Co premier i minister finansów powinni zrobić, aby ustabilizować gospodarkę? Zacznijmy od tego, że rząd został powołany w najgorszym możliwym momencie. Odziedziczył budżet, który jest budżetem generalnie krytykowanym przez ekonomistów. Ma za duży deficyt, a rozdawnictwo publicznych pieniędzy, kiedy mamy do czynienia z pobudzeniem popytu krajowego, sięga zenitu. Dodatkowo dolewamy paliwa do już grzejącej się gospodarki. W tym momencie jedyne wyjście to przyduszenie wydatków. Zmniejszyć można jednak tylko te, które nie są sztywne. Czy rząd powinien wycofać się z obniżki stawki rentowej? Ja bym ją cofnął. Rząd jednak nie mógł już tego zrobić, bo to wymagało osobnej ustawy, na której przygotowanie nie było już czasu. Można jednak od kolejnego roku podnieść inną składkę – na ZUS. Od 2009 r. wchodzą dwie stawki PIT, czy błędem jest utrzymanie też tej zmiany w mocy? Dopóki nie ruszymy strony wydatkowej, mówienie o tym, że będziemy obniżać podatki, to jest typowe chciejstwo wańkowiczowskie. Na razie wszystko finansowane jest ze wzrostu gospodarczego. Wzrost przyhamuje, dynamika dochodów spadnie, jeśli do tego dołożymy jeszcze mniejsze wpływy związane z wprowadzeniem dwóch stawek podatkowych, to sytuacja może być bardzo trudna. Pamiętajmy też o rosnących skutkach dubeltowej ulgi prorodzinnej i ściętych składkach rentowych. Jednak z drugiej strony każdy minister finansów ma swoje ograniczenie polityczne. Ograniczeniem dla Rostowskiego są wybory prezydenckie 2010. A jeżeli on chciałby zrobić to, co powinien, to mielibyśmy do czynienia z przynajmniej krótkookresowym osłabieniem gospodarczym. Politycy na to nie pozwolą.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA