fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media i internet

Czy szamani od abonamentu odczarują telewizję?

Likwidacja abonamentu radiowo-telewizyjnego tylko po to, by zastąpić go bezpośrednią dotacją z budżetu, to pomysł na leczenie dżumy cholerą. Spór o abonament zaczyna przypominać telenowelę. Aktorzy w kółko powtarzają kilka tych samych zdań, strojąc przy tym dziwaczne miny.
Najczęściej pojawia się zaklęcie „zlikwidujemy abonament”, którego Platforma Obywatelska używała już w kampanii wyborczej. Co miałoby go zastąpić, na razie nie wiadomo.
Niektóre z propozycji brzmią groźnie, jak choćby finansowanie mediów publicznych bezpośrednio z budżetu państwa. Oznaczałoby to zamienienie TVP i Polskiego Radia w folwark zarządzany przez jednego z ministrów lub może i samego premiera, który decydowałby, na co da dotację, a na co nie da. Nie brak naiwnych, którzy nazywają to odpolitycznieniem mediów, choć właściwsze byłoby określenie „ręczne sterowanie”.
Istnieje też propozycja utrzymania abonamentu, ale rozdzielania go w formie grantów na konkretne przedsięwzięcia między różne media (także prywatne). Ale przecież nad takimi transakcjami zawsze wisiałoby podejrzenie, że obfity grant jest formą podziękowania wybranemu partnerowi za łaskawe traktowanie rządu.
Następny pomysł to specjalne opodatkowanie platform cyfrowych, telewizji kablowych i wszystkich zagranicznych produkcji telewizyjnych pokazywanych w Polsce. Pojawia się jednak pytanie, kto i jak miałby dzielić ten haracz między publiczne media. Skoro Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji ma być zlikwidowana, to zapewne łapę na podatku telewizyjnym położy rząd, co znowu prowadzi nas do ręcznego sterowania.
Ten sam minus ma forsowana od lat koncepcja zamiany abonamentu na podatek płacony obowiązkowo np. z rachunkiem za prąd. Póki co w Polsce urzędy skarbowe nie są niezależnymi instytucjami, tylko finansowym ramieniem rządu. Liczenie na to, że oddana skarbówce złotówka posłuży dbałości o wolność i niezależność mediów publicznych, jest tak samo naiwne jak przekonanie, że oddawanie dzieci ludożercom gwarantuje im lepszą edukację.
A już kompletnie kuriozalna jest propozycja oddania regionalnych telewizji i ośrodków radiowych w ręce samorządów. Finansowane przez samorządy gazety lokalne to zwykle fabryki wazeliny, a nie kuźnie niezależnych kadr dziennikarskich. Teraz to samo spotkałoby media elektroniczne.
Nie łudźmy się, że żonglowanie złotówkami automatycznie coś zmieni. Czy gdyby TVP prezesa Roberta Kwiatkowskiego była finansowana z budżetu, a nie z abonamentu, to uczciwiej relacjonowałaby pijackie wpadki Kwaśniewskiego? Nie sądzę. Czy gdyby telewizja Bronisława Wildsteina zamiast abonamentu dostawała przelewy z urzędu skarbowego, znaczyłoby to, że będzie w niej mniej czy więcej Pospieszalskiego?
Rozdmuchana dyskusja o abonamencie spowodowała, że sprawa drugorzędna (jak finansować media publiczne) przesłoniła sprawę pierwszorzędną: jakie te media właściwie mają być i co pokazywać? Hasło „na pewno nie to, co teraz” to za mało na program naprawczy. Ale wystarczająco dużo, żeby reformatorzy mogli opowiadać, jak to chcą ulżyć narodowi w płaceniu rachunków. To czysty populizm. Nie ma w życiu darmowych obiadów. Nie ma też darmowej telewizji.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA