fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Koncert Boba Dylana i Marka Knopflera

Mark Knopfler na koncercie w berlińskiej arenie. Bob Dylan nie pozwolił się fotografować
Associated Press
Koncert Boba Dylana i Marka Knopflera miał niesamowitą dramaturgię – pisze Jacek Cieślak z Berlina
50-lecie kariery Bob Dylan świętuje w kostiumie wzorowanym na mundurze z okresu wojny secesyjnej. Zaprasza każdego wieczoru 20 tysięcy widzów do gigantycznych hal zaprojektowanych z myślą o multimedialnych widowiskach, jednak nie zgadza się na używanie ekranów, a lornetki i kamery odbiera ochrona. Czytaj recenzję albumu „The Last Notebooks of Hank Williams"
W każdym sektorze bileterzy berlińskiej areny 02 World pilnowali, by nie robić zdjęć telefonami. Nawet bez flesza. W tej sytuacji przedmiotem zazdrości było lorgnon pewnej starszej pani. Używając go, czułem się jak w XIX-wiecznej operze na występie Enrico Caruso i żałowałem, że nie mam noktowizora. Gwiazdor skrywał bowiem twarz w cieniu szerokiego kapelusza. Trzymał się z boku, stojąc za staroświeckimi organami. Chciał, żeby najważniejsza była muzyka: żeby nic nie zakłócało jej odbioru.

Idol w stylu folk

Wieść o wspólnym tournée z Knopflerem brzmiała sensacyjnie, ale gdy się okazało, że Dylan zaprosił jednego z najlepszych gitarzystów tylko po to, żeby otwierał jego koncerty – można było pomyśleć, że pompuje swoje ego. Sugeruje: zobaczcie, bili przede mną pokłony Beatlesi i Stonesi, teraz też mogę mieć na zawołanie największych, by rozgrzewali publiczność. Jakby chciał zmusić lidera Dire Straits do śpiewania "Knockin on the Heaven's Door" i bez tego nie zamierzał go wpuścić na scenę podczas swojego występu.
A przecież Knopfler sprzedał więcej płyt i gdyby tylko chciał, mógłby zgarnąć pół miliarda euro za come back Dire Straits na największych stadionach świata. Jest jednak artystą niezależnym jak amerykański bard i od "Money for nothing" woli piosenki w stylu folk.
W Berlinie zaśpiewał skoczne "Why Aye Man Play", nostalgiczne "Sailing to Philadelphia" i "Privateering" z niewydanej jeszcze płyty, której nagrywanie przerwał w związku z tournée. W czasach, gdy wszystko gna, dopieszczał każdy dźwięk i osiągnął niespotykaną soczystość brzmienia w "Brothers in Arms". Włączone niedawno do repertuaru "So Far Away" o udręce czekania na spotkanie z uwielbianą osobą robiło wrażenie aluzji do zachowania gospodarza koncertu trzymającego go na dystans.

Miejsce dla partnera

W Niemczech stał się cud! Po przerwie wśród muzyków Dylana znalazło się miejsce dla Knopflera. Wykonali razem m.in. "Leopard-Skin Pill-Box Hat Play", "It's All Over Now, Baby Blue" i "Things Have Changed". A kiedy splatały się solówki grane przez pięciu gitarzystów, widownia miała prawo myśleć, że są piękne jak śpiew Lorelei.
Bzdurą okazały się plotki, że Bob zdecydował się na organy, bo ma alzheimera i nie trafia w struny gitary. Skrzyżował jej gryf z instrumentem gościa i zaczął tańczyć – spowolnionego, monumentalnego twista. Byłego lidera Dire Straits, który musiał zejść ze sceny po angielsku, ani nie pożegnał, ani powitał. Ale "Desolation Row" i "Highway 61 Revisited" zagrał w jego klimacie.
Jeśli kiedyś porównywano głos Dylana do beczenia kozy, w Berlinie przypominał sznapsbaryton Jana Himilsbacha. Na początku melodeklamował. Może partie gitary Knopflera były mu potrzebne do odwrócenia uwagi od wokalnej niedyspozycji? Szybko jednak odzyskał formę i wtedy wydarzyła się rzecz niesamowita: przed scenę, pilnowaną jak amerykańska ambasada, przedarli się fani z dalszych rzędów. Kto wziął udział w tej wycieczce, zobaczył Boba jak na dłoni, wraz ze stojącą tuż za nim figurką Oscara obwieszoną koralikami.
Zespół robił dziwne wrażenie, bo grał bokiem do widowni. Wszystko dlatego, że taką pozycję za organami przyjął szef, muzycy musieli czytać z jego oczu jak z nut: co grać i w jakim tempie, czekając na natychmiastową recenzję. Łatwe to nie było, bo Dylan kiwał się emocjonalnie albo pochylał nad klawiaturą.

Ofiara wampira

Finał wypadł rewelacyjnie. "All Along The Watchtower" usłyszeliśmy w wersji Hendriksa – rockandrollowej, ostrej. Kiedy przygasły światła, bard wszedł na środek sceny i śpiewał agresywnie granego bluesa "Ballad of a Thin Man". Zastygał w demonicznych pozach jak bohater horroru z epoki niemego kina. Podczas "Like A Rolling Stone" wycisnął z muzyków resztki sił.
Po 90 minutach maksymalnej koncentracji gitarzysta Charlie Sexton wyglądał jak ofiara wampira. Tymczasem Dylan odżył. Zrelaksowany, uśmiechnięty odbierał brawa i uniósł ramiona ku górze. Jak kapłan. Jak starotestamentowy prorok.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA