fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Jak włoskie władze hodują zadymiarzy

AFP
Piotr Kowalczuk
Zarówno organizatorzy manifestacji „oburzonych", jak i policja mogli zawczasu przewidzieć to, co się stało w sobotę w Rzymie
Korespondencja z Rzymu
Wystarczyło zajrzeć na anarchistyczne strony internetowe, z których można było wyczytać scenariusz wydarzeń. Policja mogła założyć podsłuch telefoniczny i śledzić pocztę elektroniczną wandali, bo to, kim są i skąd pochodzą, od lat nie jest żadną tajemnicą. Wylęgarnią i kuźnią agresywnego anarchizmu we Włoszech są od wczesnych lat 70. tzw. centra społeczne. Tradycjami sięgają ruchu hipisowskiego i rewolty studenckiej 1968 roku. Powstawały w pustych fabrykach, kamienicach i domach okupowanych z inicjatywy skrajnie lewicowych organizacji mających związek z Czerwonymi Brygadami (m.in. Lotta Continua, Potere Operaio). Wprowadzający się tam młodzi ludzie żyli w komunie, mieli się za rewolucjonistów i chcieli naprawiać świat. Najlepiej siłą.
Zawsze można było posłuchać tam dobrej rockowo-folkowej, zaangażowanej politycznie, muzyki, prowadzić polityczne dyskusje, a nawet obejrzeć wystawę rewolucyjnej sztuki. Wspierała ich Włoska Partia Komunistyczna. Nie przypadkiem w partyjnym żargonie wywodzący się stamtąd lewaccy terroryści Brigate Rosse & Co byli nazywani „towarzyszami, którzy zbłądzili". Dzisiejsze lewicowe centra społeczne, a jest ich około setki, po kilka w każdym dużym mieście, nie straciły nic ze swego dawnego politycznego radykalizmu i agresji. Na co dzień działają jak „domy kultury". Najpełniej jednak wyżywają się w polityce, szczególnie tej uprawianej na ulicy. Generalnie są przeciw wszystkiemu: państwu, władzy, podatkom, opłatom, zanieczyszczaniu środowiska. Dają temu wyraz we wszelkich ulicznych demonstracjach, czy to z okazji 1 Maja, protestu studentów przeciw reformie oświaty, czy przeciw budowie linii szybkiej kolei TAV Turyn – Lyon. Zawsze próbują atakować policję jako „narzędzie państwowego terroru", a przy okazji takie symbole imperializmu jak banki, bary McDonald's czy wystawy co droższych sklepów. Po swoich ideologicznych antenatach odziedziczyli nienawiść do USA i Izraela, stąd przy każdej okazji palą flagi obu państw, a obnoszą się z palestyńską. Programowo walczą z „faszyzmem", więc podczas demonstracji palą również kukły swoich przysięgłych wrogów, najczęściej premiera Silvio Berlusconiego, a do niedawna Georga W. Busha upozowanych na Hitlera lub Mussoliniego. Z wielką satysfakcją – wzorem kiboli – zamieszczają na portalu YouTube filmiki dokumentujące, jakie lanie spuścili policjantom. Obrazki z sobotniego delirum zniszczenia w Rzymie tego samego wieczora pojawiły się w sieci. Nie jest też zagadką, z czego zazwyczaj niepracujący nigdzie rewolucjoniści żyją i za co prowadzą działalność. Wiele centrów jest nieformalnie lub formalnie związanych z lewicowymi partiami, które płacą im rachunki za energię, wodę, remonty, łożą na działalność, zaopatrują w sprzęt audio-tele czy laptopy. Wszystko pod płaszczykiem wspierania działalności kulturalnej i artystycznej. W zamian mogą liczyć na zorganizowane i gotowe na każde wezwanie bojówki. W ten sposób powstała szacowana na kilkanaście tysięcy armia zawodowych zadymiarzy, którzy terroryzują Włochy. Centroprawica, szczególnie nieistniejący już Sojusz Narodowy, a przedtem Włoski Ruch Społeczny (MSI), też nie ma czystego sumienia, bo w odpowiedzi na lewackie centra społeczne zaczęła wspierać skrajnie prawicowych anarchistów. W ten sposób powstała konkurencyjna, o wiele skromniejsza, ale równie radykalna sieć centrów „brunatnych" (te akurat z powodów ideologicznych były nieobecne w sobotę w Rzymie). W efekcie nad anarchistami rozpięto polityczny parasol. Żaden włoski rząd do dziś nie zdobył się na odwagę likwidacji tych wylęgarni wojującego anarchizmu, co budzi uzasadnione podejrzenia, że są politycznemu establishmentowi po prostu na rękę. Owoce tej haniebnej tolerancji Włochy zbierają kilka razy do roku, ostatnio w sobotę w Rzymie, gdzie zdaniem policji 4 tys. agresywnych chuliganów zdominowało 200-tysięczną manifestację. Zwracają na to uwagę prawicowi i lewicowi komentatorzy polityczni w całej poniedziałkowej włoskiej prasie. Poniedziałkowa „La Repubblica" zamieściła wywiad z jednym z zamaskowanych anarchistów. Ujawnił, że sobotnia dewastacja Rzymu była dziełem ok. tysiąca świetnie zorganizowanych bojówkarzy, którzy teoretyczne i praktyczne nauki „walki partyzanckiej w mieście" pobierali w Atenach od swoich greckich przyjaciół. Strategia polegała na tym, by atakiem ściągnąć jak najwięcej policjantów w jedno miejsce i zaraz potem zaatakować w drugim. Komunikację i koordynację zapewniały telefony komórkowe i walkie-talkie. Akcje zaczepne prowadziły szybko przemieszczające się plutony złożone z 10 – 15 bojówkarzy ze ścisłym podziałem zadań. Jedni zajmowali się dostarczaniem broni na pierwszą linię walki – kostek brukowych, koktajli Mołotowa, petard i pałek – a drudzy atakowali. Kilka dni przedtem na trasie pochodu w rożnych miejscach, m.in. w zaparkowanych w pobliżu samochodach, rozlokowano część uzbrojenia. Policja potwierdza wiarygodność tych informacji. Co porażające, z wynurzeń bojówkarza wynikało, że walka z policją i wandalizm są dla niego i jego towarzyszy życiową misją. Z odpowiedzią na pytanie: po co? miał ogromne problemy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA