Kultura

Twarze renesansu to hit Bode-Museum w Berlinie

materiały prasowe
„Twarze renesansu" to hit Bode-Museum w Berlinie, gdzie króluje nasza „Dama z gronostajem" Leonarda da Vinci – pisze Monika Małkowska
Bode-Museum, okazałe gmaszysko z początku XX wieku wybudowane na berlińskiej Wyspie Muzeów, rzadko bywa oblegane. Tym razem trzeba rezerwować bilety. Powodem – ponad 150 wizerunków, wszystkie stworzone ponad 500 lat temu na terenie Włoch. Do tego pierwszoligowe nazwiska autorów, by wymienić tylko Lippiego, Botticellego, Ghirlandaia, Leonarda. No i 50 słynnych kolekcji, z których eksponaty wypożyczono – od Luwru po florencką Uffizi i londyńską National Gallery. Zobacz galerię zdjęć

Spojrzenie w oczy

Wydawałoby się, że renesans włoski nie może mieć wpływu na postawy współczesnych. Błąd. Kult pieniądza i egocentryzmu zaczęły się z odrodzeniową rewolucją, która postawiła świat na głowie... człowieka. Wiem, że to naciągana teza, lecz zaryzykuję: widomym przejawem tego niepokornego podejścia do ziemskiego bytu był właśnie portret. Od połowy XV wieku coraz wierniej odzwierciedlający rysy modela. Przedtem podobieństwo nie miało większego znaczenia, liczyły się atrybuty, strój, insygnia.
W Bode-Museum historia zaczyna się na Półwyspie Apenińskim w XV w. Najpierw artyści zmierzyli się z ludzkim profilem. Charakterystycznym, łatwym do odtworzenia. Za wzór posłużyły antyczne monety i medale, te ostatnie znów modne w dobie renesansu. Potem twórcy się rozpędzili – studiowali nie tylko twarze, także anatomię ludzką, zainspirowani rzymskimi wykopaliskami, od Apolla Belwederskiego i Laookona poczynając. W Berlinie ciała zostawiono w spokoju, skupiając się na obliczach. Przyglądał im się uważnie Filippo Lippi, nieznośny i sprośny kapelan z okolic Florencji, ulubieniec Medyceuszy. Jak przystało na adoratora kobiecych wdzięków, sportretował parę, przypisując główną rolę damie. To ona ukazuje profil w centrum przedstawienia. Zapatrzony w nią młodzieniec jest ledwo widoczny, przyklejony do lewego brzegu obrazu. Boczne ujęcie upodobał sobie Antonio del Pallaiuolo, inny florencki mistrz parający się złotnictwem, rzeźbą, grafiką i malarstwem. Medalierski rodowód widać po jego słynnej "Damie". Bezimiennej, choć na pewno ze znamienitego rodu. Artysta wracał do jej przedstawiania, odnotowując zachodzące z latami zmiany. Staruchy jednak już nie pokazał. Za to Domenico Ghirlandaio – owszem, odważył się oddać szpetotę i zaawansowany wiek. To kolejna renesansowa nowość: konstatacja wpływu czasu na ludzki wygląd. Bodaj najsłynniejsze wyobrażenie starości i dzieciństwa polega na wykorzystaniu kontrastu pomiędzy starszym, brzydkim mężczyzną z nosem jak kalafior a ślicznym kilkuletnim blondaskiem. Malca widać jeszcze na dwóch portretach. To syn państwa Sassetti, florenckiego bankiera, współpracownika Medyceuszy.

Trup ma głos

Bez tego nazwiska nie mogło się obyć. Oraz bez twarzy należących do kilku pokoleń Medici. Ale najczęściej pojawia się... trup. Giuliano, młodszy brat Wawrzyńca Wspaniałego, padł ofiarą spisku Pazzich w wieku 25 lat. Jeszcze za życia "złotego młodzieńca" jego popiersie wyrzeźbił Andrea Verrocchio. Natomiast Sandro Botticelli namalował go po śmierci w 1478 r., już z pamięci. Podobizna miała wzięcie, mistrz powtarzał ją trzykrotnie. W Berlinie wyeksponowano też maskę pośmiertną bohatera. I co widać? Artyści go wyidealizowali, w rzeczywistości miał perkaty nos. Skoro o fantazjowaniu mowa, to jedna z najpiękniejszych twarzy na wystawie należy do Simonetty Vespucci (ok. 1480), wyobrażonej przez Botticellego. Jasny profil efektownie zwieńczony girlandami warkoczy, na smukłej szyi skromny medal. Wizerunek zachwyca harmonią rysów i rysowniczym kunsztem, lecz daleko mu do portretu psychologicznego. Tej renesansowej lekcji Botticelli jeszcze nie odrabiał. Za to Leonardo da Vinci niejako antycypował. Najważniejszy i jeden z największych obiektów pochodzi z polskiej kolekcji. Oczywiście, to "Dama z gronostajem". Ona zamyka wystawę, kończy celebrację kunsztu i piękna. Przy nim zbitym kręgiem gromadzą się wierni widzowie. Jakby chcieli zyskać przychylność tej, o której krążą legendy. Wspaniały portret Leonarda da Vinci przedstawia Cecylię Gallerani, flamę księcia Lodovico Sforzy zwanego il Moro (Maur) bądź Ermelino – Gronostaj. Taką ksywkę nadano temu kawalerowi Orderu Gronostaja. A grecka nazwa drapieżnika brzmi "galée" – słowo zawarte w nazwisku bohaterki konterfektu. Tak więc obecność gronostaja na obrazie dla ówczesnych odbiorców była informacją pisaną "otwartym tekstem". My też potrafimy ją odczytać. Berlin, Bode Museum, "Twarze renesansu. Arcydzieła renesansowego portretu we Włoszech", wystawa czynna do 20 listopada; "Dama z gronostajem" – tylko do 30 października.              
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL