Felietony

Wielka Mucha, sikobus oraz Kopacz

Felieton Piotra Goćka
– Ale wielka ta Mucha. Kto panu taką wielką Muchę wcisnął? – spytał zdumiony Przechodzień spoglądając na gigantyczny bilbord wyborczy przysznurowany do ściany kamienicy przy ulicy Senatorskiej w Kazimierzu Dolnym (nad Wisłą).
– A sam nie wiem – odparł Pan Parkingowy, mały wysuszony facecik szczerze zmartwiony nagłą zmianą wyglądu okolicy. – W nocy przyszli i powiesili. Nie wiem kto. – Taka wielka Mucha, to i pewnie profity wielkie – medytował dalej na głos Przechodzień, zakładając nie wiadomo czemu, że kamienica należy do Pana Parkingowego.
– A daj pan spokój – obruszył się Pan Parkingowy i powrócił do kasowania turystów z Warszawy, którzy jak to bywa w soboty, tłumnie przybywali do krainy kogutów, spichlerzy i cepeliowych straganików (a każdy rozpaczliwie szukał miejsca parkingowego).   Tak oto mimo urlopu znaleźliśmy się w samym środku kampanii wyborczej. Po trzech dniach siedzenia w lesie, dokąd nie docierały wieści, plotki ani gazety, był to prawdziwy szok poznawczy. Jak się okazało także kazimierski rynek nie był wolny od Muchy. Nieco mniejszy (ale nadal wielki) bilbord zawisł na kamienicy mieszczącej sklep „Zacne trunki" oraz pizzerię „Provinzia". Daleko bardziej zaciekawiły mnie jednak jej małe plakaciki, którymi obrosły wszystkie słupy latarń na drodze do Puław. Widniało na nich hasło „dr Mucha – nasza posłanka". Sądząc jednak po szerokości uśmiechu prezentowanego przez panią Joannę na fotografii, hasło powinno raczej brzmieć „dr Mucha – nasza posłanka i jej stomatolog". Warto nadmienić, że Joanna Mucha to doktor nauk ekonomicznych, ale po co to objaśniać. Wystarczy „dr Mucha" – brzmi prawie tak dobrze, jak „dr House". Zaciekawiony tym zjawiskiem rozpocząłem studia terenowe nad kampanią wyborczą AD 2011, specjalizacja: „Lubelszczyzna". Zacząłem od obserwacji o charakterze ogólnym. Wynikało z nich, że najwięcej plakatów rozwiesiła PO, a pozostałe partie inwestują zgodnie z wynikami sondaży: PiS nieco mniej, SLD dużo mniej, a PSL prawie nic. Wszystkie plakaty, niezależnie od przynależności partyjnej, skupiają się na eksponowaniu twarzoczaszki delikwenta bądź delikwentki. Warto przy tym odnotować, że kandydaci koalicji rządzącej (PO i PSL) uśmiechają się zwykle, jakby przedawkowali konopie indyjskie albo nażarli się czterolistnej koniczyny, a kandydaci opozycji (PiS i SLD) mają miny ponure, jakby przedawkowali Rymkiewicza albo nażarli się heglowskiego ducha dziejów. Wyjątkiem wśród ponurych PiS-owców okazała się kandydatka Małgorzata Sadurska (zresztą obecna posłanka), która nie tylko uśmiechała się do nas z plakatów prawie tak mocno jak dr Mucha, ale także wywoływała wesołość na naszych cynicznych dziennikarskich facjatach swym hasłem wyborczym „Jestem tam, gdzie mnie potrzebują". Jako żywo przypomina ono słynny dowcip o Józefie Oleksym wsiadającym do taksówki. „Dokąd jedziemy?" pyta taksówkarz. „Obojętnie" odpowiada z godnością Oleksy „wszędzie mnie potrzebują". Czyżby jednak szykowała się koalicja PiS-SLD? Innym intrygującym hasłem kusi wyborców kandydat Maciej Kulka (PO). Brzmi ono „Bezpieczeństwo na okrągło". Muszę zajrzeć do słownika, by zrozumieć śpiew słowika – pomyślałem, cokolwiek klasycznie. Wyjaśnienia poszukałem więc na stronie www.kulka.pl. „O bezpieczeństwie na drogach mogę mówić na okrągło. To moja specjalizacja biorąca się z pasji" objaśniał kandydat Kulka, zaskarbiając sobie od razu moją sympatię, bo jako były radiowiec cenię ludzi, którzy mówią. Niespodziewaną grą słów i znaczeń błysnął lubelski kandydat PSL Piotr Rzetelski, który postawił na hasło „Rzetelski – głosuj na rzetelnych". Koncepcja słuszna, ale nie zawsze skuteczna, bo niby jak miałoby wtedy brzmieć hasło wyborcze ewentualnego kandydata o nazwisku Złodziejski? Z nazwiskami zresztą w ogóle jest problem, bo wprowadzona przez PO zasada pożenienia słowa „autobus" z nazwiskiem podróżującego nim kandydata niesie ze sobą jeszcze większe niebezpieczeństwo. Skoro autobus z Tuskiem nazywa się „tuskobus" – to jak powinien nazywać się autobus z Sikorskim? Ale wróćmy na Lubelszczyznę. Lider listy SLD – Jacek Czerniak – stawia na uwspółcześnioną klasykę. Jego hasło wyborcze to „Wolność, równość, tolerancja". Szacunek budzi zarówno odwołanie się do dziedzictwa rewolucji francuskiej, jak i sprytna podmiana słowa „braterstwo" na „tolerancja". Jednak tolerować kogoś jest łatwiej niż od razu się z nim bratać. Do wielkiego biznesu futbolowego nawiązuje natomiast lokalny kandydat PO, z zawodu kopacz, czyli futbolista, Cezary Kucharski. „Lubelszczyzna wejdzie do gry!" to zawołanie którego trudno nie kojarzyć z zieloną murawą, orlikami i zapachem męskiej szatni. Warto jednak pamiętać, że kandydat Kucharski czas czynnej gry ma już za sobą, a dziś zarabia na życie jako menadżer piłkarski. Całkiem więc niewykluczone, że za wejście do gry Lubelszczyzna będzie musiała mu zapłacić prowizję. Czas płynie, samochód łyka kolejne kilometry asfaltu, i oto opuszczamy przyjazną Lubelszczyznę. Żal, bo nie zdążyliśmy przecież nic opowiedzieć o eseldowskich kandydatach do Senatu i ich hasłach (Bernarda Giza-Małecka – „jedyna kobieta do Senatu"; Michał Reoland Gołoś – „tyle jesteś wart ile dajesz innym"; Gertruda Gabriela Miarowska – „gdzie diabeł nie może, tam..."). Krajobraz zmienia się z wolna, miejsce chmielowych tyczek i plantacji tytoniu zajmują sady pełne jabłek i kozienicka puszcza. Z tyłu zostają Puławy i Kazimierz. W sercu żal, w portfelu pusto, w bagażniku koguty. Wkraczamy zatem w województwo mazowieckie, również ogarnięte wyborczą gorączką. A tu na płocie w Kozienicach wielki plakat „Ewa Kopacz – twój lekarz, twój minister". Ech, pora kończyć wyborcze głupie żarty. Głupszego niż ten i tak nie wymyślę.
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL