Felieton wspomnieniowy Andrzeja Łapickiego

W zeszłym tygodniu, dzięki telewizyjnej misji, dokształcałem się muzycznie – w śpiewie. Teraz przyszła pora na warsztaty choreograficzne – z tańca. Krótka suknia, długie nogi, wolny, szybki, szybki. Rumba.
Zjawiła się jako taniec salonowy z odrobiną seksu, niemający nic wspólnego z drgawkowo-akrobatycznymi układami, które oglądamy w telewizji. Najlepszy dowód, że była tańcem salonowym, to fakt, że uczyliśmy się jej jako czternasto-, piętnastolatki na lekcjach prowadzonych przez opisanego tu już kilka razy – niewielkiego, łysego, z upodobaniem chodzącego we fraku – baletmistrza Łobojkę. Pamiętam ten lekki wstyd, zażenowanie i wilgotne ręce partnerek. Przelotne spojrzenia prosto w oczy i przeciągłe spojrzenia pod nogi. Rumba była nowością, ale dozwoloną dla młodzieży.

Pierwszy raz zobaczyłem ją na five-o-clock'u w pensjonacie Bałtyk w Jastrzębiej Górze. Gwoli wygody gości taras i parkiet otoczone były ścianami z grubego szkła, chroniącymi przed bałtyckim wiatrem. Na parkiet weszła para. Ona – śliczna blondynka, on – w stylu latin lover Rudolfa Valentino. Popłynęło kilka taktów i podekscytowana Mama szepnęła do mnie: „To rumba, rumba!". ...
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL