Sport

Oscar Pistorius: walczę z samym sobą

Oscar Pistorius ma 25 lat. Urodził się bez kości podudzia, miał amputowane nogi, zanim nauczył się chodzić. W 2008 roku wygrał z IAAF walkę o prawo do startów z pełnosprawnymi. W tym roku zadebiutował w mistrzostwach świata i stał się gwiazdą, której roczne zarobki z umów sponsorskich szacuje się na ok. 3 mln dol.
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Oscar Pistorius, biegacz na protezach, o walce o prawo do startów, codzienności i przerwanych wywiadach
Rz: Sportowcy dają imiona swoim nartom, bolidom, rozmawiają z tyczką. Protezy też trzeba oswoić i być dla nich miłym?
Oscar Pistorius: Może jestem przyziemny, ale ja je traktuję jak buty. Zwyczajnie, żadnych zdrobnień i czułości. O kilku protezach, które mam, mówię: nogi do biegania, nogi do chodzenia, nogi na siłownię. Albo: dziś mam wyjście, to założę nogi eleganckie. A rano je zmienię na nogi do gry w golfa? Słyszałem, że właśnie pan dostał taką parę.
To są nogi codzienne, ale tak ulepszone, że pozwalają też grać w golfa. Mają przy stopach gumowe kulki, które się obracają. Rodzajów protez jest mnóstwo. Miejsce łączenia z nogą wygląda we wszystkich tak samo, ale już poniżej kolan – pełen wybór. Każdy chce czego innego. Jeden – żeby jego nowe nogi dobrze przekazywały energię, inny – żeby były wytrzymałe, wygodne. No i ładne, to jest często pierwsza prośba kogoś, kto stracił nogi. A wszystkiego w jednej parze protez się nie pomieści. Moje nogi do biegania są niewygodne w codziennym życiu. Te, w których mogę grać w golfa, są za ciężkie, by wyjść w nich na jogging. Te, które mam na sobie podczas tej rozmowy, codzienne, to model dla ludzi bardzo aktywnych. Nie są może szczególnie komfortowe, ale lubię je. I mam jeszcze parę do zajęć na siłowni, bardzo mocną, zrobioną na kogoś, kto waży 120 kg. Ale staram się nie przesadzać z gromadzeniem protez. Najlepiej mieć po jednej parze do najważniejszych zadań. Nogi, na których biegam, są te same od siedmiu lat. Naprawdę? Byliśmy przekonani, że co rok dostaje pan lepszy zestaw. Ci, którzy są przeciw dopuszczaniu pana do startów ze zdrowymi, tego się najbardziej boją: wyścigu zbrojeń, nowych wynalazków co sezon. Różne rzeczy o sobie czytam i słyszę. O technologicz- nym wyścigu zbrojeń też. A prawda jest taka: w moich protezach do biegania od czerwca 2004 r. nie zmieniła się nawet jedna śrubka. Bo przepisy na to nie pozwalają. Za to moje rekordy życiowe się w tym czasie zmieniały. Protezy to nie cudowna broń, ja naprawdę ciężko pracuję. Ale gdyby nie zakazy regulaminowe, protezy do biegania mogłyby być dużo lepsze? Mogłyby i właśnie po to są zakazy. Inna sprawa, że niemal cały wysiłek producentów i wynalazców idzie w rozwijanie protez codziennych. W to inwestuje 90 procent firm. Bo tam są pieniądze. Rynek sportowych protez jest mały. Nie opłaca się. Mówią o moich protezach, że są kosmiczne, ale przecież to jest bardzo prosty model. Co w nim jest kosmicznego? Włókno węglowe, w użyciu od lat 70.? Projekt, z 1996 roku? Szukacie postępu, znajdziecie go w protezach codziennych. I ja się bardzo cieszę, że technologia protez dla biegaczy stoi w miejscu, bo dzięki temu mogę pokazywać, że poprawiam się dzięki sobie. A kwestia kontuzji? Nie jest pan narażony na wiele z tych, które zatrzymują pełnosprawnych rywali: urazy ścięgna Achillesa, łydki, stopy, kostki. To nie daje przewagi? W moich protezach do biegania od czerwca 2004 r.         nie zmieniła się       ani jedna śrubka Ktoś, kto używa takiego argumentu, zapomina, na ile kontuzji jestem narażony przez brak kostek: amortyzacji i elastyczności, jaką dają. Protezy bardzo obciążają dolny odcinek kręgosłupa. I nie trzeba biegać, wystarczy chodzić, by się o tym przekonać. To prawda, nie będę miał kontuzji ścięgna Achillesa, ale będę miał urazy tych mięśni, które muszą mi rekompensować brak innych mięśni. Moje stawy biodrowe są poddane takim obciążeniom, jakich pełnosprawni czterystumetrowcy nie znają. Kontuzje dotykają mnie tak samo jak innych. A nie wspomnę już o tym, jak po dużym wysiłku zmaltretowane jest miejsce, gdzie proteza styka się z nogą. Wygrana walka o prawo do startów ze zdrowymi sportowcami dała panu popularność i pieniądze. Może pan startować od 2008, ale to w tym roku wyrósł pan na drugą gwiazdę lekkiej atletyki po Usainie Bolcie. Spodziewał się pan tego? To był dla mnie fenomenalny sezon. Wreszcie bez wypadków i innych problemów. A mistrzostwa świata w Daegu, moje pierwsze wśród pełnosprawnych, to już czyste szaleństwo. Trzeba było wytrzymać tę presję. W elimina- cjach miałem drugi czas w karierze, w półfinale byłem już ostatni. Ze sztafetą pobiłem w eliminacjach rekord kraju, ale w finale nie pobiegłem. Mam jeszcze o czym marzyć. O igrzyskach w Londynie, ale nie tylko, chcę startować również w następnych, w Rio w 2016 r. Chciałbym w przyszłym roku złamać barierę 45 sekund, pewnie będę musiał zrzucić kilogram czy dwa. Jeśli w igrzyskach dotrę, jak w Daegu, do półfinału, ale będę miał lepszy czas, skończę na wyższym miejscu, to będę zadowolony. Nie mierzę siebie miarą innych, rywalizuję z samym sobą. Chcę być najlepszą możliwą wersją Oscara Pistoriusa. Łamać bariery, które stawia ciało i życie. Niektórzy mówią, że jak pan poprawi technikę, to zejdzie na 400 m poniżej 44 sekund, a potem może będzie i rekord świata. Mają rację? Jestem realistą. Nie mam talentu biegaczy, którzy osiągają czasy lepsze niż 44 sekundy. Tylko pracą im dorównuję. Dlaczego tak panu zależało, żeby rywalizować z pełnosprawnymi. Paraolimpizm to jednak nie to? Ja nie rozróżniam: sprawni i niepełnosprawni. Chcę po prostu rywalizować z najlepszymi. Biorę udział w paraolimpiadach od 2004 roku, wiele się tam nauczyłem, wiele wygrałem. Ale dorastałem, uprawiając sport z ludźmi pełnosprawnymi. Już jako osiemnastolatek byłem w finale lekkoatletycznych mistrzostw kraju. A potem stałem się na tyle szybki, że mogłem już startować w Europie. Dla mnie paraolimpiady i olimpiady to jeden sport, zmieniają się tylko moje możliwości. Moi rodzice nigdy nie rozróżniali: niepełnosprawny Oscar i zdrowe rodzeństwo. Mama mówiła: wkładajcie buty, Oscar niech zakłada nogi i spotykamy się przy samochodzie. To, co robię, jest dla mnie zupełnie naturalne. Jest wielu takich jak ja. Tylko nie wspinają się na tyle wysoko, żebyście ich zauważyli. Grał pan wcześniej w tenisa, rugby, waterpolo. Myśli pan, że gdyby został światowej klasy rugbystą, też skończyłoby się jak w lekkoatletyce – walką prawników i naukowców na ekspertyzy? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. W waterpolo grałem bez protez, byłem w reprezentacji prowincji, a prowincję mieliśmy naprawdę mocną. Do rugby miałem inne protezy niż te do biegania. Miały miękką powłokę jak skóra. Rywale nie protestowali, może dlatego, że talent miałem za mały. Ciekawie było grać pierwszy raz z jakąś szkołą: przez kilka pierwszych minut mnie oszczędzali, ale potem widzieli, że to nie ma sensu, bo jestem normalny. I zaczynały się ostre akcje. Raz straciłem nogę, bo byłem w wyskoku, gdy jeden rywal uderzył z prawej, drugi z lewej. Tak trafiłem do lekkiej atletyki. Chciałem jak najszybciej odzyskać formę po tej kontuzji kolana i wrócić do rugby. Ale zostałem na bieżni na dobre. Mistrzostwa świata w rugby właśnie trwają. Ogląda pan? Oczywiście. John Smit, kapitan naszej reprezentacji, i Chiliboy Ralepelle to moi koledzy z klasy i internatu z Pretoria Boys High School. Tęsknię za sportami zespołowymi. Nie zrobiłem w żadnym z nich kariery, ale one wciągają. Pistorius to częste nazwisko w RPA? Brzmi jak imię gladiatora. Moja rodzina pochodzi z terenów obecnych Włoch. Opuścili je w XII wieku, część przeniosła się do Szwajcarii, część do Belgii. Ci ze Szwajcarii wyruszyli do Afryki Południowej na początku XIX wieku. Jesteśmy piątym pokoleniem rodu w Afryce. Moi dziadkowie we wrześniu obchodzą razem urodziny, 90. i 95. Mają 27 wnucząt, 13 prawnucząt. W moim domu w Pretorii stół w jadalni jest przewidziany na 22 osoby, a i tak do niedzielnych obiadów czasami dostawiam krzesła. Z powodów sentymentalnych wybrał pan Włochy na swój drugi dom? Spędzam tam trzy – cztery miesiące w roku, ale nie ze względu na przodków. Włosi rozumieją lekkoatletykę, znają się na niej. Przyjemnie się tam żyje, pogoda jest znakomita. Mieszkam w Gemonie, miasteczku niedaleko Udine. Moje pierwsze wielkie międzynarodowe zawody były w Rzymie, kwalifikację do MŚ zdobyłem w Lignano. Zawsze będę miał sentyment do Włoch. Ciągle się pan podczas tej rozmowy uśmiecha, jest uprzedzająco grzeczny. Tak nie wygląda ktoś, kto potrafi wybiec z wywiadów obrażony. Chodzi o tę przerwaną rozmowę w radiu BBC? Pytania były naprawdę niemądre, sposób ich zadawania niemiły. Jeśli ktoś cię nazywa „etyczną niewygodą", to trudno o nastrój do rozmowy. Ale pytać i dociekać zawsze można, ja się nie obrażam. Taka bywa cena tej walki. A ja chciałbym, żeby moje przesłanie dotarło jak najdalej: możesz wszystko. Co z tego, że nie masz nóg? Będziesz opłakiwać stracone 5 procent, jeśli się możesz cieszyć 95 procentami, które ci zostały? Nie trać czasu, działaj.

Pistorius kończy zwycięstwem

Czterystumetrowiec z RPA był największą gwiazdą II Memoriału Kamili Skolimowskiej. Wygrał (46,65) bieg na stadionie warszawskiego Orła, choć jak zwykle został na starcie i odrabiał straty od połowy dystansu. Wyprzedził Piotra Wiaderka i Jamajczyka Edino Steele'a. Dla Pistoriusa i wielu innych, memoriał ze świetną oprawą i pełnymi trybunami, był imprezą kończącą sezon. Dla Tomasza Majewskiego – okazją do zabawy z kolegami kulomiotami w czwórbój, czyli pchnięcia kul o różnych wagach. Wygrał Dylan Armstrong przed Majewskim i Christianem Cantwellem. Dopiero czwarty był w rzucie dyskiem Piotr Małachowski (63,93), wygrał Estończyk Gerd Kanter (67,99). W rzucie młotem zwyciężyła mistrzyni świata Tatiana Łysenko (72,19) przed Anitą Włodarczyk (71,02), a wśród mężczyzn Paweł Fajdek (77,96). Szymon Ziółkowski miał jeden zaliczony rzut, zajął ostatnie miejsce. Merlene Ottey, sprinterka po pięćdziesiątce, na 100 metrów zajęła czwarte miejsce, pokonując m.in. jedną z najlepszych polskich biegaczek Darię Korczyńską. A w wyścigu na 800 m Adam Kszczot (1.45,48) pokonał wyraźnie Marcina Lewandowskiego.   —piw
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL