fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Ultrasi wygrali wojnę z prezesami klubów

Kibic trzyma tablicę z napisem: "Zawsze będziemy czcić twoją pamięć. Żegnaj, Gabriele. Do boju, Lazio"
AFP
W najbliższy weekend po raz pierwszy od tragedii pod Arezzo, gdzie dziewięć dni temu policjant zastrzelił kibica Lazio Gabriele Sandriego, a w Rzymie doszło do zamieszek, Serie A zagra, jakby zupełnie nic się nie stało
W ostatnich dniach przez Włochy przetoczyła się medialna kampania przeciw wywołującym awantury ultrasom. Nad tym, jak walczyć z futbolowym bandytyzmem, obradowały obie izby parlamentu, MSW, związek futbolowy i zarząd ligi.
Powołano nawet komitet etyczny z watykańskim sekretarzem stanu kardynałem Tarcisio Bertone, prywatnie entuzjastą piłki i Juventusu. Rezultaty są mniej niż mizerne. Wygląda na to, że Włochy nie są już w stanie stawić czoło problemowi. Jedyną reakcją na drugą w tym roku śmierć, którą ma na sumieniu włoski futbol, było odwołanie meczów Serie B i C. Serie A nie grała, bo włoska reprezentacja walczyła o finał Euro 2008 w Glasgow. Poza tym w najbliższy weekend sześć z dziesięciu spotkań ekstraklasy odbędzie się bez udziału zorganizowanych grup kibiców gości. Podobnie będzie w przypadku dziewięciu meczów niższych szczebli rozgrywek.
Od marca przyszłego roku na stadionach o pojemności powyżej 6 tys. widzów porządku będą pilnować wyłącznie specjalnie do tego przeszkoleni przez klub stewardzi – jak w Anglii. Z buńczucznych zapowiedzi wyeliminowania raz na zawsze chuliganów z włoskiego futbolu nic więc nie wyszło. Jedynym z 22 prezesów zawodowych klubów Serie A i B, który postanowił zrobić w tej sprawie coś konkretnego, był Ivan Ruggieri, właściciel Atalanty. W feralną niedzielę podczas meczu z Milanem ultrasi na łuku rozbili pleksiglas dzielący ich od boiska i wymusili przerwanie spotkania już w siódmej minucie. W odpowiedzi Ruggieri zwróci im pieniądze za karnety, a w ich miejsce będzie za darmo wpuszczał nieletnią młodzież. Piłkarze i trener Luigi Del Neri, solidaryzując się z własnym prezesem, napisali list otwarty do ultrasów, wyjaśniając, że nie chcą ich już widzieć ani na stadionie, ani na treningach. Pozostałych 21 prezesów ograniczyło się do wyrażenia solidarności i podziwu dla odwagi kolegi. Kilku pozwoliło sobie na cyniczną uwagę, że Ruggieri chciał zabłysnąć w mediach, bo wyłącznie uprzedził pewną decyzję komisji dyscyplinarnej o zamknięciu stadionu w Bergamo na cztery spusty. Prezesi pytani przez media, dlaczego nie biorą przykładu z Ruggieriego, jak jeden mąż odpowiadali, że oni takich kłopotów z ultrasami nie mają. Te słowa wywołały zdumienie w Rzymie, Neapolu i Turynie, gdzie doszło w tym roku do karygodnych ekscesów kibiców. Widać wyraźnie, że ultrasi wojnę z prezesami wygrali wszędzie poza Bergamo. Jeden z właścicieli włoskiego futbolu, odwrócony tyłem do kamery, głosem zniekształconym przez specjalny filtr tłumaczył, dlaczego się poddał. Uważa, że jego ultrasi na wieść o wyrzuceniu ich ze stadionu zrobiliby w mieście rozróbę, jakiej nie było od zakończenia wojny. Poza tym obawia się o siebie, żonę i dzieci. Co więcej, w prywatnej rozmowie prefekt policji prosił go o niepodejmowanie drastycznych kroków, bo woli mieć w niedzielę chuliganów w jednym miejscu, niż toczyć bitwę w całym mieście. Gigi Riva, kiedyś as włoskiego futbolu, obecnie jeden ze sportowych dyrektorów reprezentacji, nie kryje rozczarowania, że ultrasi wygrali również z przytłaczającą większością normalnych kibiców, o interesy których nikt nie chce zadbać. Zdaniem Rivy po tragedii pod Arezzo należało przyznać tytuł na podstawie aktualnej tabeli i zakończyć rozgrywki, a wznowić je w przyszłym sezonie, gdy problem ultrasów będzie definitywnie rozwiązany. Sami ultrasi triumfują. Wypisują na murach: „Pomścimy cię, Gabriele”. Sandri stał się dla nich męczennikiem, choć nigdy do ultrasów nie należał. Ale z rekonstrukcji przebiegu wypadków na parkingu, gdzie zginął, wynika, że działał jak ultras. On i jego koledzy, wjeżdżając na parking, zauważyli, że z innego samochodu wysiadają i idą do restauracji Autogrill kibice Juventusu. Poczekali więc na nich, organizując zasadzkę. W kieszeniach Sandriego policja znalazła kamienie. Mario Sconcerti, komentator „Corriere della Sera”, wyciąga z tego wniosek, że subkultura ultrasów triumfuje, skoro uległ jej rzekomo kryształowy chłopak z bardzo dobrego i bogatego domu, jeden z najlepszych didżejów Rzymu. Włosi są załamani i obawiają się, że w sobotę pierwszy gwizdek sędziego będzie sygnałem do kolejnej futbolowej awantury. Podczas sobotniego meczu Szkocja – Włochy w Glasgow zarówno Marco Tardelli, jak i Fabio Capello, komentujący spotkanie, ze wzruszeniem opowiadali, że szkoccy kibice przed meczem zapraszali Włochów na piwo. Potem, gdy kamera przejechała się po trybunach, Capello powiedział: „Patrz, Italio, i ucz się”. Następnie podkreślił, że są kraje, gdzie ludzie przychodzą na mecze z rodzinami, nikt nie oddziela sektora gości ani boiska od trybun, nie ma policji, a porządku pilnują uśmiechnięci stewardzi. Telewizja Rai miała swojego człowieka na trybunach we włoskim szaliku wśród morza Szkotów. W przerwie Tardelli spytał, czy Szkoci go zaczepiali, kiedy Włosi strzelili pierwszą bramkę. „Owszem, nawet kilku. Żeby mi uścisnąć rękę”. I wtedy na dłuższą chwilę zaległa wymowna cisza, bo takich gestów we Włoszech nawet sam Tardelli, mistrz świata z 1982 r., nigdy nie widział. Capello tylko bezradnie jęknął: „A u nas?”.Sądząc po reakcjach mediów, mecz w Glasgow był dla Włochów nie tyle okazją do radości z awansu do finałów ME 2008, ile jednym wielkim wyrzutem sumienia.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA