fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Były partyzant premierem Kosowa

AFP
– Dziś zaczyna się nowa era. Obywatele Kosowa dali światu wyraźny sygnał, że są gotowi na niepodległość – ogłosił wczoraj Hashim Thaci na wiecu tysięcy swoich zwolenników w Prisztinie.
Jeszcze kilka lat temu stał na czele albańskiej partyzantki w Kosowie, a w sobotę został zwycięzcą wyborów parlamentarnych w tej serbskiej prowincji. Według wstępnych wyników ugrupowanie Thaciego, Demokratyczna Partia Kosowa (PDK), zdobyło 35 procent głosów i najwięcej mandatów w liczącym 120 miejsc parlamencie.
39-letni Hashim Thaci pochodzi z Drenicy, regionu uznawanego za kolebkę albańskich powstańców. Sprzeciwiał się pacyfistycznej polityce ówczesnego przywódcy kosowskich Albańczyków Ibrahima Rugovy. Po powrocie ze studiów historycznych w Zurychu wstąpił do Wyzwoleńczej Armii Kosowa (UCK); w 1997 roku stanął na jej czele. Dowodził rebelią przeciw rządom Slobodana Miloszevicia. Towarzysze broni nazwali go Wężem, ponieważ zawsze potrafił umknąć ścigającym go serbskim policjantom. A na świecie porównywany jest z przywódcą Irlandzkiej Armii Republikańskiej Gerrym Adamsem. Brał udział w negocjacjach pokojowych w Rambouillet i podpisał porozumienie, którego nie akceptowali Serbowie.
Zachód uznał go za jedyną osobę zdolną przekształcić UCK w legalne siły zbrojne i przywrócić stabilność w regionie. Thaci zrzucił mundur i przywdział garnitur polityka, zakładając Demokratyczną Partię Kosowa. Pokonał Ibrahima Rugovę w wyborach samorządowych w 2000 roku, ale ludność Kosowa obarczyła go odpowiedzialnością za powojenny chaos i niepokoje. Przegrywał wszystkie kolejne wybory. Aż do soboty. – Jestem gotowy kierować państwem – oświadczył wczoraj. Będzie jednak musiał podzielić się władzą, prawdopodobnie z Demokratycznym Związkiem Kosowa (LDK), założonym jeszcze przez zmarłego przed dwoma laty prezydenta Rugovę. Partia ta zdobyła około 22 procent. Choć oba ugrupowania kosowskich Albańczyków zacięcie ze sobą rywalizują, zgadzają się w tej najważniejszej sprawie: Kosowo musi być niepodległe. I to już niebawem. Do 10 grudnia mają się zakończyć negocjacje z udziałem mediatorów z USA, Rosji i Unii Europejskiej (tzw. trojki) o przyszłym statusie serbskiej prowincji, zamieszkanej w 90 procentach przez ludność albańską i od ośmiu lat administrowanej przez ONZ. Sytuacja jest patowa. Serbowie odrzucają wszelkie pomysły na secesję prowincji, którą uważają za kolebkę swojej państwowości. Dla Albańczyków zaś do przyjęcia jest wyłącznie niepodległość Kosowa. W przeciwnym razie znów sięgną po broń. Wybór na premiera byłego przywódcy Wyzwoleńczej Armii Kosowa tylko potwierdza te groźby. Serbowie utrzymują, że Albańczycy zupełnie nie przejmują się negocjacjami, bo po swojej stronie mają Waszyngton i część europejskich stolic, skąd słyszą obietnice niepodległości. – To przedziwna sytuacja. Prisztina już uznała, że ma suwerenność w kieszeni – mówił niedawno na spotkaniu z grupą europejskich dziennikarzy, w tym „Rz”, serbski minister ds. Kosowa i Metohii Slobodan Samardzić. Jeśli Serbia straci część swego terytorium, do władzy mogą dojść radykałowie, a umęczony wojnami i sankcjami kraj nie podźwignie się z chaosu. Serbska mniejszość w Kosowie posłuchała apeli Belgradu i demonstracyjnie zbojkotowała sobotnie wybory. Ale również wielu kosowskich Albańczyków nie zawraca sobie głowy polityką; frekwencja wyniosła 45 proc., najmniej od 1999 r. Według analityków to efekt rozczarowania skorumpowaną klasą polityczną i sytuacją gospodarczą; 15 procent ludności prowincji żyje poniżej progu ubóstwa. Być może dlatego, że tak wielu wyborców zostało w domach, głosowanie przebiegło spokojnie. Boris Tadić, prezydent Serbii Chyba nikt w Serbii, ja także, nie rozumie, dlaczego mamy utracić nie tylko część terytorium, ale również kolebkę naszej tożsamości narodowej. To miejsce jest dla nas święte. Politycy w Europie mówią: musimy dać Kosowu niepodległość z powodu żądań 2-milionowej albańskiej ludności, która może nawet sięgnąć po broń. Ale co z milionami innych narodów, które mają podobne żądania? Co się stanie z Górskim Karabachem, Osetią Południową, Naddniestrzem, Albańczykami w Macedonii, Bośnią i Hercegowiną? Niepodległe Kosowo będzie oznaczać rozbiór Serbii, będzie złamaniem prawa międzynarodowego. To wcale nie jest odosobniony czy wyjątkowy przypadek. Separatyści na całym świecie tylko czekają na to, co stanie się z Kosowem. Musimy poszukać kompromisu. To kluczowe dla stabilności w Europie. (wypowiedź dla grupy europejskich dziennikarzy, w tym „Rz”, w Belgradzie) Jeta Xharra, kosowska dziennikarka, dyrektor Bałkańskiej Sieci Dziennikarstwa Śledczego Dla kwestii niepodległości Kosowa wynik wyborów nie ma znaczenia. Wszystkie albańskie partie uważają suwerenność prowincji za sprawę priorytetową. Zwycięstwo Hashima Thaciego ma jednak znaczenie dla zdolności funkcjonowania państwa. Thaci ma szansę być najsilniejszym premierem Kosowa i zbudować mocny, sprawny rząd. 35 procent głosów to bardzo dobry wynik. To prawda, że frekwencja była wyjątkowo niska. Ale wielu ludzi doszło do przekonania, iż wyłanianie kolejnych władz pod dyktando administracji ONZ jest bezcelowe, skoro czekamy na niepodległość. Musimy być suwerenni. Serbia nie potrafi zarządzać Kosowem i nie chce traktować kosowskich Albańczyków jako pełnoprawnych obywateli. Poza tym traci nasza gospodarka, bo inwestorzy nie zainteresują się krajem pod protektoratem ONZ, o niejasnej przyszłości. Myślę, że zaraz po 10 grudnia Kosowo jeszcze nie ogłosi niepodległości, ale w przyszłym roku – na pewno.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA