fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Belgowie zbyt długo zapatrzeni w przeszłość

AP
Reprezentacja Belgii ma podobne problemy jak ten kraj: brakuje wspólnych sukcesów i wiary, że uda się to zmienić
„Jakbym słuchał piosenki o dziesięciu małych Murzynkach. Co zwrotka, to jeden odpada. Niedługo Rene Vandereycken będzie musiał sam założyć korki i zagrać w Chorzowie” - pisał zdegustowany kibic z Ostendy pod informacją na stronie internetowej dziennika „Het Laatste Nieuws”, że właśnie kolejny belgijski piłkarz odjechał z ośrodka treningowego reprezentacji.
Dziś koło południa Belgowie wylądują w Katowicach bez jednej czwartej piłkarzy, których trener Vandereycken witał na początku krótkiego zgrupowania. Trzech się wytłumaczyło kontuzją mięśni brzucha, jeden pleców, dwóch rozbolały mięśnie przywodziciele. To nie koniec: Karel Geraerts prawie w ogóle nie trenował z kolegami, bo bolały go zęby mądrości, podobnie jak Luigi Pieroni, oszczędzający mięsień uda. Do tego murawa na Heysel została kompletnie zalana przez ostatnie deszcze i zamiast w Brukseli kadra musiała trenować w ośrodku w Tubize niedaleko stolicy. Wszystko nie tak, a tu jeszcze na koniec nieudanych eliminacji trzeba jechać najpierw do Polski, a potem aż do Azerbejdżanu. Dla niektórych kontuzje były świetnym wytłumaczeniem, by się z tego wyjazdu wypisać.
Belgowie narzekają, że kadrowicze są zmanierowani i nie chce im się już ryzykować zdrowia dla reprezentacyjnej koszulki, ale właściwie nie wiadomo, dlaczego miałoby być inaczej. Gdy Belgia coraz mniej obchodzi większość obywateli i jest tak blisko rozpadu jak nigdy wcześniej, dlaczego akurat Flamandowie i Walonowie kopiący piłkę mieliby być wyjątkiem. W reprezentacji żyją zgodnie, na zgrupowaniu w Tubize zabawiali się, układając przyszłe drużyny Flandrii i Walonii, ale od dobrej atmosfery do walki o wspólne cele daleka droga. Kibice ich do tej walki nie porwą, bo na mecze reprezentacji przychodzi coraz mniej widzów (a na mecze ligowe coraz więcej) i siedzą cicho. Kilka tysięcy Polaków rok temu w Brukseli zakrzyczało ich bez trudu. Trener Rene Vandereycken też nie jest typem wodza. Pomimo dobrych wyników na finiszu eliminacji (w czterech ostatnich meczach Belgowie wygrali z Serbią oraz Armenią i zremisowali z Finlandią i Kazachstanem) słyszy wezwania do odejścia. Kibice doceniają go za to, że od kiedy drużyna straciła szansę awansu, wprowadzał do niej młodych piłkarzy, którzy doszli do półfinału ostatnich mistrzostw Europy do lat 21. Wolą jednak, żeby w następnych eliminacjach reprezentację poprowadził ktoś, kto będzie wymagał ładniejszej gry, a przede wszystkim potrafił natchnąć piłkarzy. Poprowadzić ich za sobą, zmusić do poświęcenia – jeśli nie dla herbu na koszulce, to przynajmniej dla siebie. Vandereycken tego nie potrafi i może przede wszystkim dlatego Belgia jest dziś na piątym miejscu w tabeli grupy A, a Polska na pierwszym, choć wydaje się, że to drużyny o zbliżonych możliwościach. W sobotę w Chorzowie staną naprzeciw siebie piłkarze, których codzienność wygląda bardzo podobnie: gra we własnej lidze i średnio silnych klubach zagranicznych albo ławka rezerwowych w tych najsilniejszych. Polska ma Artura Boruca i Ebiego Smolarka, a Belgia uważanego za jednego z najlepszych młodych obrońców Vincenta Kompany’ego z Hamburger SV i napastnika Moussę Dembele z holenderskiego AZ Alkmaar, któremu przyglądają się uważnie takie firmy jak Chelsea i Real Madryt. Innych kandydatów na gwiazdy na razie nie widać. Nawet Daniel van Buyten ostatnio w Bayernie Monachium ma miejsce tylko na ławce rezerwowych. Połowa powołanych na mecze z Polską gra w lidze belgijskiej, pięciu w sąsiedniej holenderskiej. Carl Hoefkens jest w West Bromwich Albion z drugiej ligi angielskiej, młody Kevin Mirallas występuje w Lille, ale bramki jeszcze w tym sezonie nie zdobył. Luigi Pieroni strzelił dla Lens jedną, tyle że miejsce w składzie ma w co drugim meczu. Leo Beenhakker mówi o belgijskim futbolu podobnie jak o polskim: że od lat 80. przestał gonić świat. Zapatrzył się w wicemistrzostwo Europy z 1980 roku i czwarte miejsce na świecie w 1986, w czasy Jeana-Marie Pfaffa, Aleksa Czerniatyńskiego, potem Enzo Scifo czy Michela Preudhomme’a. Zaniedbano szkolenie młodzieży i nie pomogły nawet mistrzostwa Europy organizowane razem z Holandią. Zwykle wielki turniej sprawia, że drużyna gospodarzy idzie w górę. Belgię Euro 2000 wepchnęło w jeszcze głębszą depresję, reprezentacja nie przeszła nawet pierwszej rundy. Najsilniejsze kluby przestały być oparciem dla kadry. Anderlecht Bruksela gra regularnie w Lidze Mistrzów, ale dzięki piłkarzom z zagranicy. W kadrze na mecz z Polską ma tylko trzech reprezentantów: Marka de Mana, Jelle van Damme’a i Barta Goora. Nadzieję na lepszą przyszłość daje drużyna młodzieżowa i zgłoszony niedawno pomysł organizowania razem z Holendrami mundialu w 2018 roku. Ale jeszcze długo Belgiem, który dał futbolowi najwięcej, pozostanie Jean-Marc Bosman. Masz pytanie, wyślij e-mail do autora p.wilkowicz@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA