fbTrack

Publicystyka

Piotr Kościński o repatriacji Polaków z Kazachstanu

Piotr Kościński
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Koreańczycy żyjący w Kazachstanie są szczęśliwi. Dlaczego? Bo pracują w południowokoreańskich firmach. Czemu kazachscy Polacy nie mogą pracować w polskich firmach? – pyta publicysta „Rzeczpospolitej”
Naszym moralnym obowiązkiem jest przyjąć wszystkich Polaków z Kazachstanu – dowodzą jedni. Nie mamy możliwości i pieniędzy na repatriację – twierdzą inni. A trzeba myśleć w zupełnie inny sposób. Repatriację organizować z głową, by była korzystna i dla naszych rodaków, i dla Polski. A tym, co chcą czy muszą w Kazachstanie pozostać – pomagać.

Czekając na powrót

Z Warszawy wszystko wygląda jasno i prosto. I dla tych polityków, działaczy społecznych czy dziennikarzy, którzy dla repatriacji znajdują przede wszystkim podłoże ideowe, i dla tych, dla których najważniejszy jest stan państwowej kasy i unikanie zbędnych problemów. Wystarczy jednak przejechać się przez kazachski step, obejrzeć polskie wioski, porozmawiać z ludźmi, by na sprawę spojrzeć nieco inaczej. Także z punktu widzenia tych, których problem repatriacji dotyczy przede wszystkim: co najmniej 50 tysięcy Polaków (liczba oficjalna), może nawet do 100 tysięcy osób polskiego pochodzenia (dane nieoficjalne).
A projekt nowej ustawy repatriacyjnej i debaty nad nią wywołały tu ogromny oddźwięk. I całe mnóstwo plotek oraz pogłosek: że zaraz, za małą chwilę, Polska przyjmie dziesiątki tysięcy swych rodaków, albo odwrotnie, że lista chętnych do wyjazdu nad Wisłę zostanie lada moment zamknięta. A są w Kazachstanie ludzie, którzy już kilka lat temu sprzedali mieszkania czy domy, spakowali walizki i czekają, nie mogąc zrozumieć, czemu nie dostają zaproszenia do jednej z polskich gmin. Brzmi niewiarygodnie, ale zapewniam: to jednak prawda. Przybysze z Kazachstanu nie najlepiej mówią po polsku, a ich kołchozowe umiejętności nie zawsze przydają się na polskiej wsi Tysiące Polaków zdołały po 75 latach od deportacji z Ukrainy dobrze ułożyć sobie życie w Kazachstanie. Mają niezłe prace, ładne domy, dobre układy w miejscowych społecznościach. Ale też bardzo wielu żyje się źle, zwłaszcza na wsi, gdzie rozpad ZSRR oznaczał totalny upadek lokalnych zakładów pracy. Przykładem pozytywnym może świecić stuprocentowo chyba polska wieś Jasna Polana, gdzie sprywatyzowany kołchoz ma się świetnie – budowane są nawet nowe domy. Ale w takiej Kellerowce czy Oziornem (wszystkie te wsie położone są w obwodzie północnokazachstańskim) likwidacja kołchozu oznaczała koniec miejscowej kotłowni, a więc i centralnego ogrzewania, oraz zamknięcie wodociągu. Pracy nie ma, przyszłość niepewna, pozostaje hodowla krów i świń na własne potrzeby oraz sadzenie ziemniaków na tzw. działce przyzagrodowej.

Potrzebny mechanizm

Dla wielu kazachskich Polaków ojczyzna to jakby odległy raj, gdzie wszystko musi z założenia ułożyć się świetnie. Tymczasem wiadomo, że przybyszom z Kazachstanu nie zawsze wiedzie się w naszym kraju dobrze. Nie najlepiej mówią po polsku, bywają więc nazywani ruskimi; ich kołchozowe umiejętności niekoniecznie przydają się na polskiej wsi. – Główny problem polega na tym, że ci, którzy wyjeżdżają do Polski, nie potrafią się zintegrować w lokalnej społeczności, trudno im wejść w miejscowe układy, w których znają się wszyscy – mówi Aleksander Suchowiecki, prezes polskiego stowarzyszenia w obwodzie akmolińskim. A Antonina Kasonicz, była prezes Związku Polaków Kazachstanu (dziś już po repatriacji), podkreśla, że Polska bardzo różni się od Kazachstanu. – Mentalność polska jest zupełnie inna – podkreśla. Siedząc w niewielkim pokoju w Kokczetawie (125 tys. mieszkańców, stolica obwodu akmolińskiego), gdzie wynajmuje lokal polskie stowarzyszenie, rozmawiam o skomplikowanych problemach repatriantów. Choćby takim, że w mieszanych małżeństwach osoba narodowości rosyjskiej nie ma szans na polską emeryturę. Albo że zasada „jedna rodzina repatriantów na jedną gminę" oznacza, że nawet dobrzy znajomi muszą się w Polsce rozdzielić, a czasami dotyczy to także rodzin. Takich problemów jest mnóstwo. I jak na razie nikt się nimi kompleksowo nie zajął. W istocie rzeczy potrzeba więc czegoś więcej niż tylko dobrej ustawy repatriacyjnej. Takiej, która zagwarantuje fundusze na przyjazd Polaków z Kazachstanu, a także zapewni, że repatrianci dostaną w Polsce mieszkanie i gwarancję pracy przynajmniej przez jakiś czas. Trzeba bowiem stworzyć odpowiedni mechanizm repatriacji, który zagwarantuje, że nasi rodacy, przyjeżdżając do starego kraju, będą znali język polski; że w Polsce szybko i skutecznie poznają nie tylko przepisy, ale i zasady funkcjonowania, odmienne od tych, które znają. Że zintegrują się z polskim społeczeństwem.

Exodusu nie będzie

Nie wiem, czy konieczna jest specjalna agencja repatriacyjna lub inna instytucja – na pewno jednak państwo polskie musi stworzyć takie warunki, by repatriacja przebiegała sprawnie, z sensem, bez niepotrzebnych, dodatkowych wstrząsów. Nie mamy tyle pieniędzy, co Niemcy (którzy przyjęli niemal wszystkich swych rodaków z Kazachstanu), ale przynajmniej tym, co mamy, powinniśmy gospodarować z sensem. Być może warto właśnie przyjrzeć się doświadczeniom niemieckim. Musimy mieć przy tym pełną świadomość, że nie wszyscy Polacy zechcą Kazachstan opuścić – a władze tego kraju mówią oficjalnie, że wolą, by nasi rodacy pozostali. – Jest taka kategoria ludzi, którzy do Polski nie zamierzają wyjechać, bo trzyma ich tu rodzina, biznes. Są tacy, którym tu wszystko pasuje – podkreśla Aleksander Suchowiecki. – Nie wyjadą ludzie starsi. Ale chcą mieć poczucie, że Polska o nich nie zapomniała. Że o nich pamięta i ich wspiera – dowodzi Ludmiła Suchowiecka, żona Aleksandra, też polska działaczka. Dla nich potrzebne jest wsparcie, też organizowane z głową. Z pełną świadomością, że chodzi o ludzi, którzy może nawet Polskę odwiedzą, ale jednak w Kazachstanie pozostaną. Co można i co należy robić? – Nasze stowarzyszenie powstało w 1989 r., w samym mieście Kokczetaw jest 2200 Polaków, a w całym obwodzie akmolińskim 9 tys. A nie mamy własnej siedziby, wynajmujemy tylko pokój. Prosiliśmy Polskę o pomoc, bezskutecznie – mówi Suchowiecki. I dodaje, że ostatnim razem, prosząc o wsparcie dla stworzenia Domu Polskiego (wystarczy kupić i odpowiednio wyposażyć czteropokojowe mieszkanie), usłyszał, że „niedługo będzie nowa ustawa repatriacyjna, wszyscy wyjadą i Dom Polski będzie niepotrzebny". Oczywiście to absurd. Gdyby nawet założyć, że repatriacja zostanie przyśpieszona, to i tak nie dojdzie do jakiegoś nagłego exodusu. Dom Polski w Kokczetawie – i nie tylko – będzie nawet potrzebny jeszcze bardziej, choćby po to, by szkolić przyszłych repatriantów.

Bez prowizorek

Polacy pozostali w Kazachstanie mogą i powinni być rzecznikami współpracy polsko-kazachskiej. A zresztą... Jak usłyszałem od pewnego kazachskiego dyplomaty, wszyscy Koreańczycy żyjący w Kazachstanie są szczęśliwi. Dlaczego? Bo pracują w południowokoreańskich firmach. Czemu kazachscy Polacy nie mogą pracować w polskich firmach, z korzyścią dla siebie, dla nas i dla Kazachstanu? Tak czy inaczej potrzebne są całościowe decyzje i rozwiązania. Bo ani nas, ani naszych rodaków z Kazachstanu już nie stać na prowizorki.   Redakcja dziękuje firmie
Dom Maklerski IDMSA
za pomoc w zorganizowaniu
wyprawy do Kazachstanu
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL