Społeczeństwo

Unijni obywatele na wrocławskim koczowisku

Rzeczpospolita
Kilkudziesięciu Rumunów mieszka w szałasach niedaleko wrocławskiego rynku. Obozowiska nie można usunąć. Stworzyli je obywatele UE
Gdzie mieszkają żebrzące w centrach handlowych rumuńskie kobiety? We Wrocławiu jadą do swych slumsów na tyłach fabryki środków czystości Pollena-Cussons.
Nie mają daleko, raptem kilka kilometrów. Za Praktikerem skręcają w lewo, w brukowaną uliczkę. Wzdłuż płotu okalającego fabrykę proszków do prania, mijając zarośla, docierają do swego osiedla na niewielkiej polance. Kilkaset metrów dalej wije się starorzecze Odry. Do obozowiska niełatwo trafić. Nawet okoliczni mieszkańcy, którzy widują te rumuńskie rodziny, nie za bardzo potrafią pokazać drogę. Wskazują ją puste torby foliowe z Biedronki, plastikowe butelki po najtańszych napojach i opakowania po serku wiejskim.
Do ustawionych w literę L szałasów prowadzą również koleiny samochodowe. Nie wszyscy wracają z pracy w mieście na piechotę. Kształty szałasów to nie efekt fantazji ich mieszkańców. Do budowy używają wszystkiego, co im wpadnie w ręce: starych desek, kartonów, blachy. Część materiałów podrzucił im mieszkający w pobliżu Edward Dech. Miał trochę starych desek, niepotrzebne skrzydło drzwiowe. – Niech biorą, bo to osiedle się rozbudowuje – pan Edward najbardziej martwi się, jak Rumuni z gromadą dzieci przetrwają zimę. Nie ma nic do mieszkańców barakowiska, choć narzeka trochę na ich sąsiedztwo. Denerwuje go, że nawet latryny nie zbudowali. – Załatwiają się gdzie popadnie – mówi. W obozowisku mieszka 20 – 30 osób. Trudno dokładnie ustalić ich liczbę. – Jedni odjeżdżają, inni przyjeżdżają, ale wszyscy ściągają do obozu około szóstej po południu – opowiada młoda dziewczyna spacerująca po ulicy. – Nie zaczepiają ludzi, wygląda na to, że to oni raczej się boją. Obozowisko wykryła niedawno Straż Miejska. Wylegitymowali Rumunów. – Oni nie złamali przepisów – mówi Dagmara Turek-Samól, rzeczniczka wrocławskiej Straży Miejskiej. – Nie było za co nałożyć mandatu. Zresztą i tak nie mieliby z czego płacić. To biedota. Inna rzecz, że „wybudowali się“ na cudzym gruncie, a dzieci mieszkają w złych warunkach. Dlatego strażnicy przekazali sprawę policji. Funkcjonariusze byli tam dwa dni temu. Na razie nie ustalili, ilu Rumunów mieszka w barakach. – Akurat część gdzieś się oddaliła – mówi nadkomisarz Artur Falkiewicz. Przyznaje, że na razie niewiele można zrobić. Przed 1 stycznia sprawdzono by ich prawo do pobytu w Polsce i deportowano. Teraz są obywatelami Unii Europejskiej. – Nie muszą mieć wizy, prawa pobytu itp. – zauważa Falkiewicz. – No i nie było na nich żadnych skarg. Większość Rumunów dobrze mówi po polsku. Twierdzą, że mieszkali tu jako dzieci. Część zadeklarowała policji, że chce szukać pracy. Dlatego nie można ich deportować pod byle pozorem. – Tak samo jak nie można tego zrobić np. z Polakami koczującymi na włoskich placach czy niemieckich dworcach – zauważa Falkiewicz. Policja zaangażowała w sprawę Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej (zajmie się dziećmi) i straż pożarną (sprawdzi, czy warunki, w jakich koczują Rumuni, nie zagrażają ich bezpieczeństwu). Trwa sprawdzanie, kto jest właścicielem gruntu. – Nie możemy działać pochopnie. Przecież jakiś ich znajomy mógł pozwolić im na postawienie szałasów – zaznacza Falkiewicz. Jedyną szansą na usunięcie obozowiska jest skorzystanie z przepisów porządkowych i sanitarnych – dowiedziała się „Rz“ w Urzędzie ds. Uchodźców. Zgodnie z unijnym prawem Rumuni po trzech miesiącach nieprzerwanego pobytu będą musieli się postarać o meldunek, środki na utrzymanie oraz wysłać dzieci do szkoły. Wie o tym policja, ale wyegzekwowanie tego jest niewykonalne. Bo jak udowodnić, że ktoś był w Polsce ponad trzy miesiące i nie wyjeżdżał w tym czasie na weekend do ojczyzny? Agnieszka Mikulska, Helsińska Fundacja Praw Człowieka Te dzieci obejmuje taki sam obowiązek szkolny jak polskie. Zgodnie z konstytucją dotyczy on wszystkich osób do 18. roku życia przebywających na terenie naszego kraju. Edukacja jest obowiązkowa do poziomu gimnazjum. Obowiązek dopilnowania tego spada na dyrektora szkoły, tam gdzie przebywają dzieci. Co więcej, gmina powinna zorganizować dla nich bezpłatne lekcje języka polskiego. Niestety, często praktyka jest inna. Dyrektorzy szkół wolą takich dzieci nie dostrzegać, a gminy tłumaczą się, że nie mają pieniędzy na lekcje języka polskiego. Jeżeli rodzice tych dzieci nie zdecydują się na posłanie ich do szkoły, mogą zostać ukarani finansowo. Jednak najczęściej takie sprawy są przez sądy umarzane, bo rodzice nie mają pieniędzy na zapłacenie kary.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL