Świat

Dubaj – emirat kapiący złotem

SPINKA
Cztery dekady temu była tu tylko pustynia i podupadająca osada poławiaczy pereł. Dzisiaj Dubaj jest jednym z centrów globalnej gospodarki i najszybciej rozwijającym się miastem świata. Jego mieszkańcy z żebraków przeistoczyli się w milionerów
To miasto rodem z „Baśni tysiąca i jednej nocy“. Tylko że w nowoczesnym stylu. Zamiast strzelistych minaretów i misternie inkrustowanych wież pałaców kalifa w niebo wystrzeliwują stupiętrowe drapacze chmur. Zamiast karawan wielbłądów ulicami pędzi nieprzerwany ciąg srebrnych jaguarów i rolls-royce’ów.
O tym, że to Zjednoczone Emiraty Arabskie, a nie Kalifornia, przypominają przechodnie. Mężczyźni w tradycyjnych zwiewnych szatach i nakryciach głowy beduinów. Kobiety w zakrywających ciało czadorach. Przez wąską szparę widać tylko oczy. A i to nie zawsze, ponieważ wiele z nich nosi jeszcze ciemne okulary.
Dubaj uderza przepychem i bogactwem. Ociekające złotem sklepy, ekskluzywne markowe butiki, pięciogwiazdkowe hotele, luksusowe apartamentowce. Wszędzie rzuca się w oczy budowlana gigantomania. Najwyższy na świecie wieżowiec, największe centrum handlowe i ogromne sztuczne wyspy. Miasto tętni życiem. Ryk samochodowych silników i klaksonów, gwar rozmów i dobiegająca zewsząd głośna arabska muzyka. Portowe syreny, lądujące na dachach prywatne helikoptery i startujące co chwila odrzutowce. – Świat uważa Arabów za nieudaczników i leni. Ale jak pan widzi, jest w wielkim błędzie – mówi spotkany w hotelowym lobby biznesmen. – Recepta na nasz sukces jest prosta i uniwersalna. To wolny rynek. Przepraszam na chwilę... – wyciąga z kieszeni złoconą Nokię. Na grubym palcu błyszczy ciężki sygnet z diamentem. Mieszkańcy Dubaju – w przeciwieństwie do pogrążonych w marazmie pobratymców z Gazy, Trypolisu czy Damaszku – świetnie sobie radzą na globalnym rynku. Do emiratu przybywa więcej turystów niż do Indii, a inwestowany tu kapitał jest większy niż w przypadku wielu państw europejskich. Dubaj to najszybciej rozwijające się miasto na świecie i nie jest to zasługa petrodolarów, których akurat tu nie jest tak wiele. Wystarczyło stworzenie specjalnej strefy ekonomicznej i zniesienie podatków. Czy to miasto to jednak tylko banki, promenady z równymi rzędami palm i sterylnie czyste – nieróżniące się specjalnie od Galerii Krakowskiej czy warszawskiej Arkadii – centra handlowe? Czy można tu znaleźć ślady starego Dubaju? Mój rozmówca jest wyraźnie zdziwiony takim ekscentrycznym pytaniem. – Niech pan spróbuje po drugiej stronie strumienia – mówi, wzruszając ramionami. Miałem tam znaleźć ślad starego arabskiego Dubaju, a znalazłem się w samym środku... Delhi. Przedsmak tego, co mnie czeka, miałem już na nadbrzeżu dzielącego miasto strumienia (w rzeczywistości to szeroki kanał). Aby dostać się na drugą stronę, trzeba skorzystać z wodnej taksówki, abry. Rozsypująca się łajba zbita z drewnianych bali wygląda na starszą niż Emiraty (państwo powstało w 1971 roku). Na pokładzie jest nas 31. Moi towarzysze podróży to indyjscy robotnicy. Kierowca siedzący na poprutym samochodowym fotelu również jest Hindusem. Przeprawa przez „strumień“ kosztuje jednego dirhama (około 80 groszy) i trwa kilka minut, ale czuję się, jakbym odbył znacznie dłuższą podróż. Po drugiej stronie rzeki uliczkami „starego miasta“ (budynki mają góra 30 lat) przelewa się bowiem hałaśliwy, malowniczy tłum Hindusów. Turbany, farbowane na czerwono brody, kropki na czołach kobiet. Tutaj wolny czas spędzają robotnicy z południowej Azji. W mieście przypada ich dziewięciu na jednego Araba. To właśnie oni, pracujący za małe pieniądze, stanowią sekret sukcesu gospodarczego emiratu. Nie daję jednak za wygraną i nadal szukam „arabskiego Dubaju”. Ktoś kieruje mnie na targ rybny. Szybko go odnajduję: po okolicy rozchodzi się nieznośny zapach. Od razu nagabuje mnie kupiec, oczywiście Hindus. Wprawnym ruchem wywija na lewą stronę skrzela ryby, ukazując krwistoczerwone wnętrze: – Świeże! Tanio! Z drugiej strony atakuje już inny sprzedawca z wąsatymi krewetkami w dłoni. Tylko kilku z kilkuset handlujących mężczyzn to Arabowie. Podobnie jest na targu mięsnym oferującym asortyment tylko dla klientów o mocnych nerwach: wyłupione oczy, obdarte ze skóry, szczerzące zęby zwierzęce czaszki. Jak mówią Hindusi, Arabowie nie muszą już pracować fizycznie. Teraz zajmują się tylko liczeniem pieniędzy. – Allah był dla mnie łaskawy, gdy uczynił mnie Dubajczykiem – mówi Ali Chamis. Ubrany w odświętną śnieżnobiałą szatę właśnie wyszedł z meczetu, gdzie odbyła się wieczorna modlitwa. Spacerujemy wzdłuż powoli pustoszejącej plaży. Słońce zachodzi za charakterystycznym budynkiem w kształcie żagla: najdroższym hotelem świata, siedmiogwiazkowym Burj al Arab (wieża Arabów). Chamis zatrzymuje się i patrzy w stronę górujących nad miastem, rozświetlonych o tej porze drapaczy chmur. – I pomyśleć, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu była tu pustynia. Ale czy nasze życie tak naprawdę się zmieniło? Mój dziad tak samo jak ja był kupcem... – Chyba jest jednak jakaś różnica? – No tak, on handlował daktylami, a ja sprzedaję części do odrzutowców. Zajrzyj na stronę Jego Wysokości Szejka: www.sheikhmohammed.ae
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL