Muzyka

Muzyczne odmóżdżanie

Tylko Off Festival Artura Rojka nawiązywał do najlepszych tradycji polskich festiwali rockowych. Na zdjęciu skandalizujący zespół Dick 4 Dick
Fotorzepa, MW Michał Walczak
Festiwale i koncerty promują komercyjną papkę. Wyjątkiem jest impreza Off Artura Rojka
Ostatnim akordem koncertowego lata był występ Black Eyed Peas w Warszawie. Po ich wizycie pozostał niesmak.
Zobaczyliśmy muzyków, którzy stali się zakładnikami reklamy, jej wyrobnikami i niewolnikami. Przez dobrych kilkanaście minut obracali się w zaklętym kręgu takich słów, jak marketing, konsumpcja, produkt. Udowodnili, że fani przychodzący na koncerty i kupujący płyty zostali zredukowani do roli konsumentów. Krakowski Coke Festival miał największe gwiazdy, w tym Rihannę, ale na tej imprezie nie chodzi o nic więcej niż gibanie się przy tanecznej muzyce, o zdjęcia robione telefonem komórkowym, a potem ściąganie dzwonków z tzw. netu. Tak przedstawia się propozycja dla nastolatków. Są pierwszym pokoleniem urodzonym w kapitalizmie, dlatego przystają na nią bez protestu, impregnowani na takie pojęcia, jak refleksja, niezależność, wolność. Przez wiele lat czekaliśmy na taki festiwal dla 20- i 30-latków jak Open'er sponsorowany przez Heinekena, ze znakomitym zapleczem, z gwiazdami będącymi ozdobą światowych festiwali. A jednak chodzenie w obrączkach, na które trzeba wymienić bilety, krążenie pomiędzy sektorami urządzonymi jak hale korporacji - zamiast poczucia wolności - przynosi również frustrację.
Między sceną a widownią nie jest prowadzona żadna dyskusja o współczesności. Młodzi adepci sztuki zarabiania kasy w agencjach marketingowych, bankach, mediach mogą odreagować napięcia pracy na akord, sprawdzić siłę własnych pieniędzy i w poniedziałek, na kacu, karnie wrócić do kapitalistycznego szeregu. Na naszych oczach tracą sens wydarzenia muzyczne, które były kontrpropozycją dla głównego nurtu kultury -kiedyś poddanego cenzurze politycznej, a od niedawna dyktatowi ekonomii. Rock, punk, reggae stały się takim samym towarem jak dance. Obrzydliwe jest to, że towarzyszy im skrajna hipokryzja: wiadomo, że w realiach gospodarki rynkowej alternatywa jest w cenie -zapewnia dobre samopoczucie, broni przed zarzutem komercjalizacji. A to tylko nowy rodzaj marketingu. Najbardziej spektakularną porażkę poniósł Jarocin, kiedyś mekka ludzi myślących niezależnie, szukających innego sposobu na życie od tego, który proponowała PRL. Tam dyskutowało się i śpiewało o wolności, sensie służby wojskowej z przysięgą na wierność Związkowi Radzieckiemu, rozmawiało o historii Polski. Rockowym spotkaniom towarzyszyło przekonanie, że nie chodzi wyłącznie o zabawę, rozróbę czy szokowanie modą. Tymczasem festiwal organizowany już po 1989 r. szybko się skomercjalizował. Pokazał tworzące się podziały na Polskę korzystającą z przemian, nazwijmy ją umownie wielkomiejską - oraz sfrustrowaną: której reformy nie dały szansy. Symboliczny dla mnie obraz to zdemolowanie amfiteatru przez zagubionych w nowej rzeczywistości fanów punkowych zespołów z tak zwanej prowincji, gdy dyrektorem artystycznym imprezy był Kuba Wojewódzki. Na pewno nie było między nimi porozumienia. Nie wiem, co się stało z ludźmi, którzy przyjeżdżali do Jarocina z małych polskich miast, by szukać wolności. Czy ciężko pracują na chleb czy wyemigrowali, a może świetnie ustawili się w życiu i słuchają disco polo. Jest jednak coś smutnego w tym, że inteligenci demonstrujący swój pokoleniowy bunt w Jarocinie w połowie lat 80. dziś prowadzą rozrywkowe talk-show w komercyjnej telewizji, produkują dla niej głupawe seriale lub pracują w kolorowych magazynach z gołymi panienkami. Stali się częścią systemu, z którym kiedyś walczyli, a swoimi życiowymi decyzjami dali sygnał do odwrotu od kultury i alternatywy. - To prawda, że młodzieńczy sen o wolności zazwyczaj trwa niedługo. Są jednak wyjątki. Uczestnikiem Jarocina był też Grzegorz Jarzyna, twórca Teatru Rozmaitości, który nadawał ton zmianom w sztuce i mediach lat 90. i wciąż stara się trzymać rękę na pulsie. Warto iść jego tropem. Dla innych trzeba zorganizować w Jarocinie muzeum buntu epoki PRL i zaproponować udział w warsztatach uczących bezrobotnych, jak się robi kasę nasprzedawaniu medialnej papki. Iskrę nadziei daje festiwal Artura Rojka w Mysłowicach. W tym roku odbyła się jego druga edycja. Impreza ma ożywić miasto trapione bezrobociem. Grają zespoły, których nie można zobaczyć w modnych kanałach muzycznych, nielansowane w radiu, niesprzedające nagrań w postaci polifonicznych melodyjek. Rozmowy toczone w Mysłowicach nie są wyprane z treści. Można tam spotkać niebanalnych ludzi, którzy nie chcą żyć tak, jak pokazują idiotyczne reklamy.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL