fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Granie to operacja na sobie

Przez długie lata zarabiałem graniem epizodów i trzecich planów
Reporter, Mieczysław Włodarski Mieczysław Włodarski
Szybko porzuciłem pogląd, że aktorstwo to zawód z misją. Uznałem, że należy je uprawiać i z niego żyć. Traktować w sposób rzemieślniczy, a nie kapłański - mówi Jacek Braciak
Jak dalece zmieniło się pańskie wyobrażenie o aktorstwie od czasu skończenia PWST?
Kiedy po szkole zacząłem grać w Teatrze Powszechnym, było to prawdziwe spełnienie marzeń. Zdawało mi się, że mam wszystko - możliwość rozwoju zawodowego, kontakty towarzyskie. Przy swoich - co tu ukrywać - ograniczonych warunkach właśnie w teatrze mogłem grać różnorodne role w zróżnicowanym repertuarze - Czechowie, Szekspirze, dramacie współczesnym. I w dodatku spotkałem tam Władysława Kowalskiego. To jemu przede wszystkim zawdzięczam poczucie smaku w teatrze. A że przez te kilkanaście lat, zanim odszedł z Powszechnego, pracowaliśmy razem wielokrotnie, mogę powiedzieć, że mnie ukształtował.
To dlaczego już po roku zrezygnował pan na sezon z teatru?
Uznałem, że chyba nie chcę być aktorem. Przez chwilę byłem w Krakowie. Nawet przymierzałem się by zostać nauczycielem w szkole podstawowej. Myślałem też, że potem wyjadę gdzieś dalej, za granicę.
Co pana tak rozczarowało na początku aktorskiej drogi?
W dużej mierze sytuacja materialna. Byłem w kiepskim stanie psychicznym, potwornie umordowany nocnymi powrotami do wynajmowanego pokoju na drugim końcu Warszawy. Jednak nie żałuję tamtej decyzji o wycofaniu się na pewien czas z teatru. To był taki bezpieczny sposób popełnienia samobójstwa. Mogłem je popełnić i wrócić do żywych.
Docenił pan aktorski żywot po powrocie?
Myślę, że tak. Nigdy potem nie miałem wątpliwości, czy chcę uprawiać ten zawód i to niezależnie od tego, jak intensywnie pracowałem. Trzeba wiedzieć, że przez długie lata zarabiałem graniem epizodów i trzecich planów. Dobrze pamiętam maleńką rólkę gońca przynoszącego paczkę w "Ostatniej misji" Wojciecha Wójcika. Dał mi wskazówkę: "niech pan nie patrzy w kamerę". Asystent coś mu szepnął do ucha i wtedy reżyser powiedział do mnie: "Aha, to pan jest aktorem!". Ta historyjka obrazuje mój ówczesny udział w pozateatralnym show-biznesie.
Porównywał się pan do kolegów?
Oczywiście, i wielokrotnie myślałem: "on?! dlaczego on?! przecież on na to nie zasługuje!". Uprawiam zawód ludzi pysznych, czyli bardzo skupionych na sobie. Istnieje w nim ciągła, nieraz kompletnie paradoksalna rywalizacja. Bo jak to możliwe, by stary aktor zazdrościł roli młodej aktorce? Ale to się zdarza. Na szczęście dość szybko zrozumiałem, że trzeba iść własną drogą i sukces polega na tym, by zaakceptować siebie takim, jakim się jest. Ale tak naprawdę to ja o niczym nie decydowałem. I choć miałem to szczęście, że grałem różne role, nie było to moją zasługą. Przeciwnie - był to skutek gospodarki rabunkowej. Robiłem wszystko, o co mnie poproszono. Niczego nie odmawiałem. Gdybym dostał wtedy propozycję zagrania w telenoweli - nie odmówiłbym. Grałem przecież i w "Klanie", i w "Plebanii".
Z powodów finansowych?
Zapewne. A poza tym dość szybko porzuciłem pogląd, że aktorstwo to zawód z misją. Uznałem, że należy je uprawiać i z niego żyć. Traktować w sposób rzemieślniczy, a nie kapłański. Zdarzało mi się fikać koziołki na premierze przed kinem albo z przyklejonymi wąsami odczytywać epistołę na ślubie bogatego emigranta ze Stanów Zjednoczonych w Łazienkach. Dzisiaj nie muszę już tego robić i coraz częściej odmawiam.
Dlaczego chciał pan zostać aktorem?
Z powodu nieprzystosowania. Urodziłem się i wychowałem w bardzo malutkiej, liczącej 12 domów wsi. Wiele zawdzięczam dziadkowi, który bardzo dużo czytał. Często z nim zostawałem. Kiedy miałem kilka lat, żeby się ode mnie opędzić, podsuwał mi książki. Tak nauczyłem się czytać. Do tej pory pamiętam swoją pierwszą lekturę - "Mój drugi ożenek" Józefa Mortona, bo rozpoczynała się intymną sceną na furmance. To mnie zachęciło do czytania. Oddalało też od kolegów, choć oczywiście lubiłem robić to, co oni, czyli biegać po łąkach i grać w piłkę. Ale już ciągnęło mnie do innej rzeczywistości. A potem była pani od polskiego, wiersze, które recytowałem, konkursy.
Jednak zdobył pan konkretny zawód.
Tak, poszedłem do technikum mechanizacji rolnictwa, bo wszyscy starsi koledzy tam chodzili - czyli udałem się tam z powodów towarzyskich. Nie bardzo się zastanawiałem, że rolnictwo mnie nie pasjonuje. Pamiętam też, że zapisałem się do Związku Młodzieży Wiejskiej, żeby móc pojechać na organizowane przez nich obozy: żeglarski i przygotowawczy na studia aktorskie. Wtedy zetknąłem się z profesorami z PWST, którzy zachęcili mnie, żebym spróbował zdawać. Na egzamin stawiłem się w koszuli dziadka, który uczył mnie czytać. Zdałem w cuglach i wydawało mi się, że wszystko co najtrudniejsze już za mną, a wszystko co najpiękniejsze przede mną. (śmiech)
A nie było tak?
Wtedy zaczęły się schody. Naokoło ludzie z wielkiego miasta, synowie profesorów, obyci z kulturą. A mój podstawowy problem polegał na tym, że waliłem to, co myślałem, prosto z mostu. Musiałem szybko się nauczyć, że choć na wsi to naturalne, wmieście jest inaczej. Zyskałem tylko opinię nieokrzesanego kmiota. Pamiętam też uwagi profesorów: "nie mów, jakbyś był spod budki z piwem". Ale do dziś wspominam szkołę bardzo miło.
Długo czekał pan na swoją szansę?
Uważam, że był nią "Edi", w którym zagrałem po dziesięciu latach bycia aktorem. Miałem poczucie, że nareszcie się sprawdziłem. Bo choć byłem chwalony w środowisku, to nic spektakularnego się do tej pory nie działo. Tylko że po "Edim" też tak naprawdę nic nie zmieniło się na lepsze. Jeśli chodzi o film - telefon milczał, w teatrze przez dwa sezony nie wszedłem w żadną nową sztukę. Ale pozateatralna furtka była jednak uchylona nieco szerzej. Przyszedł następny film Trzaskalskiego i dalej już poszło. Bardzo zasmakowałem w filmie i teatr przestał być czymś najważniejszym.
Wielokrotnie pracował pan w dubbingu.
To było jedno z zajęć dających chleb. Chodziłem nagrywać gwary, szmerki, grzybki, kalafiorki. Ale zdarzały się i postaci. Bardzo polubiłem misia koalę z "Dżungli", z którym w pewnym stopniu się utożsamiałem. Wolałem budowanie postaci, które miały rysy psychologiczne, a nie tylko wymagały używania odpowiedniej wysokości głosu i szybkości mówienia. Dlatego polubiłem misia Bazyla.
Próbował pan różnych rzeczy - zagrał w monodramie, wyreżyserował przedstawienie w Staromiejskim Teatrze...
Dla chleba. I tyle. Owszem, teraz chciałbym przelać na papier swoje pomysły filmowe, ale widać na razie jestem zbyt mało zdeterminowany, skoro o tym tylko mówię, a nie robię. Teraz dużo gram, a nie jestem człowiekiem renesansu, który potrafi robić wiele rzeczy naraz. Strasznie mnie męczy moja praca. Potrafię zagrać jedną scenę w filmie i być po niej potwornie zmęczony. Wtedy najchętniej czytam gazetę, oglądam telewizję albo kładę się spać. Ale chyba wiem, z czego to wynika. Nie posiadłem technicznych umiejętności ilustrowania niektórych stanów psychicznych. Kiedy gram, muszę naprawdę je przeżyć. I to mnie męczy, bo to jest operacja na sobie. Nie obchodzi mnie, czy to zawodowe czy nie. Chodzi przecież o efekt, żeby widz nie miał poczucia, że jest oszukiwany.
Która z ról pana najwięcej kosztowała?
Ostatnio - Marka w "Jasnych błękitnych oknach" Bogusława Lindy. Kiedy sprawy dotyczą dzieci, śmierci, cierpienia, nie umiem tego tylko ilustrować. Dlatego było to trudne i wyczerpujące doświadczenie. I nie lubię do tego wracać.
Z wcześniejszych pańskich wypowiedzi wynika, że w pracy są dla pana bardzo istotne względy towarzyskie...
Jasne, że tak. Bo w pracy powinno być też przyjemnie. To nie jest decydujące, ale znaczące. Nie jest dla mnie bez znaczenia, w jakim gronie siedzę przed graniem przedstawienia. Mieszkam bardzo blisko teatru, ale przychodzę godzinę wcześniej. Muszę porozmawiać, pobyć, pośmiać się. Może to jakiś paradoksalny sposób koncentracji przed spektaklem?
Na co pan teraz czeka?
Na święty spokój. Na sytuację, w której będę mógł wybierać, co chcę robić. I żeby to zapewniło mi środki na godne życie. A moim marzeniem jest otworzenie warsztatu samochodowego. Z przyjemnością sam dłubałbym przy autach.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA