fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Andrzej Nowak o reformie edukacji

Andrzej Nowak
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Proponowałbym nie używać takich retorycznych argumentów, za pomocą których pani minister chce zasugerować, że tylko jacyś „niefachowcy” krytykują jej reformę nauki historii – historyk polemizuje z Katarzyną Hall
Pani minister Katarzyna Hall zabrała na łamach “Rzeczpospolitej” (24.01.2011) głos w sprawie wprowadzonych pod jej kierownictwem zasadniczych zmian w nauczaniu historii. Wiele już było na ten temat dyskusji, od grudnia roku 2008, kiedy pani minister zadekretowała wprowadzenie tych zmian. Nie przyczyniły się one jednak do żadnych korekt w stanowisku ministerstwa.
Czy jest wobec tego jakikolwiek sens, by odzywać się w tej sprawie raz jeszcze? Nie jestem pewien. Czuję się jednak sprowokowany kilkoma sformułowaniami pani minister.
[srodtytul]Rażąca niewiedza 100 profesorów[/srodtytul]
Po pierwsze, stwierdzenie, iż MEN ogranicza nauczanie historii w szkołach, pani minister pozwoliła sobie określić jako “insynuację” i przypisać ją “rażącej niewiedzy” stawiającej taki zarzut pani Barbarze Fedyszak-Radziejowskiej (“Przywrócona pamięć Polaków”, “Rz” 16.01.2011).
Warto w takim razie przypomnieć, że tę samą “insynuację” wyraziło, wykazując ten sam poziom “rażącej niewiedzy”, blisko 100 profesorów historii i kultury polskiej, którzy w styczniu 2009 roku wyrazili protest przeciw reformie pani minister w liście “Ratujmy historię, ratujmy polski kanon”. Wśród nich tacy luminarze studiów nad naszymi dziejami, jak choćby (w kolejności składania podpisów) Anna Sucheni-Grabowska, Andrzej Paczkowski, Wojciech Roszkowski, Zofia Zielińska, Barbara Grochulska, Roman Michałowski, Teresa Kostkiewiczowa, Włodzimierz Bolecki, Janusz Sławiński, Bohdan Cywiński, Marek Kazimierz Kamiński, Andrzej Chojnowski, Włodzimierz Suleja, Piotr Łossowski, Edward Opaliński, a także grono znakomitych badaczy dziejów i kultury polskiej z zagranicy, jak Andrzej Zamoyski, Piotr Wandycz, Richard Butterwick, Ewa Thompson czy Andrzej Sulima Kamiński.
Choć protest ten został przez MEN całkowicie zlekceważony, proponowałbym jednak nie używać takich retorycznych argumentów, za pomocą których pani minister chce zasugerować, że tylko jacyś “niefachowcy” lub ludzie o “złych intencjach” mogą krytykować jej reformę.
Po drugie, główny argument krytyków owej reformy pani minister zechciała pominąć całkowitym milczeniem. Brzmi on tak:
“Na pierwszej klasie liceum ma się kończyć systematyczny wykład historii dla ogromnej większości polskich uczniów. Dla tych wszystkich, którzy nie wybiorą w kolejnych dwóch klasach profilu historycznego, pozostanie jedynie “przedmiot uzupełniający: Historia i społeczeństwo”. Nie będzie w nim już żadnego wspólnego kanonu historii Polski w Europie, a jedynie dziewięć bloków tematycznych do wyboru, takich jak “Kobieta i mężczyzna, rodzina”, “Język, komunikacja i media”, “Wojna i wojskowość” czy “Gospodarka”. Cztery dowolnie wybrane spośród owych wątków (jako jedna z dziewięciu możliwości pojawi się temat “Ojczysty Panteon i ojczyste spory”) – to będzie cały program edukacji historycznej dla większości młodych Polaków i Polek w wieku 17 – 19 lat.
To jest wiek, w którym dotąd uczniowie liceów zapoznawali się z najpoważniejszymi zagadnieniami naszej wspólnej przeszłości, dojrzewając stopniowo do ich dyskutowania. Teraz o narodzinach demokracji i przechodzeniu od republiki do imperium większość z nich usłyszy obowiązkowo po raz ostatni w wieku lat 12 czy 13 (w pierwszej klasie gimnazjum, dawnej siódmej klasie podstawówki), o Konstytucji 3 Maja, dylematach pracy organicznej i walki powstańczej z XIX stulecia – w wieku lat 14 czy 15! O powstaniu warszawskim i o “Solidarności” – w wieku lat 16. W ten sposób destrukcji, a na pewno infantylizacji ulega historia jako zintegrowany, wspólny przedmiot, przekazujący nie tylko zestaw faktów czy umiejętności, ale także współtworzący rdzeń obywatelskiej, patriotycznej edukacji”.
Wciąż czekam na merytoryczną odpowiedź na tę wątpliwość, a może raczej na korektę reformy, uwzględniającą potrzebę rozważenia tej uwagi.
[srodtytul]Co jest politycznie słuszne[/srodtytul]
Po trzecie, pani minister pozwoliła sobie na stwierdzenia, które zdają się twórczo zmieniać sens już nie historii tylko, ale matematyki. Piszę o tym z pewną nieśmiałością, bo z tego przedmiotu udało mi się uzyskać na maturze jedynie trójkę, a pani minister jest z zawodu nauczycielką matematyki. A jednak w zakresie liczenia do dziesięciu pozwolę sobie podjąć tę polemikę.
Pani minister napisała tak: “Uczeń liceum wybierze także przedmioty, których będzie się uczył w sposób rozszerzony. Jeśli wybierze historię, przejdzie jej gruntowny kurs w wymiarze kilkakrotnie większym niż obecnie”. Przypomnę wobec tego, że w starym programie liceum w całym trzyletnim cyklu nauczania na poziomie podstawowym liczba godzin przeznaczonych na historię wynosi dwie godziny tygodniowo.
Godziny dla profilu rozszerzonego są przydzielane różnie w różnych szkołach z tzw. godzin dyrektorskich (dziesięć godzin na dwa do czterech przedmiotów). W znanych mi liceach krakowskich w klasach o poszerzonym nauczaniu historii przydziela się z tej puli dodatkowo cztery do sześciu godzin więcej niż w kursie podstawowym. Po reformie będzie można dodać dwie do czterech godzin. Na podstawie jakiej matematyki można stwierdzić, że będzie to “kilkakrotnie więcej niż obecnie”?
Szczytem “kreatywnej matematyki” jest jednak stwierdzenie kolejne pani minister dotyczące tej ogromnej większości uczniów, którzy po pierwszej klasie liceum nie wybiorą profilu ściśle historycznego. Pani minister pisze o nich tak: “Ci natomiast, którzy wybiorą – w trybie rozszerzonym – przedmioty ścisłe, będą równolegle uczyli się bloku “Historia i społeczeństwo”, gdzie w sposób problemowy będzie nauczana historia z elementami wiedzy o społeczeństwie, kulturze itd., też w wymiarze większym niż obecnie nauczana historia w liceach”.
Znów trzeba przypomnieć: do tej pory każdy uczeń liceum miał w klasie drugiej i trzeciej nie mniej niż po dwie godziny historii tygodniowo. Samej historii, nie licząc nauczanych osobno, w ramach dodatkowych godzin, takich przedmiotów, jak (rozmaicie nazywana) wiedza o społeczeństwie czy wiedza o kulturze. Teraz będzie miał dwie godziny tygodniowo już nie samej historii, ale bloku łączącego jej wybrane (jak o tym pisałem wyżej) elementy z wiedzą o społeczeństwie i kulturze. Czy stąd wynika “większy wymiar” nauczania samej historii niż dotychczas, czy raczej mniejszy?
Choć miałem w szkole kłopoty z matematyką, cieszyłem się z jednego elementu ostatnich reform MEN – tego mianowicie, który przywracał obowiązkową maturę z tego przedmiotu. Ścisłość podstaw matematyki wydawała mi się gwarancją możliwości sprawdzania argumentów, które się do niej odwołują. Wciąż mam nadzieję, że matematyka nie została podzielona na “politycznie słuszną” i “niesłuszną”. Może jednak nie mam racji?
[i]Autor jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, znawcą historii Rosji. Redaktor naczelny dwumiesięcznika “Arcana”[/i]
[ramka][ramka][srodtytul]Pisała w opiniach[/srodtytul]
[i][b]Katarzyna Hall[/b][/i]
[b]MEN i IPN razem dla historii[/b]
[i]24 stycznia 2011[/i][/ramka][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA