fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Sowieckie pomniki. Usuwać czy nie?

ROL
Wielkie, sowieckie monumenty nadal stoją m.in. w Bułgarii, na Ukrainie i w Polsce. I nadal są tacy, którzy nie dadzą ich ruszyć
W Sofii pomnik Armii Czerwonej jest gigantyczny. Sam cokół ma 34 metry wysokości. Monument stoi w centrum miasta, blisko uniwersytetu, pięć minut drogi od parlamentu. Przedstawia sowieckiego żołnierza i dwoje Bułgarów: kobietę i mężczyznę. Czerwonoarmista pokazuje im drogę do ziemi obiecanej – komunizmu.
– To ostatni relikt minionej epoki w stolicy. Postkomuniści skutecznie go bronili i latami nie dali ruszyć. Ale ten pomnik nie powinien się tu znajdować – mówi „Rz“ oburzony, prawicowy wicemer Sofii Hristo Angelichin, który osobiście lobbuje za przeniesieniem monumentu w inne miejsce. Niedawno z grupą około 200 osób przyszedł pod pomnik i domagał się jego usunięcia. – Jego miejsce jest w muzeum, a nie tutaj – przekonuje.
Pomnik sowieckiego żołnierza stoi w Sofii od 1954 roku. Stanął tu — co podkreślają przewodniki turystyczne – dokładnie w dziesiątą rocznicę „wyzwolenia“ Bułgarii przez Armię Czerwoną. – Jakiego wyzwolenia? My wtedy znaleźliśmy się pod sowiecką okupacją. Ten pomnik oddaje cześć najeźdźcy, a nie żadnemu „wyzwolicielowi”. Dlatego trzeba go usunąć z centrum miasta – mówi „Rz“ Nikolai Karamihov, szef bułgarskiego portalu Europe.
[srodtytul]Argument dla socjalistów[/srodtytul]
W stolicy Sofii powstał już specjalny komitet, którego celem jest przeniesienie monumentu. Jego członkowie argumentują, że Bułgaria znajduje się teraz w Unii Europejskiej, a komunizm dawno upadł. Co więcej, w czasie II wojny światowej na terenie Bułgarii nie zginął żaden sowiecki żołnierz. – Z tego powodu nasza sytuacja jest zupełnie inna niż sytuacja Warszawy – mówi Angelichin.
Stojący w Warszawie pomnik to jednak argument dla bułgarskich socjalistów. Ich zdaniem, skoro podobne monumenty nadal stoją w Warszawie czy w Berlinie, to u nich też stać może. Tym bardziej, że młodzież zrobiła sobie pod nim ulubione miejsce do jazdy na rolkach i deskorolkach.
– Wraz z usunięciem pomnika mamy niby z stać się bardziej demokratyczni i bardziej bułgarscy. Dzisiejsza Bułgaria ma jednak poważniejsze problemy niż ten pomnik – mówi „Rz“ Gergana Aleksowa, wiceszefowa frakcji socjalistów w sofijskim ratuszu. Ona i jej partyjni koledzy (jak podkreśla, również młodzi) zaciekle bronią monumentu. – Chcemy bronić naszego prawa do historii. A usunięcie pomnika będzie jednym z kroków do odrodzenia faszyzmu w Bułgarii – ostrzega.
Spór trwa także wśród internautów. „Sowiecka armia nigdy nie okupowała Bułgarii. Ludzie witali żołnierzy jak przyjaciół i bohaterów“ – przekonuje Misho z Warny. „To tak, jakby na własnym podwórku postawić pomnik gwałciciela“ – ripostuje Georgij z Sofii. W latach 90. Bułgarzy zniszczyli większość pamiątek po komunizmie. Najsłynniejsza – mauzoleum komunistycznego przywódcy i jednego z najbliższych sojuszników Stalina, Georgija Dymitrowa – legła w gruzach w 1999 roku.
[srodtytul]Rachimow i sześć buldożerów[/srodtytul]
Sowieckie pomniki wciąż wzbudzają kontrowersje w krajach byłego Związku Sowieckiego. Gdy są usuwane, najczęściej protestuje Rosja. Najgłośniejsze protesty miały miejsce cztery lata temu w Estonii, gdy – wbrew oporowi Moskwy – władze Tallina przeniosły pomnik sowieckiego żołnierza z centrum miasta na cmentarz. Estońscy Rosjanie przez kilka dni wychodzili na ulice. W zamieszkach zginęła jedna osoba. Z powodu pomnika doszło też do pierwszej, rosyjsko-estońskiej, cyberwojny na świecie.
Na początku stycznia rosyjskie media żyły likwidacją cztero-metrowego pomnika sowieckiego bohatera Sabira Rachimowa w uzbeckim Taszkencie, który burzyło sześć buldożerów. Przy okazji wspomniały o nocnym demontażu pomnika Stalina w jego ojczystym mieście Gori w Gruzji w czerwcu 2010 roku i zburzeniu w grudniu 2009 roku pomnika żołnierzy Armii Sowieckiej w gruzińskim Kutaisi. W odpowiedzi władze Rosji zbudowały bardzo podobny, który odsłonił w grudniu zeszłego roku w Moskwie premier Władimir Putin.
Również w Polsce pojawiły się protesty na wieść o możliwym przesunięciu pomnika Czterech Śpiących na warszawskiej Pradze. Monument miał zastać przesunięty w związku z budową metra.
[srodtytul]Oblany czerwoną farbą[/srodtytul]
W kwietniu ubiegłego roku podczas sesji Zjednoczenia Parlamentarnego Rady Europy w Strasburgu pro-rosyjski prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz zapewniał, że po jego dojściu do władzy „sowieckie pomniki nie będą w jego kraju przywracane”. 5 maja w Zaporożu na dziedzińcu budynku Partii Komunistycznej powstał jednak pomnik Stalina.
„Dla wszystkich prorosyjskich struktur na Ukrainie pomniki upamiętniające czasy sowieckie są źródłem inspiracji i marzeń o powrocie do tamtej epoki. Sprawę usuwania sowieckich monumentów w krajach należących niegdyś do Związku Sowieckiego Kreml traktuje jako zamach na symbole jego panowania” — pisał wówczas ukraiński historyk Stanisław Fedorczuk.
Najwięcej takich pomników jest na wschodzie kraju. Często są one atakowane przez nacjonalistów. W ostatnią sylwestrową noc przy użyciu ładunku wybuchowego zburzyli wspomniany trzymetrowy posąg Stalina w Zaporożu. Pomnik Lenina w Kijowie oblewali czerwoną farbą i próbowali rozbić młotem. Sprawą zajęła się prokuratura.
We Lwowie przy „monumencie chwały” upamiętniającym sowieckich żołnierzy dyżuruje milicja. Tak często stawał się on bowiem celem ataków. Przeciwni dyżurom funkcjonariuszy są radni z nacjonalistycznej partii Swoboda.
— Ten pomnik owszem trzeba chronić, ale dlatego, że znajduje się w kiepskim stanie i może kiedyś komuś runąć na głowę. Służba milicji przy tym „brązowym kretynie” to znaczna przesada — mówił Jurij Mychałczyszyn. Nie ma już jednak nic przeciwko ochronie pomnika dowódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) Stepana Bandery.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA