fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nieruchomości

Wiele nowych przepisów to reakcja na patologie w spółdzielniach

Andrzej Mączyński
Nieznane
Rozmowa z prof. Andrzejem Mączyńskim, wykładowcą Uniwersytetu Jagiellońskiego, znawcą prawa mieszkaniowego, sędzią Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku
Rz: Przed siedzibą jednej z warszawskich spółdzielni widziałam kolejki chętnych do wykupu mieszkań lokatorskich za niecały 1 proc. ich wartości. Boją się, że po 31 lipca, kiedy przepisy w tej sprawie wejdą w życie, zostaną zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny. Czy ich obawy są słuszne?
Andrzej Mączyński: Kilka lat temu Trybunał uznał za niezgodne z konstytucją przepisy o wykupie mieszkań za 3 proc. ich wartości. W uzasadnieniu rozstrzygnięcia wskazał, że majątek spółdzielni jest własnością prywatną, a każdy ma prawo do jej ochrony. Spółdzielnia może więc sama decydować, komu ma go sprzedać i za ile. W przepisach ustawowych nie można więc narzucać jej zasad zbywania majątku. Ta argumentacja do dzisiaj jest aktualna. To prawda, że wczasach PRL spółdzielnie budowały za państwowe pieniądze, a państwo praktycznie decydowało o tym, co wolno, a czego nie wolno robić spółdzielni. Ale to już przeszłość.
Teraz to, co zostało wybudowane w tamtych czasach, jest własnością spółdzielni, a więc ma służyć ogółowi jej członków. W swoim orzecznictwie Trybunał wielokrotnie powtarzał, że nawet gminie należy się zapłata za przekształcenie użytkowania wieczystego we własność. A przecież komunalne grunty do niedawna były państwowe. Jeżeli tak chroni się własność komunalną, to w nie mniejszym stopniu trzeba chronić i prywatną własność grupową. Jeżeli Trybunał będzie chciał podtrzymać swoje dotychczasowe stanowisko, to rozstrzygnięcie łatwo przewidzieć. Ci ludzie spłacili cały kredyt, który ciążył na ich lokalach. Dlaczego teraz nie mieliby ich dostać na własność? Kiedy otrzymywali przydziały mieszkań, wiedzieli, że otrzymują je na warunkach lokatorskiego prawa do lokalu. Że nie będą ich własnością nawet po spłaceniu kredytu zaciągniętego na budowę. Przed 35 laty dopuszczono przekształcenie lokatorskiego prawa do lokali wprawa własnościowe, a dopiero w 2001 r. -we własność. Ale zawsze warunki finansowe przekształcenia nawiązywały w jakiś sposób do wartości nabywanego prawa. Prawie 3 miliony ludzi nabyły własnościowe prawo lub własność mieszkania kosztem dużych wyrzeczeń, a teraz ustawodawca każe spółdzielniom rozdać pozostałe lokale za kilka złotych. To nic innego jak podważanie zaufania obywateli do prawa. Oczywiście prawo musi się zmieniać, jest to nieuniknione, jednak ustawodawca powinien zachowywać się w sposób lojalny wobec obywateli. Ten, kto zastosował się do obowiązującego wdanym momencie prawa, nie może być z tego powodu w gorszej sytuacji od tego, kto tego nie zrobił. Jako młody pracownik naukowy długo starałem się o mieszkanie w spółdzielni. Kiedy już je dostałem, zmieniono przepisy. Osoby, które ukończyły studia z wyróżnieniem, mogły otrzymać mieszkanie poza kolejnością. I nie mam oto pretensji, że czekałem na mieszkanie dłużej niż inni. Ale tych dwóch zmian nie można ze sobą porównywać. Dlaczego więc w gorszej sytuacji są ci, którzy już wykupili lokale? Pieniądze ze sprzedaży mieszkań były przeznaczane na fundusz remontowy, a więc korzystali z nich wszyscy członkowie danej spółdzielni. Przede wszystkim jednak nadużyto zaufania tych osób do prawa. A to jest szkoda niewymierna. Naruszono też obowiązującą wewnątrz spółdzielni zasadę solidaryzmu. Według informacji prasowych w trakcie prac nad nowelizacją ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych wielokrotnie zarzucano niekonstytucyjność tych przepisów. Wówczas jeden z posłów powiedział, że to sprawa Trybunału, którego Sejm nie będzie wyręczał. A przecież konstytucja jest adresowana do wszystkich, a więc i do Sejmu. Zdaje się, że jedyną reakcją na zarzuty i zapowiedzi zaskarżenia ustawy do Trybunału jest przepis, który przewiduje, iż ustawa wchodzi wżycie już po dwóch tygodniach od ogłoszenia. Krótki termin na przeniesienie własności od daty złożenia wniosku ma uniemożliwić kontrolę konstytucyjności tych przepisów. Pamiętajmy jednak, że czynności niezgodne z prawem są nieważne, nawet te sprzed wyroku Trybunału. Taki pogląd przed kilku laty wyraził Trybunał, orzekając w pełnym składzie w innej sprawie. Prezes, który nie przeniesie w terminie własności mieszkania, może trafić do aresztu. Czy słusznie? Oczywiście, że nie. Ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych pozwala wystąpić o przeniesienie własności mieszkania. Jeżeli spółdzielnia nie chce tego zrobić, członek spółdzielni może pójść do sądu, a ten wyda wyrok uwzględniający roszczenie. Poco więc mieszać przepisy karne z cywilnymi, straszyć grzywną i ograniczeniem wolności? Nowelizacja na szczęście ma o wiele szerszy zakres i przewiduje wiele bardzo potrzebnych zmian. Jak wiadomo, nie wszystko w spółdzielniach jest dobre. Wiele nowych przepisów jest uzasadnioną reakcją na patologie. Jakie na przykład? Zwróćmy uwagę, jak władze i pracownicy wielu spółdzielni traktują swych członków. Popatrzmy na stylistykę pism. Nie ma tam takich słów jak "prosimy uprzejmie", tylko władczy ton, zakazy i nakazy. Spółdzielca czuje się jak petent w urzędzie. Zarząd zapomina, że jest zatrudniony przez członków i ma działać nie tylko za ich pieniądze, ale i w ich interesie. Wciąż w wielu spółdzielniach krąży widmo PRL. Kiedyś państwo ustalało, czy spółdzielnia może powstać, jaki będzie jej statut, kto będzie w zarządzie, komu przydzieli się mieszkanie itd. Przyzwyczajenia z tych lat pozostały. A jeżeli porównamy sytuację członka spółdzielni z sytuacją najemcy mieszkania w budynku komunalnym, to okaże się, że chociaż wniósł wkład na budowę swego mieszkania, to jego prawa chronione są słabiej niż prawa najemcy. Ostatnia nowelizacja wprowadza pewne mechanizmy, które pomogą to zmienić. Chodzi np. o przepisy umożliwiające kontrolę działalności spółdzielni. Przez długie lata członkowie płacili niemałe kwoty i praktycznie nie wiedzieli, ani co decyduje o wysokości opłat, ani co się dzieje z pieniędzmi. Teraz każdy budynek ma mieć odrębną ewidencję. Ludzie będą wiedzieli, że za ich pieniądze jest remontowany chodnik pod ich blokiem, a nie urządzany skwer na sąsiednim osiedlu, gdzie akurat mieszka prezes. Dobrze, że znikną ze spółdzielni zebrania przedstawicieli i zastąpią je walne zgromadzenia. Każdy będzie mógł, jeżeli zechce, decydować o losach swojej spółdzielni. Oczywiście same przepisy niczego nie załatwią. Potrzebna jest aktywność spółdzielców i przekonanie, że to oni decydują o sprawach swojej spółdzielni. Bardzo potrzebne są przepisy ułatwiające podział dużych spółdzielni. I znowu warto przypomnieć, że przed kilku laty przepis ten został zaskarżony do Trybunału. Trybunał stwierdził wtedy, iż jest nie tylko zgodny z konstytucją, ale wręcz konieczny, by spółdzielnie mogły funkcjonować zgodnie z zasadami konstytucyjnymi. I co? Po kilku latach Sejm, wtedy już zdominowany przez lewicę, uchylił przepis ułatwiający podział. Lekceważenie konstytucji i organu mającego jej strzec to nic nowego. Dziękuję za rozmowę.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA