fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Zaremba: Mgła - film o katastrofie smoleńskiej

„Mgła”, film dokumentalny, reż. Maria Dłużewska i Joanna Lichocka. Producent „Gazeta Polska”
„Gazeta Polska”
Z każdą minutą relacje bohaterów „Mgły” nabierają dramatyzmu i od pewnego momentu trudno się z nimi nie utożsamiać
Spór o takie filmy trwa od niepamiętnych czasów. Antypisowscy gorliwcy będą z pewnością zarzucać „Mgle” Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej jednostronność. W tym wyprodukowanym przez „Gazetę Polską” dokumencie, którego oficjalna premiera odbyła się w poniedziałek, oglądamy smoleńską katastrofę z perspektywy sześciu dawnych urzędników kancelarii Lecha Kaczyńskiego.
Jacek Sasin, Andrzej Duda, Adam Kwiatkowski, Jakub Opara, Marcin Wierzchowski i Paweł Zołoteńki opowiadają o niej w sposób powściągliwy, ale jednoznacznie z perspektywy swojego środowiska – jego nastrojów, żalów i pretensji.
[srodtytul]Własna wersja[/srodtytul]
Zarzut tendencyjności padnie, mogę się założyć, z ust tych samych komentatorów, którzy nie widzieli niczego złego w filmie „W Solidarności” Bolesława Sulika, w którym dzieje pierwszych lat III RP zostały streszczone przez liderów Unii Demokratycznej. Którzy zachwycali się Teresą Torańską, podsumowującą dorobek Wojciecha Jaruzelskiego ustami Wojciecha Jaruzelskiego. I którzy byli co najmniej neutralni wobec wyjątkowo stronniczych obrazów Michaela Moore’a.
Ja z kolei zawsze widzę cienkość granicy między subiektywną opowieścią, która może być przecież wyśmienitym tworzywem reportażu lub dokumentu, i jednostronną interpretacją łatwo ześlizgującą się w kierunku agitki. Muszę więc mieć także pewien kłopot z „Mgłą”. Inna sprawa, że dodanie do tego akurat filmu nowych wątków czy postaci – na przykład w imię pytania „drugiej strony” – zaburzyłoby jego klarowną konstrukcję.
[wyimek]Zawsze widzę cienkość granicy między subiektywną opowieścią i jednostronną interpretacją łatwo ześlizgującą się w kierunku agitki[/wyimek]
To nie jest próba całościowego rozwikłania przyczyn katastrofy smoleńskiej ani namalowania jego pełnego politycznego tła. To elegijna relacja kilku młodych, zaangażowanych w zdarzenia ludzi, którzy przedstawiając własną wersję, nie udają, że zamykają temat.
Dorzuciłbym jeszcze jeden argument: ten film oddaje głos środowisku, które nie dominuje w polskiej debacie. Które nie zasypuje nas na co dzień swoimi argumentami z ekranów telewizorów i rzadko ma, poza niszami, sposobność przemówienia własnym głosem. Skądinąd to symboliczne, że choć na temat Smoleńska powstało już kilka książek, żadna telewizja nie wyprodukowała o tych zdarzeniach filmu. „Mgła” to więc pod pewnymi względami pierwszy głos w dyskusji na ten temat. Chętnie zobaczyłbym porównywalną odpowiedź drugiej strony (lub stron). Gdyby tylko chciała (chciały) się wysilić.
[srodtytul]Poraniona grupa[/srodtytul]
Początkowo relacje sześciu bohaterów brzmią cokolwiek sztywno. Ale z upływem filmowych minut nabierają dramatyzmu do tego stopnia, że od pewnego momentu trudno się z nimi nie utożsamiać. Nie wszystkie ich zarzuty i rozgoryczenia brzmią równie przekonująco: z perspektywy miesięcy zbladła na przykład waga pytań o to, czy Bronisław Komorowski nie śpieszył się nadmiernie z obejmowaniem funkcji głowy państwa, albo czy słusznie powoływał na szefa osieroconej prezydenckiej kancelarii swojego człowieka (choć wtedy owe zarzuty mogły budzić uzasadnione emocje).
Dużo mocniej wybrzmiewa znana skądinąd teza: że Rosjanie opóźniali przyjazd Jarosława Kaczyńskiego, aby nie popsuł entrée Donaldowi Tuskowi. I że otoczenie premiera interesowało się w Smoleńsku jednym: jak ustawić się wobec mediów. Najmocniej zaś dźwięczą pytania o możliwość prowadzenia śledztwa przez samych Polaków. I o determinację władzy rządowej, aby o to w ogóle zabiegać. Nawet dzisiejsza niespójność i enigmatyczność przekazu mainstreamowych mediów, gdy wracają do tamtych dylematów, zdaje się przyznawać rację obolałym współpracownikom Lecha Kaczyńskiego.
Bohaterowie filmu wypadają wiarygodnie, bo nie są parlamentarnymi krzykaczami, a skromnymi państwowcami, którzy nie pchali się do tej pory na pierwszy plan. Nie zmienia to faktu, że ich relacje stały się od razu elementem politycznego mitu. Już na premierze Jarosław Kaczyński podkreślał, że film odsłania prawdę o ludziach rządzących obecnie Polską.
Pamiętając o tym, rozumiem jednak emocje narratorów tej opowieści, które udzieliły się autorkom. Kiedy jeden z nich, Paweł Zołoteńki, urzędnik w garniturze, o typowo inteligenckim wyglądzie, przywołuje określenie „bydło” stosowane wobec pisowskich środowisk, przypomina o wyjątkowym poranieniu całej tej grupy. Jako twórca terminu „przemysł pogardy” dobrze wiem, o czym mówi. A to niewątpliwie musi wyostrzać ich spojrzenie na całokształt tamtych zdarzeń.
Inna sprawa, czy nadmierna egzaltacja tych ludzi – nie adresuję tego do samych rozmówców Dłużewskiej i Lichockiej – skoncentrowanych na smoleńskim micie nie osłabi skuteczności tego zepchniętego dziś do defensywy obozu.
[srodtytul]Za serce[/srodtytul]
Ale to czysto polityczne pytanie wykracza już poza ten skromny, sugestywny film, który powinien obejrzeć każdy, nawet jeśli podejmie z nim spór. Gdy zaś już nie znajdzie innych powodów, niech zrobi to dla pięknej modlitwy śpiewanej przez zespół De Press. I dla obrazów z tamtych czasów – warto się w nich zanurzyć. Chwytają za serce.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA