Świat

Berlusconi przetrwał

Zamieszki wybuchły na ulicach Rzymu i wielu innych włoskich miast. Na zdjęciu ranny student prowadzony przez członka partii postkomunistycznej, Francesco Caruso
PAP/EPA, Guido Montani Guido Montani
Większością trzech głosów premier otrzymał wotum zaufania w Izbie Deputowanych, ale rządzić będzie mu trudno
Kryzys parlamentarny wywołany przez rozłam w partii Silvia Berlusconiego Lud Wolności był tak głęboki, że obie izby w obliczu wczorajszego głosowania nad wotum nieufności dla rządu zawiesiły działalność na dwa tygodnie. Okres ten zamienił się w minikampanię wyborczą. Skazany na porażkę Berlusconi rozpoczął gorączkowe poszukiwanie poparcia poza własną koalicją, głównie w szeregach dysydentów, którzy pod wodzą przewodniczącego Izby Deputowanych Gianfranca Finiego opuścili we wrześniu Lud Wolności. Zabieg się udał.
[srodtytul]Nazwany przestępcą[/srodtytul] W Senacie zgodnie z oczekiwaniami premier zdobył przekonującą większość. Natomiast w Izbie Deputowanych jego losy ważyły się do ostatniej chwili. Liczył się każdy głos. W związku z tym na głosowanie przybyły również trzy posłanki oczekujące lada chwila rozwiązania. Jedna prosto ze szpitala. Przemówieniom towarzyszyły ogromne emocje. Populistyczny szef opozycyjnej partii Włochy Wartości Antonio Di Pietro w agresywnym przemówieniu nazwał Berlusconiego przestępcą i pośmiewiskiem całego świata, za którego Włochy muszą się wstydzić.
Wówczas premier i deputowani koalicji rządzącej opuścili aulę. Głosowanie było jawne. Deputowani wywoływani byli po nazwisku. Gdy posłanka z szeregów dysydentów Finiego poparła rząd, posypały się wyzwiska. Deputowaną w obronę wzięli posłowie Ligi Północnej, koalicjanta Berlusconiego. Doszło do przepychanek i rękoczynów, a wybrańcy narodu wyprosili na chwilę z auli ekipy telewizyjne. Berlusconi wygrał trzema głosami. Nie lepiej niż w parlamencie sytuacja wyglądała na ulicach Rzymu, gdzie w proteście przeciw rządowi, a głównie przewidującej drakońskie cięcia reformie oświaty, na ulice wyszło ok. 100 tys. młodych ludzi. Doszło do starć z policją, która kordonem otoczyła okolice obu izb parlamentu. Pod rzymską rezydencją premiera w Palazzo Grazioli rozrzucono gnój. Zamieszki szybko rozprzestrzeniły się na całe centrum stolicy. Do zaciętych walk z policją doszło także w Mediolanie, Turynie i Palermo. Premier, choć oskarżany o polityczną korupcję (Di Pietro złożył zawiadomienie do prokuratury, że „kupił” głosy kilku posłów, oferując im intratne stanowiska), z kolejnej batalii, w której wróżono mu klęskę, wyszedł mocno pokiereszowany, ale zwycięski. Uzyskanie wotum zaufania świadczy wyłącznie o skuteczności politycznych zabiegów premiera i jego ludzi w parlamencie, ale z sondaży wynika, że mimo kolejnych skandali obyczajowych Berlusconi cieszy się poparciem 51 proc. Włochów i pewnie, gdyby teraz były wybory, znów by je wygrał. [srodtytul]Satyr budzi podziw[/srodtytul] Fenomen Berlusconiego, szczególnie za granicą uważanego za wroga demokracji i kompromitującego się na każdym kroku 74-letniego satyra, we włoskich warunkach wytłumaczyć dość łatwo, i to niekoniecznie tym, że naród znów błądzi. We Włoszech burzliwe życie osobiste i zainteresowanie młodymi kobietami nie dla wszystkich jest wadą. W dobie głębokiego kryzysu Włosi wolą zaufać znakomitemu praktykowi biznesu niż zawodowym politykom. Zwłaszcza że mimo ogólnoświatowej zapaści nie podniósł podatków i uchronił sektor publiczny przed katastrofą. Innym powodem jest słabość i wewnętrzne kłótnie lewicowej opozycji, która nie ma przekonującego lidera. Poza tym opozycja znów popełnia ten sam błąd, bezpardonowo atakując Berlusconiego osobiście, stosując często chwyty poniżej pasa. Wywołuje to efekt odwrotny do zamierzonego. Oprócz tego bunt Finiego większość Włochów ocenia w kategoriach zdrady w imię osobistych ambicji. Z tych wszystkich powodów dzisiejsze Włochy są nadal skazane na Berlusconiego, zwłaszcza że jego odejście groziłoby polityczną implozją o nieprzewidywalnych skutkach. Zupełnie nie wiadomo, kogo wessałaby powstała w ten sposób próżnia. Przyczyny obecnego konfliktu leżą w nieudanym mariażu Forza Italia Berlusconiego i Sojuszu Narodowego Finiego, które stworzyły najpierw koalicję wyborczą, zwycięską w wyborach 2008 roku, a rok później wspólną partię Lud Wolności. Praktycznie jednak Berlusconi „połknął” partię swego sojusznika, odstawiając go na boczny tor, czyli na fotel przewodniczącego Izby Deputowanych. Poza tym zderzyły się dwie koncepcje funkcjonowania partii. Fini widzi w niej forum ścierania się poglądów i współzawodnictwa frakcji. Dla Berlusconiego partia to machina wyborcza, która po wyborach powinna działać jak sprawne przedsiębiorstwo w rękach właściciela. Czarę goryczy przepełniły coraz większe wpływy w koalicji Ligi Północnej, zdaniem Finiego kosztem jego ludzi z rozwiązanego Sojuszu. Na razie największym przegranym jest autor kryzysu – Fini. Próba zamachu pałacowego się nie powiodła. Ale Berlusconi też nie jest pewny swego. Z chwiejną większością trzech głosów będzie mu trudno sprawnie rządzić. Odniósł ważne zwycięstwo, ale jeśli nie uda mu się poszerzyć koalicji, być może już na wiosnę odbędą się przyspieszone wybory. Zmienia się tylko to, że jeśli dojdzie do głosowania, Berlusconi wystartuje z pozycji zwycięzcy i człowieka podstępnie zdradzonego przez sojusznika. Tak czy inaczej wbrew oczekiwaniom Berlusconi znów spadł na cztery łapy, choć lądowanie miał bardzo twarde. ? [ramka][srodtytul]OPINIA[/srodtytul] [i][b]Federico Geremicca, politolog[/b][/i] Silvio Berlusconi, przemawiając w poniedziałek w obu izbach parlamentu, poprosił o poparcie wszystkie siły umiarkowane. Praktycznie zwracał się do dysydentów Finiego, a przede wszystkim do opozycyjnej chadeckiej Unii Centrum, do której mu programowo dość blisko. Przewiduję, że kilku dysydentów Finiego wróci teraz pod skrzydła Berlusconiego, ale włączenie Unii Centrum do koalicji będzie bardzo trudne, choć nie można tego z góry wykluczyć. Lojalni koalicjanci z Ligi Północnej krzywo patrzą na chadeków, ale ich szef Umberto Bossi właśnie powiedział, że nie ma nic przeciwko temu. Berlusconi zdaje sobie doskonale sprawę, że w obecnej sytuacji nie sposób skutecznie rządzić, a pat nie może trwać zbyt długo. Jeśli nie zdobędzie szerszego poparcia w Izbie Deputowanych, będzie parł ku wyborom. Moim zdaniem kryzys został jedynie odwleczony w czasie, może o zaledwie miesiąc, dwa. Słowem, tak jak przyszłość tego rządu była przedtem w rękach 34 dysydentów Finiego, tak teraz jest w ręku posiadającego podobną liczbę deputowanych szefa Unii Pierferdinando Casiniego. Niewiele się więc zmienia. Różnica polega na tym, że Casini i Berlusconi darzą się sympatią, ale na razie paraliż państwa trwa. [i]Federico Geremicca jest komentatorem politycznym i zastępcą redaktora naczelnego „La Stampy” [/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL