fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Buczałem ze Steviem Wonderem

Wojciech Mann
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Jak ktoś miał zagraniczną płytę, to od razu mógł zostać redaktorem - mówi Wojciech Mann w rozmowie z Kamilą Baranowską
[b]Rz: W księgarniach pojawiła się właśnie Pana autobiografia „Rock-mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą”. Pisze Pan, że to wspomnienie jak przez kilka dziesięcioleci żył Pan muzyką. Ale książka jest też opowieścią o PRL. [/b]
[wyimek][link=http://www.empik.com/rockmann-mann-wojciech,prod58962430,ksiazka-p?utm_source=empik_wlasne&utm_medium=billboard&utm_campaign=rockmann&bannerId=1198]Zobacz na Empik.rp.pl [/link] [/wyimek]
[b]Wojciech Mann:[/b] Trochę tak. Skoro dorastałem w czasach PRL, to ona musiała się dość dokładnie wkleić w te moje opowieści o młodości i muzyce. Zresztą nie unikałem tego, bo PRL w swoich przejawach zupełnie mi się nie podobała, i ślady tego widać w tej mojej opowieści. Sama świadomość, że to co człowiek robi jest kontrolowane budziła sprzeciw. A do tego wyzwania, jakimi była każda próba wyjazdu za granicę, która łączyła się z pokonaniem barier, przepisów, utrudnień. Życie w PRL było sztuką pokonywania zakazów.
[b]Karierę radiowca zaczynał Pan od harcerskiego radia... [/b]
Tam było stosunkowo łatwiej zaistnieć i łatwiej funkcjonować, bo całe to kontrolowanie i cenzura były obecne w dużo mniejszym stopniu. Harcerze siłą rzeczy byli traktowani mniej poważnie, a do tego stacja nadawała na krótkich falach, zasięg był niewielki, więc i tej muzyki, którą chciałem nadawać, można było więcej grać. W tym naszym radiu, karierę zrobić nie było znowu tak trudno. Jak ktoś miał zagraniczną płytę, to od razu mógł zostać redaktorem. Radio bazowało na tym, co przynosiliśmy my-zapaleńcy ze sobą. Zresztą potem w Trójce przez całe lata taśmoteka muzyczna, archiwum muzyczne też było budowane z naszych prywatnych płyt. Radio żadnych materiałów nam nie dawało- ani do słuchania ani do nadawania. Byliśmy więc dość wartościowi dla radia. Tyle, że nie przynosiliśmy płyt z krajów demokracji ludowej.
[b]Teraz już nie trzeba przynosić własnych płyt. Dziś praca w radiu jest przyjemniejsza? [/b]
Kiedy zaczynałem, praca w radiu była trochę taką grą w kotka i myszkę, podchodami, przemycaniem pewnych piosenek czy płyt. Dawało to sporo satysfakcji. Samo zdobywanie informacji też było inną zupełnie sztuką. Dzisiaj raz klikam w klawiaturę komputera i cały internet wiadomości przylatuje do mnie. Przez to moja pozycja jest trochę bierna. Kiedy zaczynałem, zdobycie wiarygodnej, sprawdzonej informacji, którą się przekazywało słuchaczowi było nie lada wyzwaniem, wymagało obmyślania najróżniejszych patentów, żeby dorwać się do prasy zagranicznej, coś zrozumieć z tego, co nadaje zagraniczne radio. Stopień myśliwskich umiejętności dziennikarza był wówczas o wiele wyższy.
[b]Czym zajmował się kierownik redakcji programów eksperymentalnych, bo to Pana pierwsze stanowisko w TVP. [/b]
Odpowiadałem za rozrywkę w ramach stworzonego przez Mariusza Waltera Studia2. Ale problem polegał na tym, że w telewizji istniała już redakcja do spraw rozrywki jako takiej, więc formalnie byłoby nie w porządku robienie drugiej. Dlatego trzeba było wymyślić fikcyjną nazwę.
[b]Jak się wtedy robiło telewizję? [/b]
Inaczej niż dzisiaj. Choć wydaje mi się, że mimo bardzo silnie przestrzeganej funkcji propagandowej, mimo prezesury Macieja Szczepańskiego, nazywanego krwawym Maćkiem, większą wartość przykładało się do wówczas jakości programu rozrywkowego. Pamiętam, że zapoznając się z pracą w telewizji byłem zbudowany tym, z jaką pieczołowitością przygotowuje się rozrywkę.
[b]Dzisiejsza rozrywka też jest przygotowywana z pieczołowitością. Z dużymi pieniędzmi, efektownymi dekoracjami. [/b]
Mamy szaleństwo pogoni za słupkami oglądalności. Dla mnie niedobrym sygnałem jest to co się dzieje w dziale umownie nazwanym kabarety. Ktoś z decydentów wymyślił sobie, że ludzkość bardzo lubi się śmiać. No to zapadła decyzja: dajmy im kabarety. Tylko nikt nie patrzy jakie one są. A są po pierwsze, wtórne, a po drugie bazują na najbardziej prymitywnych metodach: szarży, przebierania się. Dzisiejszym twórcom kabaretów wydaje się, że jak ktoś będzie miał za krótkie spodnie albo obcięty krawat, to będzie huragan śmiechu. To nie jest szukanie dobrego dowcipu czy żartu, ale takiego bezrefleksyjnego rechotu.
[b]Opisuje Pan w książce jak brał udział w ściąganiu do szarego PRL gwiazd muzycznych światowego formatu: Rolling Stonesów, The Animals, Stevie Wondera. A niektóre gwiazdy zabierał Pan po koncercie na prywatki. [/b]
Organizowanie koncertów to rzeczywiście barwne historie, szczególnie jeśli ktoś ma trochę wyobraźni i przyłoży te opowieści do szarości ówczesnej rzeczywistości. A tak serio, to był dalszy ciąg zabawy w ciuciubabkę z tzw. poważną stroną. Bo oto przyjeżdża zespół zaproszony przez jedyną monopolistyczną firmę Pagart, organizującą koncerty, dostają hotel, koncert itd. A tu przychodzi grupa wariatów i wykrada np. The Animals zmęczonych już tym oficjalnym sznytem na prywatkę i szalejemy potem z nimi przez całą noc. Dla mnie to było jak kolorowy sen. Ni stąd ni zowąd na prowincji zabitej dechami w postaci żelaznej kurtyny nagle dotykam facetów, którzy są słynni na całym świecie.
[b]Co zagraniczne gwiazdy wiedziały o Polsce? Poza tym, że jest tu zimno. [/b]
Niewiele więcej, ale muszę przyznać, że w większości przypadków chcieli wiedzieć więcej. Np. Animals pojechali do Krakowa, kazali się zawieźć do Oświęcimia, chcieli poznawali tę polską lokalność. Wokalista Animalsów odkupił nawet czy dostał czapkę polskiego milicjanta i potem w tej czapce dał sobie zrobić zdjęcie na okładkę płyty. I pewnie na koniec byli zaskoczeni, że tutaj żyją całkiem normalni ludzie, którzy czasem nawet mówią po angielsku, interesują się muzyką i znają się na tej muzyce.
[b]A jak to jest zaśpiewać na scenie ze Steviem Wonderem? [/b]
Wonder, będąc w Polsce potrzebował tłumacza, ja akurat znałem angielski, byłem na jego konferencji prasowej i trochę się polubiliśmy. Podczas koncertu odbyło się wręczenie daru finansowego z jego strony, a ja wyszedłem na scenę, żeby wytłumaczyć widowni co się dzieje. Wonder jako dowód wdzięczności i sympatii powiedział, że teraz zaśpiewa swój znany przebój „I just called to say I love you”. Przy czym jednocześnie złapał mnie mocno za rękę i powiedział: śpiewasz ze mną. Chciałem się wyrwać, ale on był silny i w dodatku znany, więc pozostało mi tylko grzecznie buczeć obok Wondera w takt utworu.
[b]A na koniec pytanie z okładki książki: dlaczego nie został pan saksofonistą? [/b]
Intrygująco brzmi, prawda? Tak naprawdę, to nigdy nie miałem szans, żeby zostać saksofonistą, ale saksofon od zawsze był moim marzeniem, bo był duży, błyszczący i miał wiele klapek, ale w tamtych czasach było to marzenie całkowicie nieosiągalne. Ale co jakiś czas to marzenie niespełnione przypomina mi o moich młodzieńczych latach.
[i]—rozmawiała Kamila Baranowska [/i]
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA