Świat

Oszustwo czy piekło ofiary

Niesłusznie skazany za pedofilię Witosław Gołembski spędził w więzieniu dwa lata. Były rzecznik praw ofiar Krzysztof Orszagh pomógł mu uzyskać odszkodowanie. Teraz panowie kłócą się o podział tych pieniędzy
Podniszczona kamienica w centrum Leszna. To tutaj wraz z byłą żoną i gromadką dzieci mieszka Witosław Gołembski. Przed rokiem chyba nie było tygodnia, aby w maleńkim mieszkaniu nie pojawiali się dziennikarze.
Teraz drzwi prowadzące na klatkę schodową są zamknięte na głucho. Naciskam dzwonek domofonu. -Taty nie ma - słyszę. Po chwili jednak okazuje się, że gospodarz jest w domu. Tyle że nie chce rozmawiać. - O panu Orszaghu? Nie, nie, dziękuję. Ja już z tym skończyłem -rzuca do słuchawki i się rozłącza. Nie skończył jednak Orszagh. - Pan Gołembski po prostu nas oszukał. Prokuratura umorzyła śledztwo, ale prowadziła je niechlujnie. Złożyliśmy już zażalenie na tę decyzję -tłumaczy.
Lipiec 1999 roku. W leszczyńskim kościele pod wezwaniem św. Jana nieznany mężczyzna brutalnie wykorzystuje dziesięcioletnią dziewczynkę. Kilka dni później policja zatrzymuje Witosława Gołembskiego. To bezrobotny w średnim wieku. Wcześniej był już karany za drobne przestępstwa. Siedział w więzieniu. Napastnika rozpoznają w nim zarówno świadkowie, którzy widzieli go pod kościołem, jak i ofiara. W dodatku Gołembski ma kiepskie alibi. Kilka miesięcy później zostaje skazany na siedem lat więzienia. - Siedziałem z piętnem pedofila. Przeżyłem piekło - wspomina potem wielokrotnie. Za kratami spędza blisko dwa lata. Jego obrońcy składają apelację. Mnożą się wątpliwości. Wychodzi na jaw, że policja, organizując tak zwane okazanie, popełniła szkolne błędy, a na miejscu przestępstwa nie udało się zabezpieczyć odcisków, które mogłyby wskazywać na Gołembskiego. Do mężczyzny nie należał też żaden ze znalezionych tam włosów. Sąd wyższej instancji uchyla wyrok, lecz prokuratura się odwołuje. Taki scenariusz powtarza się jeszcze kilkakrotnie. W 2005 roku Gołembski zostaje jednak ostatecznie uniewinniony. Wkrótce nie może się opędzić od dziennikarzy. W świetle kamer zapowiada, że będzie walczył o odszkodowanie. Chce miliona złotych. Reprezentować go będzie kancelaria Krzysztofa Orszagha, byłego rzecznika praw ofiar i założyciela Stowarzyszenia przeciwko Zbrodni imienia Jolanty Brzozowskiej. Sąd przyznaje Gołembskiemu przeszło 120 tys. zł. Wkrótce kancelaria zaczyna dopominać się o honorarium. Jeszcze przed procesem Orszagh umówił się z Gołembskim, że w razie zwycięstwa zainkasuje 20 procent od zasądzonej kwoty. -Rzadko która kancelaria zgodziłaby się na takie warunki. Chcieliśmy pokazać innym adwokatom, że warto pomagać nawet tym, którzy nie mają pieniędzy. Zresztą ja sam prowadzę wiele spraw pro publico bono -podkreśla. Honorarium jednak nie spływało. W dodatku - jak przekonuje Orszagh - Gołembscy zaczęli go unikać. Ostatecznie o sprawie zdecydował się powiadomić prokuraturę. Tymczasem Gołembscy tłumaczą, że nie zapłacili, bo nie mają z czego. -Na nasze konto trafiło zaledwie 12 tysięcy złotych. Resztę zajął komornik, bo Witek zalegał z alimentami. Z pieniędzy, które dostaliśmy, spłaciłam dług zamieszkanie, kupiłam dzieciom trochę ubrań i tyle - wyjaśnia Ewa Gołembska. Śledztwo w sprawie domniemanego oszustwa prowadziła Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście. Kilka tygodni temu zostało ono umorzone. - Decyzja nie jest jednak prawomocna, dlatego nic więcej powiedzieć nie mogę - zaznacza Katarzyna Szeska, rzecznik prasowy warszawskiej Prokuratury Okręgowej. Mówi za to Orszagh. -Prokurator stwierdził na przykład, że Gołembscy nie prowadzą wspólnego gospodarstwa domowego, a to nieprawda. Ich rozwód był lipny. Być może rzeczywiście większość pieniędzy zajął im komornik. Ale przyzwoitość nakazuje, aby z tych 12 tysięcy zapłacić chociaż część honorarium - podkreśla i zaraz dodaje: -Drobni oszuści otrzymali czytelny sygnał, że mogą czuć się bezkarni. -Spłacę kancelarię co do grosza. Nie mamy zbyt wiele na życie, ale będę płaciła choćby po 500 złotych miesięcznie. Wypruję sobie żyły, a długu się pozbędę. Zresztą już zaczęłam płacić - broni się Gołembska i przyznaje, że po decyzji prokuratury poczuła ulgę. - Nie jesteśmy przecież żadnymi oszustami. Witek nadal bardzo przeżywa więzienie. Jest rozbity psychicznie, po nocach budzi się z krzykiem. Jak teraz mógłby zrobić coś takiego? -pyta Gołembska. Tymczasem Krzysztof Orszagh zapewnia, że kobieta mija się z prawdą. - Jeśli państwo Gołembscy mają zamiar spłacać dług, dlaczego tego nie robią? Do tej pory otrzymaliśmy może 300 złotych. Na więcej nie liczę. Widać żyjemy w państwie bezprawia -podsumowuje były rzecznik praw ofiar.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL