fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Jarosław Kaczyński i PiS po morderstwie w Łodzi

ROL
Jarosław Kaczyński zachowuje się jak Erika Steinbach: miesza rolę sprawcy i ofiary — twierdzi socjolog Wojciech Łukowski w rozmowie z Antonim Trzmielem
[b]Czy rzeczywiście w Polsce jest takie polityczne napięcie, że musiało dojść do łódzkiego mordu?[/b]
[b]Wojciech Łukowski:[/b] Atmosfera rzeczywiście jest kluczowa. Buduje jakiś rodzaj przyzwolenia. Ludzie, którzy mają własne problemy, biorą przykład z polityków i stosują coraz bardziej radykalne metody. Powinniśmy liczyć się z tym, że nie będzie to jedyne zdarzenie tego rodzaju. Potencjał jest, niestety, spory. Sytuacja jest poważna.
[b]Przez 20 lat bywała już parokrotnie napięta sytuacja polityczna w Polsce, ale nie mieliśmy morderstw politycznych. Co się zmieniło?[/b]
Byłbym ostrożny w posługiwaniu się retoryką przyczynowo-skutkową. Tak robią politycy – znajdując pierwszą przyczynę u konkurencji. Jarosław Kaczyński wskazuje, że wyśmiewano „moherowe berety”, a Donald Tusk mógłby mówić o samobójstwie Barbary Blidy. W konsekwencji spirala się nakręca. O wiele bardziej odpowiednie jest dostrzeganie współzależności, która pcha cały polskim system polityczny do coraz większego zagęszczania się złych, toksycznych emocji, a wreszcie do agresji. Katalizatorem, który wzmocnił tę współzależność, były wydarzenia 10 kwietnia.
[b]A wydawało się, iż w obliczu tragedii smoleńskiej nastąpi opamiętanie...[/b]
Na to nie było szans. Od początku było jasne, że są dwie odmienne interpretacje wydarzenia – a to nakręca spiralę. Oczywiście Smoleńsk nie był początkiem tego sporu, ale bardzo ważnym elementem w ciągu konfliktów trwających od 20 lat. A od początku transformacji potencjał agresji się powiększał.
[b]Często wskazuje się, że konflikt zaostrzył się w 2005 roku, gdy nie doszło do koalicji PO – PiS.[/b]
Koalicja PO i PiS była tylko mitem – od samego początku. Spór zaś służy zabezpieczeniu pozycji własnej, temu, aby elektoratów obu tych skonfliktowanych partii nie zagospodarowała jedna z nich. Być może trzecią siłą wobec wydarzeń w Łodzi, pośrednikiem między skłóconymi mógłby być prezydent.
[b]Pytanie tylko, czy prezydent Komorowski ma już dostateczną silną pozycji polityczną.[/b]
Pewnie trochę mu brakuje, ale nie przekreślałbym jego możliwości. Ma przecież politycznych przyjaciół, do których mógłby się zwrócić. Oczekiwałbym bym od prezydenta szerszej troski niż o to, co dzieje się w wewnątrz PO. Jego propozycja, aby kluby parlamentarne powołały rzeczników kultury politycznej, zamiast uspokoić nastroje stabilizuje może de facto je jeszcze bardziej podgrzewać.
[b]A więc pojednania nie będzie?[/b]
Przez najbliższy czas musimy z tym konfliktem żyć. Choć jest też problem wytrzymałości społeczeństwa. Badania wskazują, że coraz więcej ludzi się od tego wszystkiego izoluje, broni się, zamykając się tylko we własnych sprawach. I jest też grupa ludzi bardzo sfrustrowanych, którzy będą szukali szansy, aby zaistnieć publicznie – nawet w taki sposób jak morderca z Łodzi.
[b]W Polsce są dwa różne równoległe społeczeństwa?[/b]
W dużej mierze tak. Wzajemna współzależność dwu bloków politycznych rodzi dwa społeczeństwa. Ci dwaj polityczni partnerzy są powiązani jakimś bardzo toksycznym związkiem. W małżeństwie receptą bywa rozwód. Gdy mówimy o państwie, nie jest możliwe, by jeden z obozów udał się na emigrację. Choć to byłoby rozwiązanie najrozsądniejsze. Zresztą, oni – myślę o obozie Jarosława Kaczyńskiego – są na jakimś wygnaniu, jakby nie w swoim kraju.
[b]Może Kaczyński chce być alternatywą, a nie elementem systemu?[/b]
W systemie demokratycznym jest w ogromna przestrzeń wspólna, a partie różnią się jedynie niuansami. Tymczasem dziś w Polsce są dwa różne światy. W jednym świecie toczy się jakiś spór i gra między partnerami, coś się próbuje reformować. A w drugim świecie jest próba dokonania całkowitej rewolucji, wprowadzenia nowego porządku. To powoduje, że PiS jest partią antysystemową. Po 20 latach demokracji nie można już spierać się o fundamentalne wartości. Choć sądzę, że dla PiS dzisiejszy system jest niedemokratyczny, a dopiero ten przyszły będzie demokratyczny. To koresponduje z poczuciem, które ma część elektoratu: wypchnięcia z demokracji, odsunięcia od dobrodziejstw wspólnego rynku. Swego rodzaju wypędzenia. To malejąca grupa ludzi, ale wciąż ok. 20 proc. Sporo. Żyją w trudnych warunkach materialnych i duchowych. Oni znajdują swoje oparcie w prezesie Kaczyńskim.
[b]Decydujący podział wciąż stanowi stosunek do rządów Kaczyńskich z lat 2005 – 2007?[/b]
Tak. Mamy już jakieś doświadczenie, jak rządy PiS może wyglądać. Widzimy też, jaką stosuje ta partia taktykę. Mamy pretensje, że Erika Steinbach miesza rolę sprawcy i ofiary – a przecież podobnie postępuje prezes Kaczyński.
[b]Twierdzi pan, że Kaczyński zachowuje się jak Steinbach?[/b]
Różnica między tymi dwiema postaciami jest oczywiście duża. Chodzi mi jedynie o sam mechanizm usytuowania się na scenie politycznej. Odwoływanie się do poczucia krzywdy, do bycia ofiarą. Kaczyński, choć także – w mniejszym stopniu – Tusk, wprowadza pewien element niepokoju i siania zamętu. Pamiętajmy, że decydujące dla zamachowca z Łodzi było to, co mówił Jarosław Kaczyński.
[b]Tusk nie powinien uderzyć się w piersi za słowa Niesiołowskiego, Sikorskiego, Palikota?[/b]
Ale po co? To utopia. Wybrał taktykę, która jest może mało skuteczna, ale racjonalna. Inaczej za kilka dni mielibyśmy wojnę domową. Współzależność polityczną między dwiema najsilniejszymi w Polsce partiami szalenie trudno będzie zmienić. Jedyną drogą jest samograniczanie się. To musi być pewien proces. Ktoś go musi zacząć i konsekwentnie przeprowadzić. Nie zważając na potknięcia – choć być może w ogóle poniesie porażkę.
[i]Wojciech Łukowski jest profesorem socjologii, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim [/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA