Teatr

Kraków: Makbet i Redbad Klijnstra w Teatrze im. Słowackiego

Reżyser Redbad Klijnstra kopiuje Warlikowskiego
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Krakowski „Makbet” jest wierny tekstowi Szekspira i bardzo chaotyczny.
Jedna z najkrótszych tragedii Szekspira wlecze się niczym brazylijski serial – przewidywalny, przeładowany szczegółami, nierówny aktorsko.
Mimo że uważany w Krakowie za dość konserwatywny, Teatr im. Słowackiego idzie tym razem z duchem czasu. „Tragedia Makbeta” zrealizowana jest współczesnym językiem. Kamery, mikrofony, filmy i wielki ekran mnożą plany opowieści, ale nie pogłębiają jej znaczeń. Sama inscenizacja nie wychodzi poza konwencjonalne odczytanie tekstu. Na pierwszy plan wybija się dramat władzy, a przede wszystkim problem konsekwencji związanych z władzą moralnych wyborów. Ale tyle o Makbecie wie każdy uczeń.
W inscenizacji Redbada Klijnstry najbardziej uderza niebezpieczne uzależnienie od wizji innego reżysera – Krzysztofa Warlikowskiego. Klijnstra zagrał u niego wiele ważnych ról. Czy jednak musi składać swemu mistrzowi hołd na każdym kroku? Kiedy Warlikowski zestawia w „(A)polonii” antyczny dramat ze współczesnym reportażem o Holokauście, Klijnstra swojego Szekspira wspomaga wypowiedziami Marka Edelmana. Podobna jest technika montażu tekstów, podobne są skojarzenia: droga od literackiej klasyki po traumę zagłady. Warlikowski, realizując Szekspira, niejednokrotnie przebudowywał sensy sztuk. Nie byłoby problemu, gdyby Klijnstra poszedł tą drogą. Tu jednak zapożyczenia pojawiają się też na poziomie formy, przy budowaniu konkretnych scen czy postaci. A próba kopiowania takich zjawisk jak Renate Jett, jedna z ikon teatru Warlikowskiego, to coś więcej niż inspiracja, to po prostu brak wstydu. Rozczarowuje niewykorzystany potencjał aktorów. Oni są zwykle wielkim atutem tej sceny. Zaskakująco blady wydaje się wątek małżeństwa Makbetów. Trudno uwierzyć, że ta obca sobie para mogła inspirować się do zbrodni. A przecież zarówno Dominika Bednarczyk, jak i Radek Krzyżowski samodzielnie pokazują klasę w monologach, szczególnie w końcowych scenach dramatu. Spektakl przypomina więc niezbyt udaną XIX-wieczną operę, w której soliści cierpliwie wyczekują na swoje pięć minut. Przez większość czasu bezbarwni i nijacy rozwijają skrzydła na jedną, może dwie sceny. Trudno zachować obojętność wobec szaleństwa Malcolma w interpretacji Grzegorza Mielczarka czy nie ulec ponurej determinacji Tomasza Wysockiego w roli Macduffa. Ale całość roi się od mielizn, dłużyzn, emocjonalnych przestojów. Jest jeszcze kapiące od złoceń wnętrze Teatru im. Słowackiego. Jeżdżą więc ciągle stylowe kurtyny, łącznie z tą najsłynniejszą, namalowaną przez Siemiradzkiego. Bez końca trzaskają drzwi – wejścia i wyjścia celebrowane są hałaśliwie i z godnym lepszej sprawy zaangażowaniem. Gonitwę nietrafionych, dziwacznych pomysłów zamyka etnograficzna stylizacja części kostiumów, na ludową, krakowską nutę. Przez chwilę można było mieć wrażenie, że jesteśmy na kolejnej premierze „Wesela”.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL