fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Polski żeglarz i zgoda Putina

rp.pl, Justyna Prus prus Justyna Prus Justyna Prus
80-letni Henryk Widera już drugi rok mieszka na jachcie na petersburskim nabrzeżu. W walce z biurokracją rosyjską na razie przegrywa
Franz Kafka nie wymyśliłby takiej historii. Pan Henryk miał marzenie – w ostatni rejs popłynąć samotnie dookoła Europy. I prawie mu się udało – do pełni szczęścia pozostało tylko przepłynąć przez Rosję z południa na północ. Albo z północy na południe. Kierunek rejsu nie ma większego znaczenia, bo od dwóch lat największym problemem leciwego żeglarza jest mityczna bumażka. Czyli papierek, a konkretnie zezwolenie.
– Jeśli nie dostanę go w ciągu najbliższych dni, to skończy się sezon i będę musiał czekać kolejny rok – mówi pan Henryk, muzyk ze Szczecina, znany polski żeglarz. Nie traci ducha. Jego jacht „Gawot” przycumowany w jachtklubie na petersburskiej wyspie Wasilewskiej spokojnie buja się na lekkiej fali. Świeci słońce.
Pan Henryk ma 80 lat i brodę białą jak śnieg, ale porusza się ze zwinnością małego chłopczyka. – Niczym nie poczęstuję, bo kuchenka nawaliła. A z gazem nie ma żartów – mówi, wynurzając się z kambuza.
Tej historii nie da się opowiedzieć w krótkich słowach. Bo w detalach kryje się cały „urok” rosyjskiej biurokracji. A było tak. Dwa lata temu pan Henryk przybił do Rostowa nad Donem, by zacząć tam ostatni odcinek swojej wielkiej podróży. Jeszcze w 2006 roku wypłynął ze Szczecina i przez Biskaje, Atlantyk, Morze Śródziemne dotarł do Morza Czarnego.
– Wszystko szło świetnie, ale nagle napotkałem problem. Okazało się, że nie mogę wpłynąć na rosyjskie rzeki i kanały bez specjalnego zezwolenia podpisanego przez premiera Rosji! – opowiada żeglarz.
Wybierając między powrotem do kraju i bezterminowym oczekiwaniem na zezwolenie, zdecydował się na to drugie. – Umieścili mnie przy jakiejś rampie do przeładunku chemikaliów. Warunki były fatalne – opowiada.
W ramach protestu rozpoczął wówczas głodówkę. Do akcji wkroczyły media – polskie i rosyjskie – i konsulat w Moskwie, który pomógł żeglarzowi wysłać list do rosyjskich władz. Pan Henryk trafił do luksusowego jachtklubu, za który sam nigdy nie mógłby zapłacić.
– To była taka przystań dla bogaczy. Kiedyś zepsuła mi się kamera (swoje podróże żeglarz skrupulatnie filmuje – red.). Poszedłem do bosmana i poprosiłem, żeby pożyczył mi trochę pieniędzy. Ten zaprowadził mnie do sklepu ze sprzętem i mówi: „wybieraj, nie patrz na ceny” – wspomina Widera.
[srodtytul]Putin jest dobrym człowiekiem[/srodtytul]
Wówczas nie udało się wywalczyć nic oprócz poprawy warunków. „Gawot” wrócił po lądzie przez Ukrainę. – Wodowałem się w Kalwarii pod Krakowem i dopłynąłem do Szczecina. W sumie zaliczyli mi tę podróż jako okrążenie Europy, ale ja chciałem to zrobić porządnie – opowiada.
Wrócił do Rosji rok później, ale już do Petersburga. – Zezwolenie z podpisem Putina przyszło w sierpniu – żeglarz z dumą pokazuje pismo. – Czuję, że Putin to dobry człowiek. Nie wiem, jaki jest w polityce, bo się tym nie interesuję. Ale czuję, że on mi sprzyja – mówi żeglarz.
Okazało się jednak, że pismo premiera to za mało. Potrzebna jest jeszcze pękata sakiewka. Przepłynięcie przez rosyjskie wody wewnętrzne kosztuje kokosy, bo na pokład należy wziąć rosyjskiego pilota. Tylko za jeden z odcinków trasy Petersburg – Rostów specjalista inkasuje ok. 35 tys. złotych. Widera takich pieniędzy nie miał. Zanim udało mu się wyjaśnić, że jednak można odbyć podróż bez pilota, skończył się sezon. „Gawot” został w jachtklubie, a pan Henryk wrócił na zimę do Polski.
W kwietniu tego roku uzbrojony w nową wiedzę o rosyjskich przepisach Widera znowu pojawił się w Petersburgu. I znowu nie mógł wyruszyć – zeszłoroczne zezwolenie utraciło ważność, potrzebne jest nowe...
[srodtytul]Ja jestem uparty [/srodtytul]
– Siedzę tu już czwarty miesiąc i ciągle wierzę, że tym razem się uda – mówi żeglarz. Petersburskie media zajmujące się jego sprawą zwróciły uwagę na bezsensowność rosyjskich przepisów. Wymagana zgoda premiera to tylko wierzchołek góry lodowej. Zanim pismo do niego dotrze, przechodzi przez osiem różnych rosyjskich instytucji – począwszy od Federalnej Służby Bezpieczeństwa i MSZ, skończywszy na Komisji ds. Rybołówstwa – pisze petersburskie wydanie „Nowej Gaziety”.
– Jestem uparty – mówi Widera. Zależy mu na podróży przez Rosję. Przede wszystkim na jeziorze Ładoga, które w czasie II wojny światowej było główną trasą ewakuacyjną z oblężonego Leningradu. – To miejsce bohaterskie. Tylu ludzi tam zginęło, niosąc pomoc pod niemieckimi bombami – wzdycha.
Drugi punkt obowiązkowy to Sielce nad rzeką Oką, gdzie formowała się polska Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki (sformowana przy pomocy ZSRR w ramach armii Berlinga). – Oczywiście komunizm można różnie oceniać, ale ci ludzie byli patriotami – podkreśla Widera.
[srodtytul]Rubelki szybko znikają [/srodtytul]
Życie pana Henryka na niewielkim jachcie „Gawot” jest skromne – po opłaceniu miejsca w porcie z emerytury pana Henryka zostaje niewiele. Dlatego Widera – niegdyś koncertmistrz szczecińskiej opery – został ulicznym muzykantem. Codziennie albo prawie codziennie udaje się na jedną z ruchliwszych ulic wyspy Wasilewskiej, by przez kilka godzin wygrywać na skrzypkach. Jak mówi, głównie repertuar klasyczny. – Dziennie jestem w stanie zarobić do 700 rubli (ok. 70 zł), ale tutaj jest znacznie drożej niż w Polsce. Rubelki szybko znikają – żali się emeryt.
W czasie muzykowania oddaje się refleksjom o naturze ludzkiej. – Patrzę na młodych, jak niedbale rzucają pieniądze. Nie to co starsi. Ci pochylają się z szacunkiem, nawet jeśli mogą wrzucić tylko małą monetę. Ale ogólnie naród rosyjski oceniam jako bardzo muzykalny – mówi z uśmiechem.
Spotkał tu wielu dobrych ludzi. Zaprzyjaźniona rodzina zaprasza go czasem do siebie do domu, to u nich przechował w zimie cenniejsze rzeczy z jachtu. W barze w jachtklubie bywa rzadko, tylko wtedy, kiedy zaproszą go sąsiedzi z przystani.
[srodtytul]Bezcenny podpis lada dzień?[/srodtytul]
Pan Henryk zachowuje zimną krew, ale powoli zaczyna się niecierpliwić. – Może to polski konsulat coś zaniedbał? – głośno myśli i żali się, że „jego” pani konsul z Petersburga wyjechała na wakacje. Ale sprawa żeglarza, jak poinformowała nas polska placówka nad Newą, już dawno temu została przekazana do Moskwy.
– Jeszcze w lutym czy w marcu wysłaliśmy pismo do Ministerstwa Transportu i na bieżąco kontrolujemy przepływ dokumentów – mówi jeden z konsulów w rosyjskiej stolicy. Przyznaje, że procedura jest bardzo skomplikowana i wymaga przejścia przez wiele rosyjskich gabinetów. – Ale zezwolenie leży już w sekretariacie premiera i czeka na jego podpis. Obiecują, że będzie lada dzień – zapewnia nasz rozmówca.
[i]–Justyna Prus z Sankt Petersburga[/i]
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA