Społeczeństwo

Pogrzeb Józefa Turbasy, znanego krakowskiego krawca

- Śpiewał i gwizdał, kiedy pracował, bo to sprawiało mu przyjemność - wspomina Jerzy Turbasa, syn Józefa
visavis.pl, Łukasz Trzciński ŁT Łukasz Trzciński
Kraków żegna 89-letniego Józefa Turbasę, krawca, któremu niejeden VIP zawdzięcza wytworny wizerunek
– W krawiectwie najważniejsza jest głowa, nie zręczne ręce – mówi Jerzy Turbasa, syn mistrza, absolwent architektury, który teraz prowadzi słynny krakowski zakład. – Liczy się poczucie proporcji, szlachetność linii. Formę trzeba czuć.
A jego ojciec był artystą. Miał w sobie pasję. Żył krawiectwem. – Śpiewał i gwizdał, kiedy pracował, bo to sprawiało mu radość – wspomina syn. – Mówiłem do niego "mistrzu". Nie mogłem inaczej, choć proponował przejście na "ty" – wspomina Kazimierz Wyroba, także znany krakowski krawiec, który praktykę zaczął u Józefa Turbasy w 1951 roku. Miał wtedy zaledwie 14 lat.
– Pracowaliśmy po dziesięć – 12 godzin dziennie. Plecy bolały, ale dzięki temu już po trzech latach wiele się nauczyłem – podkreśla. I on pamięta, jak mistrz śpiewał w pracy. Przytacza ulubioną piosenkę Turbasy o Madagaskarze: "To kraina skwarna, gwarna (...) willę sobie tam zbuduję, tak na system swój. Po cóż ja się tak morduję? Można lekko żyć (...) Z białego tatki i czarnej matki będą dzieci w kratki". Bo w słynącym z dyscypliny zakładzie było miejsce na humor. W czasie II wojny Józef Turbasa był żołnierzem Armii Krajowej. Trafił za to do komunistycznego więzienia. – Tam spotkał najlepszego ówczesnego krojczego Krakowa. Mogli wymieniać doświadczenia i obu w tych strasznych czasach przyniosło to korzyść – mówi Kazimierz Wyroba. Nie ma wątpliwości, że wiele zawdzięcza mistrzowi. – Podstawa to zetknięcie się z dobrą jakością – twierdzi. Dzięki takiej szkole sam mógł potem ubierać amerykańskich i francuskich konsulów rezydujących w Krakowie czy szyć ubrania dla kardynała Franciszka Macharskiego. Czerpał z wiedzy zdobytej w Artystycznej Pracowni Krawieckiej J. Turbasa, która powstała 64 lata temu. A jej twórca, nazywany nawet pierwszym krawcem Rzeczypospolitej, ubierał muzyków, aktorów, reżyserów i polityków. Spod jego igły wyszły m.in. frak Krzysztofa Pendereckiego oraz smoking Lucjana Kydryńskiego, w którym ten czarował widzów w Opolu i Sopocie. – Na jednym z festiwali Kydryński odchylił połę, pokazał nazwę naszej firmy i powiedział ze sceny, kto go ubrał – opowiada Jerzy Turbasa. Dyrygowali we frakach z Krakowa Kazimierz Kord i Antoni Witt, a grał m.in. Piotr Paleczny. W pracowni Józefa Turbasy bywali Stanisław Lem i Czesław Miłosz. Tu ubrania zamawiali Aleksander Kwaśniewski i prezydent Krakowa Jacek Majchrowski. Szczególnym zamówieniem, wyjątkowo prestiżowym, był frak uszyty dla Andrzeja Wajdy, gdy ten zostawał członkiem francuskiej Akademii Sztuk Pięknych. To obowiązujący w tym gronie, zaprojektowany przez nadwornego malarza Napoleona, frak z haftami na wyłogach. – W czasie uroczystości Wajdzie przyglądał się Pierre Cardin, także członek Akademii. Reżyser czuł się nieswojo. Zrozumiał, o co chodzi, gdy po oficjalnej części słynny projektant podszedł do niego, by podziwiać frak i haft wykonany ręcznie – wspomina Turbasa. Nic dziwnego, że także Oscara Wajda odbierał w smokingu od Turbasy. Kostiumy z pracowni mistrza nosiły również Anna Polony czy Krystyna Zachwatowicz. Ile taka przyjemność kosztuje? Syn mistrza niechętnie rozmawia o pieniądzach, bo elegancja musi być w cenie. – Poniżej 3000 złotych nie można mówić o garniturze – twierdzi. Ubiór to forma grzeczności wobec innych. Musi być stosowny – wierzył mistrz i te zasady przekazywał swym uczniom. On sam zgłębiał tajniki zawodu u najlepszych przedwojennych krawców. – To były czasy, gdy sekrety trzeba było wydzierać. Najwięksi kroili np. za kotarą i nie chcieli się dzielić tajemnicami zawodu z adeptami sztuki krawieckiej – podkreśla Jerzy Turbasa. Jego ojciec w ostatnich latach bolał nad tym, że dbałość o elegancję przestała być istotna. – Biznesmeni i tysiące innych mężczyzn wbija się w wyrób garnituropodobny, nie dbając o dodatki, a często nawet o odpowiedni rozmiar – mówi syn mistrza. Jego zdaniem to rezultat przekonania, że liczy się tylko komfort. I choć słynna krakowska pracownia ma się dobrze, klienci, jacy czasem się w niej pojawiają, nie skłaniają do optymistycznych refleksji. – Mężczyźni nie decydują już o tym, co noszą. Kiedy teraz ktoś zamawia ślubny garnitur, do pracowni przyjeżdża cała rodzina albo przynajmniej przyszła żona. To ona mówi, co jej się podoba. Narzeczony tylko akceptuje wybór – opowiada Jerzy Turbasa. A w garniturach szytych przez Józefa Turbasę, który był arbitrem elegancji, czuło się niezwykłą atmosferę – potwierdzali klienci. – To prawdziwy artysta! Miarę bierze od trzech do pięciu razy. Tak naprawdę jednak nie o miarę chodzi, ale o spotkania i rozmowy dotyczące Krakowa, sztuki, mody i łowiectwa, bo obaj polujemy – mówił przed laty "Rzeczpospolitej" prof. Antoni Dziatkowiak, znany kardiochirurg. Mistrz jednak potrafił odmówić. Nie chciał na przykład uszyć przed laty strojów Skaldom. – Bigbit, jak się wówczas mówiło, i estrada nie szły, według niego, w parze z garniturem. Byłem nawet zły na ojca, bo tę grupę lubiłem – wspomina Jerzy Turbasa. Na krakowskim Rynku Głównym nie ma już w niedzielę, jak dawniej, rewii znakomitego ubioru. Ale firma Józefa Turbasy nadal próbuje ocalić, nie tylko pod Wawelem, enklawę elegancji. Bez jej założyciela będzie na pewno trudniej.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL