fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Katastrofa Smoleńska oczami Łukasza Warzechy

Łukasz Warzecha
Rzeczpospolita
Nie chciałbym być złym prorokiem, ale zaczynam się obawiać, że w ciągu ostatnich dni PiS skutecznie zmniejszył szanse na wyjaśnienie przyczyn tragedii pod Smoleńskiem - pisze publicysta
Jarosław Kaczyński na niedawnej konferencji prasowej powiedział, że w sprawie smoleńskiego śledztwa obowiązuje go moralny imperatyw. Nie ma w tym stwierdzeniu nic zaskakującego ani niezrozumiałego – sprawa dotyczy wielu ludzi bliskich prezesowi PiS, nie tylko jego brata. Jednak dochodzenie prawdy w sprawie smoleńskiej katastrofy znacznie przekracza miarę czyjegokolwiek osobistego cierpienia, straty, czyichkolwiek prywatnych emocji, choćby najbardziej uzasadnionych.
Śmierć pasażerów prezydenckiego tupolewa to był wstrząs na miarę największych wydarzeń naszej historii, porównywalny z takimi momentami jak 4 czerwca 1989 roku czy 11 listopada 1918 roku (warto zauważyć, że każda z tych dat, podobnie jak wydarzenia z 10 kwietnia tego roku, budziła lub budzi kontrowersje i nie jest lub nie była przez wszystkich chętnie akceptowana jako moment przełomowy).
Poznanie całej prawdy lub przynajmniej jak największej liczby faktów na temat przyczyn katastrofy, a także przebiegu śledztwa, nie jest prawem wyborców tej czy innej partii albo tej czy innej grupy polityków, ale nas wszystkich – obywateli republiki. W moim przekonaniu na dotarciu do prawdy powinno zależeć każdemu, kto czuje się obywatelem polskiego państwa.
[srodtytul]Zaniechania i zaniedbania[/srodtytul]
Jak dzisiaj przedstawia się sytuacja? Na jakim etapie jest odkrywanie prawdy? Po pierwsze – jest pewne i oczywiste, że śledztwo można było spróbować zorganizować inaczej, zarówno na podstawie umowy polsko-rosyjskiej z roku 1993, jak i na podstawie konwencji chicagowskiej. Oba dokumenty dawały Polsce możliwość uzyskania większego wpływu na dochodzenie. Polski rząd takiej próby w ogóle nie podjął.Po drugie – mit doskonałej współpracy ze stroną rosyjską rozwiewał się, w miarę jak docierały do nas kolejne wieści o brakujących dokumentach, braku zgody na przyjazd polskich archeologów, sprzecznych informacjach przekazywanych przez Rosjan, fatalnym traktowaniu rodzin ofiar. W tym kontekście zaniedbanie rządu w kwestii próby przejęcia większej kontroli nad śledztwem okazuje się jeszcze bardziej skandaliczne.
Po trzecie – smoleńskie śledztwo, czy nam się to podoba, czy nie, stało się w jakiejś mierze częścią politycznej układanki. Z podanych wyżej powodów oczywiste jest, że jednej stronie konfliktu bardziej zależy na dochodzeniu do prawdy, a druga jest tym raczej średnio zainteresowana, zwłaszcza że uczciwe przedstawienie przyczyn katastrofy mogłoby obarczyć ją polityczną odpowiedzialnością. Stąd brutalna, często po prostu chamska gra insynuacjami, w której rolę maestra gra Janusz Palikot, a rolę orkiestry – basujące Platformie media.
[srodtytul]Dlaczego PiS zawodzi[/srodtytul]
Poczucie, że jako obywatel ma się prawo poznać prawdę o katastrofie, nie musi, może nawet nie powinno mieć nic wspólnego z sympatiami politycznymi. Skoro jednak żyjemy w politycznej rzeczywistości, nie sposób abstrahować od układu sił. Jeśli w tym układzie stroną w naturalny sposób dążącą do prawdy jest raczej PiS niż PO, to warto zadać pytanie, jak Prawo i Sprawiedliwość się z tej roli wywiązuje i czy dobrze sprawdza się w roli sojusznika tych wszystkich, którzy prawdę chcą poznać. Odpowiedź musi brzmieć: PiS zawodzi. Prawo i Sprawiedliwość w ostatnich dniach zrobiło wiele, aby prawda o Smoleńsku utonęła w jazgocie wzajemnych agresywnych oskarżeń.
Owszem, gdyby analizować oddzielnie wszystkie stwierdzenia, jakie ostatnio padły ze strony polityków PiS, doszlibyśmy do wniosku, że wygłaszający mieli do nich zapewne prawo, choć niektóre rażą radykalizmem. Na sprawę trzeba jednak patrzeć prakseologicznie, przyjmując, że wartością nadrzędną jest wytropienie przyczyn katastrofy, a nie danie ujścia osobistym emocjom albo taktycznym manewrom, obliczonym na zwiększenie poparcia wśród tej czy innej części elektoratu. Z tego punktu widzenia przestaje być istotne, czy w poszczególnych wypowiedziach politycy PiS mieli rację, czy nie. Liczy się efekt końcowy. A ten jest fatalny.
Prawo i Sprawiedliwość ma w zasięgu ręki gigantyczny skład amunicji, i jest to amunicja porażająca. Gdyby zebrać razem informacje rozproszone po różnych mediach i dołożyć do tego dziesiątki doskonałych analiz, wykonanych przez znanych i godnych zaufania blogerów, można by już teraz zebrać nie jedną białą księgę, ale kilka jej tomów. Zastrzeżenia, nieścisłości, sprzeczności, błędy prokuratury, zadziwiające działania strony rosyjskiej oraz olbrzymie wątpliwości co do rzetelności prowadzonych przez nią działań – wszystko to daje się przedstawić językiem twardych faktów i zimnych konkretów.
Taki język jest najpotężniejszą bronią. Beznamiętnego wyliczenia wad śledztwa nie da się zmanipulować nawet w nieprzychylnych mediach. Zebranie wszystkich tych kwestii w jednym miejscu, choćby na specjalnym portalu, wydawałoby się oczywistością, podobnie jak nagłośnienie bardzo konkretnych skarg członków rodzin zabitych. Tego jednak PiS nie zrobił. Fakty mówią same za siebie, nie są im potrzebne emocjonalne dopalacze. Olbrzymie wrażenie robi sama ich liczba, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę, ile czasu minęło od 10 kwietnia.
[srodtytul]Buzujące emocje[/srodtytul]
Co dostajemy w zamian? Joachim Brudziński wzbudza skrajne emocje, mówiąc o ciele prezydenta złożonym w "ruskiej trumnie". Jarosław Kaczyński żąda od Platformy przeprosin za całokształt (to w "Rzeczpospolitej"), po czym snuje istotnie wstrząsającą opowieść o swojej wizycie w miejscu katastrofy (to w "Gazecie Polskiej"), pełną drastycznych szczegółów, ale poza emocjami niezawierającą właściwie żadnego istotnego dla sprawy konkretu. Na piątkowej konferencji prasowej wraca całkowicie do dawnej poetyki, mówiąc o "zupełnie niebywałych, obrzydliwych, odrażających moralnie" atakach na zmarłego prezydenta. Stwierdza w dodatku, że jeśli tych ataków ktoś nie łączy z katastrofą, to najwyraźniej "ma jakieś kłopoty z myśleniem".
Owszem, świętej pamięci Lech Kaczyński był atakowany czasem w sposób haniebny – niestety, także po śmierci. Być może mam kłopoty z myśleniem, jednak nie potrafię tych ataków połączyć z badaniem przyczyn katastrofy. Podobnie jak absurdalne wydaje mi się twierdzenie, że jedną z tych przyczyn był fakt, iż rząd PO nie kupił nowych samolotów dla VIP-ów. Czy zginęłoby 96 osób, gdyby nie leciały tupolewem, a nową maszyną – to sfera probabilistyki i to tej nierozstrzygalnej. Zagłębianie się w takie dywagacje ma podobny sens, jak rozważanie, czy katastrofa by nastąpiła, gdyby wylot nastąpił punktualnie – czyli żaden.
Brnięcie w taki dyskurs, gdzie emocje buzują, a przyczyny katastrofy sięgają rozejścia się dróg PO i PiS w 2005 roku, to droga donikąd. Mówiąc brutalnie – dla wyjaśnienia śmierci pasażerów prezydenckiej maszyny i oceny rzetelności śledztwa nie jest istotne, jakie przykre rzeczy mówił o prezydencie Kaczyńskim Donald Tusk w 2008 roku. Ważne jest, dlaczego piloci nie byli w stanie poderwać maszyny tuż przed zderzeniem z ziemią, choć wszystko wskazuje, że chcieli to zrobić; ważne jest, dlaczego Rosjanie zdecydowali się ściąć drzewa w pobliżu pasa startowego kilka tygodni po wypadku, choć ich ułożenie mogło mieć znaczenie dla wyjaśnienia przyczyn; ważne jest, dlaczego na protokołach identyfikacji zwłok nie ma podpisów polskich lekarzy – i tak dalej, i tak dalej.
[srodtytul]A co z przyczynami?[/srodtytul]
Być może PiS ma szczery zamiar zebrać te pytania i spróbować na nie odpowiedzieć w zapowiadanej białej księdze, ale szkody, jakie poczyniły ostatnie wypowiedzi polityków tej partii, są już pewnie nie do naprawienia. Wątpliwości budzi też to, że na czele sformowanego przez Prawo i Sprawiedliwość zespołu ds. katastrofy stanął Antoni Macierewicz. Wybór tego polityka świadczy o jednoznacznie konfrontacyjnej w tej kwestii postawie. Nie negując zalet Macierewicza, trzeba się liczyć z jego wizerunkiem. To nie jest osoba, która pozwoli przekonać wahających się i niezdecydowanych, że chodzi o rzetelne wyjaśnienie katastrofy, a nie o polityczną nawalankę. Tym samym plon pracy zespołu zostanie a priori odrzucony przez umiarkowaną publiczność jako część politycznej gry.
Czy szefem zespołu nie mógł zostać choćby europoseł PiS dr Paweł Kowal, człowiek o wizerunku osoby umiarkowanej i merytorycznej, doskonale znający rosyjski i orientujący się świetnie w polityce wschodniej, a w dodatku mający osobistą motywację – był przecież bliskim współpracownikiem i znajomym zmarłego prezydenta?
Nie chciałbym być złym prorokiem, ale zaczynam się obawiać, że w ciągu ostatnich dni PiS skutecznie zmniejszył szanse na wyjaśnienie przyczyn tragedii pod Smoleńskiem. Tych faktycznych, tkwiących w technicznych detalach, nieścisłościach w zeznaniach i szumach rejestratora lotu.
[ramka]Autor jest publicystą i komentatorem dziennika "Fakt"[/ramka]
[ramka][link=http://blog.rp.pl/blog/2010/07/20/lukasz-warzecha-prawda-o-smolensku-utonela-w-jazgocie/]Skomentuj ten tekst[/link][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA