fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Jak trafić do serc nowych wielkomiejskich

Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Kluczem do wyborczego sukcesu jest oferta dotycząca współczesności i najbliższej przyszłości. W tej dziedzinie jednak PiS jest o wiele słabsze od Platformy – pisze publicystka
Jeśli Jarosław Kaczyński chciałby jeszcze ze swą partią wygrywać wybory, musi znaleźć klucz do dusz mieszkańców Miasteczka Wilanów i dziesiątek tysięcy innych wielkomiejskich osiedli wyrosłych w ostatnich kilku latach. To oni bowiem w znacznym stopniu przesądzają dziś o wyniku wyborów – tak jak jeszcze kilka lat temu o wyborach decydowali ich rodzice i dziadkowie z małych miast i wsi. Polska się przemeblowała i bez wyciągnięcia wniosków z tego zjawiska nie ma mowy o sukcesie.
[srodtytul]Aresztanci na szczycie[/srodtytul]
Analizowanie wyników wyborów przynosi wnioski zaskakujące. W mediach słyszeliśmy o okręgach wyborczych, w których kandydaci zdobyli najwięcej głosów i w tym rankingu – jak wiadomo – zwyciężyło warszawskie osiedle Miasteczko Wilanów, gdzie Bronisława Komorowskiego w dwóch komisjach zlokalizowanych przy Świątyni Opatrzności Bożej poparło ponad 80 proc. mieszkańców. Był to bodaj najlepszy lub jeden z najlepszych wyników w Polsce. O mieszkańcach miasteczka stało się głośno, a „Gazeta Wyborcza” poświęciła osiedlu reportaż.
Okazuje się jednak, że można by się pokusić także o reportaż z całkiem innego miejsca, które w Warszawie miało wynik jeszcze lepszy i które być może dzierży palmę pierwszeństwa w skali kraju. W komisji wyborczej w areszcie śledczym na Ursynowie Bronisław Komorowski zdobył nieco ponad 93 proc. głosów, gdy Jarosław Kaczyński niespełna 7 proc. Oto wyzwanie dla socjologów i publicystów – skąd ta jednomyślność aresztantów?
Być może sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego powinien się pochylić nad tym zjawiskiem i zastanowić, jaki błąd popełnił, nie docierając do tej akurat grupy (wcale nie takiej małej) wyborców. Wydaje się jednak, że głowienie się nad tym problemem niewiele zmieni, bo bywalcy aresztów i więzień raczej nie dadzą się przekonać PiS – z powodów czysto programowych.
Ale nie oznacza to, że nie można by znaleźć drogi do innego bastionu PO, jakim są nowi wielkomiejscy.
[srodtytul]Adrenalina zdobywców[/srodtytul]
W Warszawie najwięcej ich w nowych osiedlach – na Ursynowie, w Wilanowie, Białołęce. Tak zapewne jest także w innych dużych miastach – mieszkańcy Krakowa, Gdańska, Wrocławia bez wielkiego namysłu wskażą pewnie dzielnice, w których bum mieszkaniowy był największy i gdzie parkuje najwięcej drogich aut. Dokładnie w tych miejscach poparcie dla Bronisława Komorowskiego sięga powyżej 70 proc.
Używam na potrzeby tego tekstu pojęcia „nowi wielkomiejscy”, choć chciałoby się napisać po prostu „nowobogaccy”. Jednak ponieważ nie sposób zdjąć z tego słowa konotacji negatywnej, zatem niech będą „nowi wielkomiejscy”.
Zapewne większość z nich przyjechała do wielkich miast w ciągu ostatniej dekady. Jak duża jest skala tego zjawiska, każdy może sprawdzić sam, bez pomocy demografów, w święta. Miasto pustoszeje, na ulicach nie ma korków, w sklepach luźniej i w całym mieście – jakby mniej agresywnie. Adrenalina zdobywców nie unosi się nad chodnikami i dachami. Wiadomo – „wyjechali do domu”, jak można usłyszeć od pierwszego z brzegu taksówkarza. Tylko że w tym „wyjechali do domu” czai się wyższość pewnie raptem jednego pokolenia więcej w wielkim mieście.
Można tych nowych mieszkańców wielkich miast określać dumnym: „nowa klasa średnia”, ale dobrze wiemy, że świeżość awansu sprawia, iż za pieniędzmi i niezłą pozycją w korporacjach często nie idzie to, co w klasycznej klasie średniej nowoczesnego państwa jest równie znaczące: tradycja, znajomość kultury i aktywny w niej udział, wreszcie postawa sprowadzająca się nie do egoistycznego zdobywania, ale także nastawiona na budowanie dobra wspólnego.
W naszych warunkach ci nowi wielkomiejscy dostali od PO i popierających ich środowisk glejt na ową postawę obywatelską – brzmiał on: „idź na wybory i zagłosuj na Platformę”. Do tego sprowadzała się przecież m.in. akcja kilku organizacji pozarządowych, które zorganizowały zarówno w tym roku, jak i przy okazji poprzednich wyborów akcje teoretycznie mające podnosić frekwencję i „kształtować postawy obywatelskie”, a faktycznie będącą ukrytą agitacją za PO.
W 2007 roku hasło kampanii brzmiało: „Zmień kraj, idź na wybory”, a w tym: „Gdziekolwiek będziesz, zagłosuj”. W 2007 roku zmienić kraj oznaczało odsunąć PiS od władzy, w tym roku chodziło o zintegrowanie tych samych wyborców, by mimo lata nie zapomnieli, na czym polega „postawa obywatelska”. Towarzyszyły temu pełne troski wypowiedzi sztabowców PO o obawach w związku z urlopami wyborców.
Tak jak w 2007 roku, tak i teraz PiS wydawało się wobec tej narracji zupełnie bezradne. Co więcej, sprawiało wrażenie, że tych nowych wielkomiejskich oddaje Platformie walkowerem.
[srodtytul]Warszawianie w taksówkach[/srodtytul]
Nie lubię, gdy o tych przybyszach mówi się z wyższością lub lekką pogardą. Nie podoba mi się, jak Rafał Ziemkiewicz (z którym na ogół się zgadzam) pisze o tych ludziach, że „zdobywali wykształcenie metodą „wytnij – wklej”, co ma być aluzją do cwaniactwa wytrenowanego na kiepskich uczelniach produkujących współczesnych ćwierćinteligentów. Doceniam raczej to, że potrafili z małych miasteczek czy wsi, gdzie nie było miejsca na przyzwoitą karierę ani na pracę, która dałaby dobre mieszkanie, samochód i wakacje za granicą, wyrwać się i pojechać w świat. I ten świat zdobywać.
Ci ludzie wykorzystują to, co im dano – takie uczelnie, jakie mamy, takie ścieżki awansu, na jakie pozwalają im korporacje. Są ambitni i pełni samozaparcia – powrót do Przasnysza czy Bystrzycy byłby niewyobrażalną karą, więc muszą osiągnąć sukces. Mają siłę i wiarę w „chcieć, to móc” większą od niejednego rodowitego warszawianina czy gdańszczanina. I często doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Znajomy opowiadał mi niedawno, że na jednym ze spotkań, jakie cyklicznie organizują w Warszawie ludzie przybyli z różnych miast (są ziomkostwa pomorskie, poznańskie, krakowskie), ktoś zauważył, iż właściwie wszyscy w Warszawie są spoza Warszawy. Padło na to pytanie: „No, dobrze, a gdzie właściwie są ci rodowici warszawianie?”. „Wożą nas taksówkami” – padła tubalna odpowiedź.
[srodtytul]Historia nie wystarczy[/srodtytul]
To nie jest prawda, że nad tymi ludźmi niepodzielnie króluje Platforma Obywatelska, a wyczyny Janusza Palikota czy Stefana Niesiołowskiego budzą ich bezmyślny zachwyt. Gdyby tak było „od zawsze”, Lech Kaczyński nie wygrałby w 2002 roku wyborów prezydenckich w Warszawie, a potem w 2005 roku wyborów prezydenckich.
Wprawdzie od tego czasu grupa nowych wielkomiejskich zapewne urosła, a Platforma umocniła w niej swoją pozycję, ale nie znaczy to, że nie można do tych ludzi w żaden sposób trafić. Udowodniło to na swój świetny sposób Muzeum Powstania Warszawskiego. Jego twórcy potrafili skonstruować ofertę tak, że była atrakcyjna dla każdego, kto chciał się poczuć warszawianinem lub szukał oparcia dla budowania własnej tożsamości. Organizowaniem koncertów, gier ulicznych, wernisaży nastawionych między innymi właśnie na tych nowych wielkomiejskich Muzeum Powstania buduje wspólnotę warszawian, w której jest miejsce i na tradycję, i na historię, ale także na nowoczesny przekaz dla „japiszonów”.
Jednak bitwa o pamięć historyczną nie ma już tak wielkiego znaczenia politycznego, jak jeszcze kilka lat temu. Dziś do tradycji akowskiej czy solidarnościowej przyznają się niemal wszyscy, a wspierających kombatantów o pięknych bohaterskich kartach miał w sztabie zarówno Bronisław Komorowski, jak i Jarosław Kaczyński. Kluczem zatem jest współczesność i najbliższa przyszłość. W tej perspektywie PiS ma słabszą ofertę dla nowych wielkomiejskich niż PO.
Widać to było choćby po aktywności PiS w Internecie. To właśnie wielkomiejscy są głównymi odbiorcami treści z Internetu. Okna Miasteczka Wilanów mienią się nie ekranami telewizorów, ale laptopów. Tymczasem PiS wprawdzie prowadziło w sieci kampanię zauważalną, ale tylko poprawną, bez spektakularnych akcji, atrakcyjnych spotów, zaawansowanego e-mailingu czy akcji na portalach społecznościowych. Strona partii i kandydata na prezydenta były, owszem, poprawne, ale tylko poprawne, i słabsze niż konkurentów.
Miarą tego, jak nie doceniono siły sieci, był fakt, że Jarosław Kaczyński nie ma nawet praw do domeny jarosławkaczynski.pl. Ktoś ją zarejestrował wcześniej niż partia i sprzedał za grube pieniądze na Allegro. Sztab PiS, jeśli ma wyciągać wnioski z ostatniej kampanii, to powinien przeanalizować ten problem jako jeden z poważniejszych błędów.
[srodtytul]Uciec z zaścianka? [/srodtytul]
Ale nie tylko w sposobach komunikacji Prawo i Sprawiedliwość musi poszukać drogi do wielkomiejskich wyborców. Także deklaracje programowe partii muszą być nastawione nie tylko na tradycyjny elektorat PiS, który jest zbyt mały, by wygrywać wybory, ale też na tych, którzy na przykład komercjalizacji służby zdrowia się nie boją. Ba, wiedzą doskonale, że obecny stan rzeczy (gdy nie obowiązują zasady gospodarki rynkowej) jest koszmarem, od którego uciekają do prywatnych klinik i przychodni. Tym ludziom PiS nie miało nic do powiedzenia prócz gromkiego „nie” w reakcji na zapowiadane przez PO zmiany.
Powyborcze zaostrzenie retoryki też z pewnością nowych wielkomiejskich nie ujmie. Jarosław Kaczyński nie trafi do ich serc, wyłącznie żądając wyjaśnienia tragedii smoleńskiej. Oczywiście, szef PiS ma pełne prawo domagać się, by śledztwo było prowadzone sprawniej i by zostały wyjaśnione wszystkie okoliczności katastrofy, ale jeśli myśli o wygraniu kolejnych wyborów, musi przygotować ofertę dla mieszkańców Miasteczka Wilanów. Tylko czy PiS w ogóle tego chce?
[i]Autorka jest dziennikarką telewizyjną i prasową. Była związana m.in. z „Życiem”, „Ozonem”, „Dziennikiem”. W latach 2006 – 2009 była publicystką „Rzeczpospolitej”.
Pracowała w TV Puls oraz w TVP 1 i TVP Info, gdzie prowadziła program „Forum”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA