Plus Minus

Twórczość Janusza Zaldla

Janusz Zajdel i Phillip K. Dick, rysunek z okładki kwartalnika „Czas Fantastyki” wydanego w 70. rocznicę urodzin pisarza
Fotorzepa
25 lat temu zmarł Janusz Zajdel, pisarz kojarzony z fantastyką socjologiczną. Spod jego pióra wyszły aktualne do dziś wizje społeczeństw totalitarnych i uwikłanej w sprzeczności władzy, która je dławi
Janusz Zajdel z wykształcenia był fizykiem jądrowym, pracował w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej. Uczestniczył w likwidacjach skażeń materiałami promieniotwórczymi; podczas jednej z takich akcji nie dopilnowano przepisów bhp i Zajdel łyknął ponadnormatywną dawkę.
Trudno dziś domniemywać, w jakiej mierze incydent ten wpłynął na przedwczesny zgon pisarza w kwiecie wieku (miał 47 lat) – oficjalną przyczyną był rak płuc. Na pewno miały na to wpływ wielkie ilości podłych papierosów oraz stresogenna praca. Znany z niechęci do komunizmu, pomijany w awansach na rzecz miernot popieranych przez PZPR, w końcu otwarcie wystąpił przeciw przodującemu ustrojowi. Stało się to w 1980 roku, kiedy Zajdel został przewodniczącym zakładowej komórki „Solidarności”. Wierzył, że Polska wyszła wreszcie na prostą i że odtąd Polacy sami będą decydować o własnych sprawach. Niestety, wiary tej nie widać w jego ostatnich powieściach, po części dlatego, że zostały napisane lub zaplanowane przed 1980 rokiem, a po części wskutek przeświadczenia, że zło, wynaturzenia społeczne są najwdzięczniejszym tworzywem dla pisarza.
[srodtytul]Prawda za kordonem[/srodtytul] Ojcem i czołowym przedstawicielem fantastyki socjologicznej obwołano Zajdla już po śmierci, kiedy krytycy rozpoznali główną tendencję jego twórczości. Pamiętajmy, że większość jego ważnych powieści ukazała się po stanie wojennym, w okresie wzmożonej czujności ideologicznej, kiedy nie o wszystkim wolno było debatować otwarcie. To, że dzieła o takiej wymowie ukazywały się w tym czasie jakby nigdy nic, wynikało z inercji systemu: wcześniejsze dopuszczenie do publikacji przez cenzurę obowiązywało mimo rygorów Jaruzelskiego. Możliwe też, że skorodowany system nie tropił już odszczepieńców tak sprawnie jak dawniej. Sam Zajdel miał na ten temat inne zdanie: – Trzeba pisać prawdę w formie zawoalowanej, żeby się przebić przez pancerz chroniący wizję świata prawdziwą. Prawdę stroi się w kostium i dopiero taką wypuszcza między ludzi. Jest to charakterystyczne dla społeczeństw, gdzie liczy się nie znaczenie słów, lecz ich brzmienie, gdzie podaje się do wierzenia wyimaginowany obraz rzeczywistości. Ta sama prawda, ale inaczej wyrażona, przejdzie przez pewne kordony, które się stawia – mówił w wywiadzie w 1980 roku. Jako kostium do kamuflowania prawdy narzucała się Zajdlowi konwencja science fiction, którą praktykował już wcześniej. Zaczynał od skromnych opowiadań o zdobywaniu kosmosu i epokowych wynalazkach, które odmienią oblicze cywilizacji. Zawierały obowiązkową wtedy dozę optymizmu, wiary w postęp techniczny i nieograniczone możliwości rozumu ludzkiego, który z dowolnym zagadnieniem się upora. Socjologii, dowolnie rozumianej, było w nich tyle co nic; odkrycia lub wynalazku dokonywał samotny profesor, zwykle szalony, demonstrujący je przygodnemu obserwatorowi. Od tego momentu odkrycie szło między ludzi i zaczynał się jego drugi żywot; wcześniej nie było mowy o jakimkolwiek społeczeństwie, nawet w tle. Skąd ubogi naukowiec brał pieniądze na badania, na aparaty, na energię elektryczną – autorzy nie dociekali, przywołując społeczeństwo dopiero wtedy, gdy było niezbędne do zademonstrowania skutków nowej techniki, przeważnie opłakanych. W przypadku Zajdla ten paradygmat załamał się właśnie około roku 1980. Jeszcze w powieści „Cylinder van Troffa” występuje tak wyeksploatowany w SF rekwizyt, jak kapsuła czasu, w której ukochana kosmonauty miała czekać na jego powrót z gwiazd. Ale zarazem powracająca załoga styka się z dwoma modelami społeczeństw „wykolejonych”: na Ziemi i na Księżycu. W obu coś tęgo szwankuje, tworzą je osobnicy zastraszeni bądź zdemoralizowani. Na Ziemi, która jest jednym wielkim rumowiskiem, trzon społeczności to zdziczali menele; nieliczni naukowcy nazywani są pogardliwie docentami. Zajdel stosował niekiedy specyficzny dla siebie typ humoru: chcąc dostać się do siedziby docentów, trzeba było na poczekaniu podać rozwiązanie prostej całki, inaczej mechanizm odmawiał wpuszczenia. „Cylinder van Troffa”, powieść z pogranicza konwencji starej i nowej, stanowił przełom jeszcze z jednego powodu. Z pewnych szczegółów zrujnowanego miasta, na którego ruinach narastały kolejne warstwy, można było wnosić, że jest to Warszawa. Wcześniej autorzy tego typu prozy unikali precyzowania rodzimych szczegółów, być może dla uniknięcia ingerencji cenzury: a dlaczego ta Warszawa jest zrujnowana, a kto ją zrujnował, co mieliście na myśli, pisząc o tych ruinach? [srodtytul] Ziemia pod okupacją[/srodtytul] Oczywiście Zajdel fantastyki socjologicznej nie wynalazł, przed nim stosował ją pod sam koniec XIX wieku Wells, choćby w „Wojnie światów”, czy nasz Lem, o którym powiada się, że w literaturze umie wszystko i próbował wszystkiego. Jednak to Zajdel zrobił z niej spécialité de la maison i doposażył w takie elementy alegoryczne, że hasło „socjologiczna SF” zaczęto stosować zamiennie z określeniem „polityczna”. W 1982 roku ukazała się najlepsza bodaj powieść Zajdla „Limes inferior” (czyli „dolna granica” – w sensie matematycznym). Ziemia jest tu pod władzą kosmitów, w których imieniu mandat sprawują ludzcy namiestnicy. Jednakże ta wiedza jest przed społeczeństwem ukrywana; bohater stopniowo dochodzi do niej, analizując różne szczegóły, i kiedy rozumie doskonale dylematy władzy, zostaje powołany do elity, by dzielić z nią kłopoty. Na rangę powieści, bardzo wysoko ocenionej przez nieskorego do pochwał Lema, pracowały pomysłowa scenografia oraz rekwizyty stanowiące aluzje do systemu „socjalistycznego”: żółte, zielone i czerwone punkty, którymi „wypłacano” zatrudnionych, kłopoty z wymianą jednych na drugie (jak złotówek na dolary), oszukiwanie elektronicznych weryfikatorów ludzkich kwalifikacji przez lifterów i downerów, ci wszyscy zdziercy (od zdzierania skóry z ręki, aby pobrać pieniądze ofiary) jako elementy przestępczego półświatka itp. Największym wynalazkiem Zajdla był jednak Klucz: połączenie klucza do drzwi, samochodu, karty płatniczej, identyfikatora, ubezpieczenia itp. Osobnik bez Klucza był właściwie wyrzutkiem społeczeństwa, zmuszony egzystować na marginesie. Państwo dbało, by każdy miał na Kluczu trochę punktów, aby można go tropić, idąc po śladach jego transakcji; inwigilacja przybrała więc formę ekonomiczną. Pomysł Klucza, który dziś wydaje się oczywisty, wtedy był prekursorski. Drugim smaczkiem okazał się bohater Sneer, nazwany tak na cześć Adama Wiśniewskiego-Snerga, kolegi Zajdla po piórze. Snerg, fizyk bez matury, utrzymywał się z korepetycji na poziomie wyższym i na pierwowzór sprytnego, inteligentnego liftera nadawał się znakomicie. Zajdel pisał zrywami i dlatego jego powieści ukazywały się stadami. W 1983 roku wyszło „Wyjście z cienia”, powieść traktująca znów o Ziemi pod okupacją. Zarówno Obcy, jak i fakt, że niewolą ludzkość, to kwestie tabu; aluzje do ich jajowatych pojazdów uważane są za groźne wykroczenie przeciw porządkowi społecznemu i ścigane z całą surowością (przełożenie na stosunki polsko-sowieckie jest tu ewidentne). W końcu wśród najeźdźców górę bierze frakcja gołębi”i droga do wolności stoi otworem. I cóż się okazuje? Na czele wolnych obszarów, zwanych kwadratami, stają dawni sługusi Obcych, to oni przejmują władzę i rządzą niepomni kompromitującej ich przeszłości. Rozejrzyjmy się dookoła, a zrozumiemy, jak prorocza była to książka. W tymże 1983 roku wyszła jeszcze „Cała prawda o planecie Ksi”, bodaj najbardziej drapieżna z serii pięciu powieści zamykających dorobek artystyczny Zajdla. Statek wiozący zamrożonych kolonistów został przejęty przez terrorystów i oto zamiast sielskiej kolonii na obcej planecie mamy morderczą dyktaturę. Bohater z początku zamierza z nią walczyć, potem oswaja się z nią, jego zapał eroduje, mija i w końcu on sam staje się poplecznikiem despotów. Autor planował drugą część z wyprawą interwencyjną i wyjaśnieniem, że nici spisku sięgają na Ziemię – lecz napisać jej już nie zdążył. [srodtytul]Oszukać system poezją[/srodtytul] Ostatnią z wypraw Janusza Zajdla między społeczeństwa zdeformowane jest „Paradyzja” (1984), studium społecznej paranoi lub tęsknoty do normalności, jak kto woli. Mieszkańcy tytułowego obiektu utrzymywani są w przekonaniu, że żyją na stacji orbitalnej krążącej wokół planety Tartar. Ten raj obiegający piekło okazuje się jednak nie do życia dla normalnych ludzi: wskutek rzekomego zagrożenia ze strony Ziemi muszą oni przestrzegać mnóstwa ograniczeń. Strach przed terrorystami z Ziemi usprawiedliwia masową inwigilację społeczeństwa, a że nie można postawić kontrolera przy każdym mieszkańcu, rolę tę przejęły komputery. Analizują rozmowy z podsłuchu i obrazy z kamer. Ludzie nauczyli się je oszukiwać, posługując się językiem poezji, z definicji wieloznacznym i pełnym metafor. W wystawionym w Teatrze Telewizji z 1984 roku spektaklu „Paradyzja” aktorzy chodzą do tyłu, co ma dodatkowo zmylić elektronicznych strażników. Oczywiście żadnej stacji nie ma, hermetyczne budowle umieszczono na powierzchni Tartaru, a ruch orbitalny jest pozorowany w celu utrzymania kontroli nad podwładnymi. „Paradyzja” poszła bodaj najdalej w zaostrzeniu warunków, w których Zajdel testuje tamtejszą społeczność. Fałszowane odgórnie są nie tylko rzeczywistość czy historia – w końcu żadne novum – ale i prawa fizyczne. Realia fizyczne obiektu obracającego się można odróżnić od spoczywającego na planecie, zakazane są więc wahadła, publicznym czasomierzom zaś nie można ufać. Poeci opiewają rzecz tak egzotyczną jak siła Coriolisa, która powinna występować na stacji orbitalnej; w ten sposób toczą walkę z niezwyciężonym absurdem, którego kresu nie widać. Poezja stała się ostatnią życiową fascynacją Zajdla. Wiedząc o smutnym końcu, jaki go czeka, debatował w wierszach nad przeznaczeniem, sensem ludzkiego żywota, nad tym, jak pogodzić się z jawną niesprawiedliwością wyroku, który odwoływał go z tego padołu. Ale i wcześniej używał wiersza do wyrażenia swych emocji, czego dowodem przejmująca „Modlitwa Pańska 1981” napisana w dzień wprowadzenia stanu wojennego. Znamy konspekty następnych powieści Zajdla. Dwa z nich – „Enklawa” i „Macki” – wprowadzają znowu na scenę Obcych. W „Enklawie” testują oni na dwóch planetach dwa modele systemów totalitarnych. W jednym przypadku posłuch zapewnia się siłą, w drugim zaś stwarza ułudę praworządności i kompetencji władzy. W „Mackach” dwie cywilizacje Obcych zwalczają się i ludzie muszą się opowiedzieć po jednej ze stron. Wybór pomiędzy racją moralną a kasą okazuje się jak zwykle trudny. W „Residuum” wrócić miała kwestia, czy możliwe jest społeczeństwo praworządne i demokratyczne. Władcy Ziemi, którzy wprowadzili wcześniej na całej planecie zamordyzm, chcą dowieść, że to utopia; w tym celu izolują mieszkańców pewnej wyspy i wmawiają im, że reszta planety zginęła. Najmniej ciekawie z tego zestawu zapowiadało się „Kuszenie licha” będące na pierwszy rzut oka kolejną historyjką dla młodzieży w typie „ET”. Pamiętać jednak należy, że Zajdel nigdy nie pisał dokładnie tego, co zapowiadał, konspekty służyły mu tylko do kuszenia wydawców. [srodtytul]Powieści na złe czasy[/srodtytul] Widać więc, że Zajdel po wybraniu fantastyki socjologicznej skoncentrował się na budowaniu modeli społeczeństw nękanych przez przeróżne dopusty. Z reguły są to społeczeństwa zamknięte, także w sensie dosłownym. Co jest silniejsze: mechanizmy zniewolenia, podatność społeczeństwa na uleganie im czy zdolność obywateli do oszukiwania systemu, tak aby dało się w nim jako tako żyć? Niekiedy (w „Całej prawdzie o planecie Ksi”) badano możliwości wewnętrznego zreformowania systemu, odstąpienia przez władzę od absurdalnych dogmatów. Przez cały czas obracamy się w kontekście niesuwerennej Polski, uwikłanej w grę z Sowietami z jednej i Zachodem z drugiej strony. We wszystkich tych historiach Zajdel eksponował mocno wątek ekonomiczny. Tyrani nie duszą swych podwładnych gorsetem zakazów tylko dlatego, że im to lube, ale dla konkretnych korzyści materialnych. Nawet wyjątkowo pokojowo nastawieni Obcy z „Wyjścia z cienia” skwapliwie pobierali z Ziemi daniny w miodzie i innych produktach. Bywa, że podły system społeczny, nie napotykając oporu, ewoluuje w przedsionek piekła albo i w samo piekło; opisując jego różne odmiany Zajdel zawsze zostawia łut nadziei, że człowiek wszystko przetrwa i wszystko przemoże. Kontynuując linię tematyczną wyznaczoną przez takie dzieła, jak „My” Zamiatina, „Nowy wspaniały świat” Huxleya czy „1984” Orwella, Zajdel odświeżył ją i uwspółcześnił, aczkolwiek trudno tu pozbyć się wrażenia, że mechanizmy zniewolenia są odwieczne i uniwersalne. Co z twórczości Zajdla pozostało aktualne, gdy niespodziewanym zrządzeniem losu zostaliśmy obdarowani wolnością? Skoro system, do którego odnosiły się aluzje tej prozy, wykopyrtnął się (ale czy całkiem?), to czy nie stała się ona martwa, mająca znaczenie wyłącznie historyczne? Otóż nie. Zajdel zawsze mawiał, że oprócz ładunku spraw doraźnych, problemów, które pisarz chce załatwić, na pierwszym planie musi się znaleźć dobrze opowiedziana fabuła, dla której nie szkoda uwagi w każdym czasie. I tak swe powieści konstruował. Po drugie: Polska wprawdzie odzyskała suwerenność, lecz państw czy narodów ujarzmionych w taki czy inny sposób mamy w dalszym ciągu na kopy. I po trzecie: kto da gwarancję, że złe czasy nie wrócą – a wtedy zmagania Zajdla z modelami chromych społeczeństw będą jak znalazł? Oby nie. Autor jest pisarzem fantastyki, publicystą, opublikował m.in. powieści „Senni zwycięzcy” i „Dzień drogi do Meorii"
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL