fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Motywacja pracowników na ekstremalnych warsztatach

Agnieszka Sawicka, trenerka z firmy MS TEAM przygotowuje się do skoku ze spadochronem z instruktorem w ramach szkoleń „Spotkanie z Przeznaczeniem”
Archiwum MS team
Anita Błaszczak
Pracownik ma być pełen zapału i wiary, że niemożliwe jest możliwe. Po to firmy organizują ekstremalne warsztaty. Tam ludzie skaczą ze spadochronem, spacerują po rozżarzonych węglach czy po tłuczonym szkle
– Zmieniam wystraszone koty w tygrysy – mówi Grzegorz Rogala, szef warszawskiej firmy Concordia, oferującej szkolenia motywacyjne z chodzeniem po ogniu włącznie. – Spacer po rozżarzonych węglach to naprawdę silne przeżycie. Inaczej potem wyglądają zadania nie do wykonania – dodaje. Przyznaje, że przechadzka może być niebezpieczna. Nieprawda, że jak raz się udało, to będzie tak zawsze.
Przekonała się o tym Ewa Pawlak, dyrektor marketingu z Centrum Kredytowego Multispektrum w Warszawie. Na kursie Rogali przeszła po ogniu. Jednak potem na szkoleniu zorganizowanym przez inną firmę w Austrii poparzyła sobie stopy. – Nie przyszło mi do głowy, że coś takiego może się zdarzyć. Austriacki trener nie zadbał o nas pod względem psychicznym i źle przygotował trasę. Ludzie się poparzyli, był ból i żal – wspomina. Twierdzi jednak, że przejście po węglach rozżarzonych do kilkuset stopni daje niesamowitą moc. – To mi pomogło podjąć ważne życiowe decyzje, na które wcześniej bym się nie zdobyła – mówi.
Nic dziwnego, że firmy chętnie sięgają po ekstremalne warsztaty, które dają natychmiastowy efekt. Gdy do zrealizowania są wyśrubowane plany sprzedaży, a konkurencja staje się coraz ostrzejsza, trzeba tak poruszyć ludzi, tak ich emocjonalnie napompować, aby potem traktowali 10-procentowy wzrost sprzedaży napoju czy ubezpieczeń, jak swą życiową misję. – Nie dasz rady? Jak to nie dasz! – przeszedłeś przecież po tych węglach i rozbitych butelkach, choć mówiłeś, że to niemożliwe!
[srodtytul]Motywacja w pigułce[/srodtytul]
W wyszukiwarkach internetowych można znaleźć dziesiątki firm, które mają w ofercie spacery po rozżarzonych węglach, zwane czasem z angielska firewalking. Tomasz Barłożek, szef częstochowskiej spółki Perun: – Pracownia motywacji, ma w ofercie jedno- i dwudniowe warsztaty połączone nie tylko z chodzeniem po ogniu, ale i tłuczonym szkle. Firmy najczęściej zamawiają motywację w pigułce, czyli kilkugodzinne zajęcia zakończone właśnie spacerem po żarzących się węglach.
Według Barłożka specjalistów w tej dziedzinie wcale nie ma wielu. Stąd biorą się przypadki oparzeń. Wystarczy wpuścić ludzi na zbyt gorący żar albo pozwolić, by ktoś zatrzymał się na chwilę, na przykład pozując do zdjęcia. Warsztaty Perunu zamawiają firmy z różnych branż, głównie dla swych handlowców. – W tej grupie to świetnie się sprawdza. Uczy, że warto próbować spraw, które wydają się nie do załatwienia – wyjaśnia Tomasz Barłożek.
Paweł Dalaszyński, dyrektor poznańskiej spółki Vita Ubezpieczenia i Finanse, przyznaje, że jej agenci do dziś wspominają szkolenia motywacyjne z Rogalą, choć brali w nich udział kilka dobrych lat temu. On sam też je świetnie pamięta, tym bardziej że jako szef zespołu musiał dawać przykład kolegom wahającym się przed wejściem na rozżarzone węgle. – Dla wielu osób tamte warsztaty były przełomem. Nie tylko ze względu na węgle – zaznacza Dalaszyński. – Przełożyły się również na wyniki firmy; ludzie przez długi czas byli dużo bardziej zmotywowani, pełni zapału – dodaje.
Psychologowie jednak niejednoznacznie oceniają działanie takich kursów. – Nawet jeśli warsztaty wywołują u uczestników silne emocje, to trudno liczyć, by spowodowały u nich trwałą zmianę postaw i zachowań – mówi Joanna Heidtman, psycholog biznesu. Na to potrzeba czasu. Choć to prawda, że pierwszy efekt ma znaczenie, bo dla niektórych staje się bodźcem do podjęcia działań. Jednak taka motywacja nie trwa długo. – Motywacja to też emocje. Z czasem, gdy wspomnienia blakną, emocje wygasają – dodaje Heidtman.
[srodtytul]Złam szyją strzałę i rozbij deskę[/srodtytul]
Grot opiera się o szyję kobiety, a drugi koniec strzały o ścianę. Kobieta szybkim krokiem podchodzi do ściany. Strzała pęka. Potem to samo powtarzają inni uczestnicy warsztatów. Jeden po drugim podnoszą strzałę do szyi, szybki krok do ściany i starzała pęka.
– To metafora, która ma nam uzmysłowić, że wiele rzeczy, których się boimy, nie jest wcale groźnych. Może to zachęcić ludzi, by odważyli się na coś, o czym już wcześniej myśleli, np. na założenie własnej firmy – mówi Bartek Popiel, trener szybkiego czytania.
W ubiegłym roku wraz z narzeczoną wziął udział w kursie hipnotycznym Grzegorza Halkiewa, trenera NLP – czyli neurolingwistycznego programowania (z ang. neuro-linguistic programming), które korzystając z niekonwencjonalnych metod, modyfikuje utarte wzorce myślowe i postrzeganie. W trakcie zajęć oprócz łamania szyją strzały nadstawiali też brzuch, na który spadał nóż ostrzem w dół, spacerowali po tłuczonym szkle. –Narzeczona nawet skoczyła na szkło – dodaje Popiel. Sam Grzegorz Halkiew twierdzi, że jego warsztaty mają charakter poznawczy. – Chodzi o to, by nauczyć się koncentracji, odpowiedzialności i śmiałości i przekroczyć swoje uwarunkowania, w czym pomaga na przykład przejście przez ogień – tłumaczy.
NLP stosuje od kilku lat na swoich jednodniowych szkoleniach “Podróż bohatera” także Mariusz Szuba, mówca motywacyjny – polski odpowiednik amerykańskiego guru motywacji Anthony’ego Robbinsa, autora bestsellera “Obudź w sobie olbrzyma”. Kilkugodzinny występ Szuby to połączenie odpowiednio dobranych słów i treści, muzyki i interakcji z uczestnikami – wszystko, by wstrząsnąć emocjami. – Docieramy do punktu, w którym zmiana postawy jest możliwa. Przed szkoleniem wielu handlowców przyznaje, że odczuwa lęk przed kontaktami z klientem, zwłaszcza tymi najważniejszymi. Szkolenie ich zmienia, przestają się bać – podkreśla Szuba. Dodaje, że firmy wysyłają na jego spotkania nawet po 800 osób, licząc, że z większym zapałem będą sprzedawać firmowe produkty. Tak samo działa skok ze spadochronem – efekt dwudniowego szkolenia “Spotkanie z przeznaczeniem”.
– Czasami trzeba pokonać ogromny lęk, by zdecydować się na skok – mówi Szuba. Albo na rozbicie dłonią kilkucentymetrowej deski. – To znak, że dokonała się w kimś zmiana – zaznacza. Przyznaje, że dwa razy się zdarzyło, że ktoś złamał rękę. – Te osoby nie słuchały dokładnie tego, co mówię. Ale kilku tysiącom udało się to bezbłędnie. Bezpieczeństwo uczestników jest dla nas najważniejsze – wyjaśnia trener.
[srodtytul]Potrzeba akceptacji[/srodtytul]
Robert Wagner, dyrektor operacyjny w firmie IQFM, specjalizującej się w leasingu zespołów handlowych, przyznaje, że czasem na szkoleniach prowokuje trudne sytuacje.
– Wyznaczam swoim pracownikom takie zadania, z którymi wiem, że mogą sobie nie poradzić. Nawet gdy przejście nad błotem po linie kończy się upadkiem i złością pracownika. Budujemy w ten sposób zespół. Jeśli ktoś nie daje rady, to znaczy, że inni muszą mu pomóc – wyjaśnia.
Strach przed byciem gorszym i wstyd przed kolegami z pracy są bardzo dopingujące. Czasem za bardzo. Na forach internetowych nie brakuje wpisów od zdesperowanych pracowników, którzy pytają o radę, jak się wykręcić od budzącej ich przerażenie konkurencji na firmowym wyjeździe, a najlepiej od całej imprezy. – Nie ma sensu fundować pracownikom aktywności, do której się zmuszają. To się mija z celem – twierdzi Joanna Heidtman.
[srodtytul]Wersja light[/srodtytul]
Dlaczego mając lęk przestrzeni, godzimy się na przejście po linach? – To kwestia ludzkiego konformizmu, który ma związek z silną potrzebą akceptacji, nawet jeśli nie jest to nasza ulubiona grupa – wyjaśnia Heidtman.
– Chłopaki popisują się jedni przed drugimi– mówi Karol, menedżer w jednej z firm logistycznych, przyznając, że kiedyś naprawdę żal było mu szefa. Ma on lęk wysokości i prawie mdlał, chodząc po mostach linowych podczas firmowej wyprawy na poligon.
O takich sytuacjach nie ma mowy podczas wyjazdów incentive, którymi firmy nagradzają i motywują swych najlepszych pracowników, a jeszcze częściej partnerów handlowych. Tu nie ma miejsca na nadmierne ryzyko i stresy. Wyjazd incentive jest nagrodą, która ma dostarczyć wspaniałych przeżyć. Dlatego jeśli wyjazd na mundial – to taki, gdzie mecze ogląda się w prywatnej loży, a na stadion dolatuje helikopterem. Średni koszt takiej wyprawy sięga 8 – 12 tys. zł na osobę.
– To mają być unikalne emocje, których nie da się kupić na typowym, nawet luksusowym wyjeździe z biurem podróży – mówi Michał Czerwiński, szef firmy InDreams i prezes Stowarzyszenia Organizatorów Incentive Travel (SOIT). Szacuje się, że rynek wyjazdów motywacyjnych wart jest w Polsce około miliarda złotych, w USA natomiast to ponad 13 mld dol.
Według Agnieszki Milinković z NU Horizons, wiceprezesa SOIT, w wyjazdach incentive firmy teraz rzadziej wybierają wyczynowe atrakcje, głównie w obawie o bezpieczeństwo pracowników i klientów. Jej opinie potwierdza Arkadiusz Nowak z Nowak Adventure Travel.
– Firmy dmuchają na zimne. Jeśli słyszały, że gdzieś przy jakichś wyczynach wydarzył się wypadek, wolą nie ryzykować. Zamiast wyjazdów połączonych ze sportem ekstremalnym wybierają wyprawy przygodowe i szukają coraz to nowych, oryginalnych pomysłów – dodaje Nowak.
Według niego teraz modne są wyjazdy incentive do Australii i na Antarktydę, choć wielu klientów wybiera bliższe i krótsze oferty, na przykład wyprawę quadami starą trasą rajdu Paryż – Dakar na Ergu Wschodnim. Nie tylko ze względu na koszty – trudno przecież wysłać najlepszych sprzedawców na kilkutygodniową wyprawę.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA