fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wódz z bastionu św. Brygidy

Piotr Semka
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Zapamiętam księdza Jankowskiego jako duchowego ojca „Solidarności". Bez niego Sierpień’80 mógłby się potoczyć inaczej
Kto dziś pamięta, że do 1973 roku ten najsłynniejszy gdański kościół był ruiną? Stały gołe mury. W miejscu posadzki rosła trawa, a dachu nie było wcale. Blisko 30 lat po wojnie w centrum Gdańska przechodniów straszyły wypalone kościoły św. Jana, św. św. Piotra i Pawła oraz św. Bartłomieja z prowizorycznym dachem z desek i papy. Św. Brygida miała jednak szczęście.
[srodtytul]Opiekun stoczniowców [/srodtytul]
W 1970 roku ksiądz Henryk Jankowski objął parafię św. Brygidy i korzystając z gierkowskiej odwilży, zaczął odbudowywać świątynię. Parafia zasięgiem obejmowała proletariacką dzielnicę pełną sypiących się przedwojennych domów, ale na jej terenie znajdowała się też stocznia im. Lenina. Parafia św. Brygidy szybko stała się miejscem, do którego przychodzono z tysiącami spraw: od skarg na zapijaczonego męża po zgłaszanie dzieci na kolonie. Wysoki, potężnie zbudowany ksiądz Henryk pasował jak ulał do stoczniowej dzielnicy.
[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/semka/2010/07/13/wodz-z-bastionu-sw-brygidy/]skomentuj na blogu[/link][/b][/wyimek]
Pochodził z pobliskiego Starogardu Gdańskiego i dobrze znał gdańskie poplątane losy. Jego ojca powołano do Wehrmachtu, czego peerelowskie władze nie omieszkały wykorzystać do propagandowych ataków. Ksiądz Henryk zauważył, jaką traumą był dla gdańszczan Grudzień’70, i w 1977 roku, bez rozgłosu, na prośbę krewnych ofiar odprawił pierwszą mszę za duszę zamordowanych stoczniowców.
Nic więc dziwnego, że gdy w sierpniu 1980 roku w stoczni wybuchł strajk, to właśnie jego poproszono o odprawienie mszy. To wtedy 44-letni wówczas ks. Jankowski wszedł do historii. Uczestniczyłem w tej mszy po drugiej stronie stoczniowej bramy i widziałem, jak nabożeństwo wyzwala strajkujących z lęku. Jak poczucie wspólnoty zrodzone z religijnego uniesienia wzmacnia ich godność i przekonanie o słuszności sprawy. Ks. Henryk stał się symbolem "Solidarności".
Lech Wałęsa, który na gwałt uczył się wiedzy o życiu i świecie, uczynił z niego swego doradcę. Bez roztropnych rad kapłana początkujący lider związku zrobiłby znacznie więcej głupstw. Ks. Jankowski uczestniczy w odsłonięciu pomnika Grudnia‘70, a potem towarzyszy wszystkim najważniejszym epizodom "Solidarności" z lat 1980 – 1981.
Na ten chwalebny okres cieniem kładzie się uznanie go przez SB za cenny kontakt informacyjny. Nie oznacza to oczywiście, że kapłan był agentem SB. Wdał się jednak w polityczne gry i był nierozważny w doborze znajomych. Z chwilą wprowadzenia stanu wojennego, 13 grudnia 1981 roku, kończą się półcienie – SB uznaje ks. Henryka za wroga nr 1 w Gdańsku. A on staje się wodzem skrawka wolnej Polski.
[srodtytul]Biuro i forteca [/srodtytul]
Dziś to pustawe i zaciszne podwóreczko odbudowane w starogdańskim stylu, ale od 1980 roku do początku lat 90. dziedziniec św. Brygidy przypominał brzęczący ul. Jak żartowano, obok Berlina Zachodniego była to druga wolna wyspa na czerwonym morzu.
Poznałem ją dobrze w 1981 roku, gdy w suterenie domu parafialnego odbywały się zajęcia kółka samokształceniowego Ruchu Młodej Polski. Po 13 grudnia słynne były odprawiane w Brygidzie msze za ojczyznę – z patriotycznymi śpiewami gdańskich aktorów Teatru Wybrzeże i tysiącami palców układających się w znak wiktorii. Kazania księdza Henryka były odważne. Szybko stał się równie znany jak ksiądz Jerzy Popiełuszko i ksiądz Kazimierz Jancarz z Krakowa.
Dom parafialny zaś przypominał biuro "Solidarności" wypełnione zaaferowanymi działaczami i parafianami przychodzącymi po pomoc. Tam mieściło się także nieformalne centrum informacyjne. Tu przychodziliśmy wraz z kolegami z III Liceum w Gdańsku, informując o aresztowaniach i z prośbą o przesłanie wiadomości na Zachód, najlepiej do Radia Wolna Europa. Tu zwracały się o pomoc matki aresztowanych. Wszystkim zarządzał ksiądz Jankowski. Pełnił nie tylko funkcję proboszcza, ale i nieformalnego ambasadora "Solidarności", a także koordynatora akcji pomocy dla rodzin zatrzymanych.
Na podwórze Brygidy zajeżdżały ciężarówki z darami z całej Europy. To tu przyjeżdżali z kopertami pełnymi dolarów, marek czy koron wysłannicy zachodnich związków zawodowych, którzy wręczali je księdzu. Byli pewni, że pieniądze trafią do najbardziej potrzebujących. Tu, w apartamentach księdza Jankowskiego, Lech Wałęsa konferował z kościelnymi doradcami i zachodnimi ambasadorami.
Brygida pełniła niekiedy funkcję prawdziwej fortecy. Gdy na pobliskiej ulicy Rajskiej dochodziło do starć z ZOMO, zawsze wiedzieliśmy, że możemy schować się do kościoła. Na parafialnym podwórku przemawiali Lech Wałęsa i inni solidarnościowi herosi, którzy przybywali tu w ramach dziękczynienia po zwolnieniu z aresztu. Bywał tu także ksiądz Jerzy Popiełuszko, który bardziej obawiał się, że SB może przygotować jakąś prowokację przeciwko ks. Jankowskiemu, niż podejrzewał, iż sam padnie ofiarą porwania.
To do św. Brygidy wreszcie wraz z kolegami przynieśliśmy krzyże, które dyrekcja zdejmowała ze ścian naszej szkoły w 1984 roku. A gdy rok później mnie i moim kolegom z licealnej konspiracji SB zagroziła, że na Uniwersytet Gdański się nie dostaniemy, za to natychmiast zostaniemy wcieleni do wojska, ks. Henryk Jankowski zachęcił mnie, żebym zdawał na jedyną niekomunistyczną uczelnię – na KUL w Lublinie. Napisał nawet list do władz uczelni wyjaśniający, że w razie oblania egzaminu na KUL mogę stać się ofiarą zemsty bezpieki. Na studia zdałem, ale do dziś nie wiem, czy bardziej pomogła mi wiedza, czy ostrzegawczy list wodza bastionu św. Brygidy.
[srodtytul]Posmak luksusu [/srodtytul]
W drugiej połowie lat 80. prowokacje bezpieki są już rzadsze, ale rzadsze są też postsolidarnościowe demonstracje. Ale parafię wciąż wypełniają opozycyjne gwiazdy z Warszawy, za którymi przybywają zachodnie ekipy telewizyjne. W każdą niedzielę dziennikarze ABC, CBS czy ZDF, którym towarzyszą oszałamiająco piękne polskie tłumaczki, przychodzą nagrać wystąpienia Wałęsy. Powoli wytwarza się specyficzny dwór świętobrygidowy, gdzie mieszają się asystenci ks. Jankowskiego – zazwyczaj byli ministranci – z ludźmi z dworu Lecha Wałęsy. Zachodnie ekipy, które chcą mieć jak najszybszy dostęp do przywódcy "Solidarności", obsypują członków parafialnego dworu prezentami: paczkami pall-malli czy butelkami whisky.
Parafia powoli rozsmakowuje się w luksusie i światowości. Ale gdy powraca solidarnościowa fala, księdza Jankowskiego stać na sprawne dowodzenie pomocą protestującym. Oto na przykład w maju i sierpniu 1988 roku to ksiądz Henryk pomaga przełamać blokadę strajkującej stoczni – stworzył służbę tzw. kangurów. To 9 – 11-letnie dzieci ze stoczniowej dzielnicy, które znając każdą dziurę w zakładowym płocie, przerzucają na teren strajkującej stoczni plecaki ze sprzętem drukarskim i chlebem.
Ksiądz Jankowski jest człowiekiem o wielu twarzach. Godzi się na przykład, by powstało u niego duszpasterstwo anarchistów. Tam w kłębach tytoniowego i gandziowego dymu młodzi katolicy debatują ze zwolennikami pacyfistycznego ruchu Wolność i Pokój i Federacji Anarchistycznej.
Coraz częściej jednak na plebanii pojawiają się goście z najwyższej półki. Jane Fonda, senator Edward Kennedy, a niedługo potem sama premier Margaret Thatcher. Ksiądz prałat prosi wysoko postawionych gości na swe umeblowane ciężkimi gdańskimi meblami salony i olśniewa ich faszerowanymi bażantami i pieczonymi węgorzami. Zamiłowanie do luksusu znajduje teraz usprawiedliwienie – przecież nie wypada ich podejmować byle czym. Wałęsa, który sam powoli rozsmakowuje się w wykwintnym życiu, nie mityguje przyjaciela.
Ale już zbliża się Okrągły Stół.
[srodtytul]Na kościelnej scenie [/srodtytul]
A w 1990 roku ten pełen zgiełku dwór nagle cichnie. Wałęsa, po zwycięstwie w wyborach prezydenckich, przenosi się do Warszawy i wcale nie kwapi się ściągać tam swego duchowego doradcę. Takie opozycyjne tuzy zaś jak Adam Michnik czy Jacek Kuroń, którzy kiedyś traktowali parafię jak swój drugi dom, nagle zapominają o gdańskim przyjacielu. Krążą plotki, że ksiądz Jankowski ma obiecaną funkcję pierwszego biskupa polowego Wojska Polskiego, ale do żadnej nominacji w rezultacie nie dochodzi. A on już przywykł do celebry i do tego, że jest w centrum zdarzeń.
Teraz musi się zadowolić organizowaniem wojskowych capstrzyków połączonych z mszami z okazji narodowych świąt czy uroczystościami typu "pojednanie narodu z nową policją państwową". Próbuje też skłonić amerykańską milionerkę Barbarę Piasecką-Johnson do zainwestowania w Stocznię Gdańską.
Ksiądz Henryk traci miarę w umiłowaniu luksusu. Fotoreporterzy fotografują go w coraz bardziej efektownych strojach (biały garnitur wieczorowy czy galowy mundur oficera marynarki). Do tego stylu doskonale pasują występy Violetty Villas. Podobnie jak luksusowy mercedes "specjalnie przerabiany przez firmę z Bremy". Reporterzy popołudniówek z łatwością podpuszczają kapłana, prosząc go na przykład o wyliczenie zalet jaguara. Ale faza zachwytu nad wojskowym blichtrem mija i zaczyna się przesuwanie księdza Jankowskiego ku coraz bardziej niszowej prawicy. To wtedy właśnie pyta: "Ilu Polaków jest w rządzie?". A w kościelnym sklepiku można nabyć książki z tezą, że to Hitler był faktycznym założycielem Izraela.
Dla gdańskiej elity coraz bardziej skłaniającej się ku Platformie Obywatelskiej ta ewolucja księdza staje się wyzwaniem.
Na łamach „Rzeczpospolitej" Paweł Huelle pisze: „Przemawia jak gauleiter, gensek, a nie jak kapłan". I dalej: „Jest mutacją polskiego endeka z moczarowską, komunistyczną fobią plucia na obcego: Żyda, pedała, euroentuzjastę. To chory człowiek, nieszczęśliwy i potłuczony, który polskość wymieniłby w każdej chwili na dowolny paszport: volksdeutscha, Irakijczyka czy Rosjanina – gdyby szły za tym piękne szaty, nowe limuzyny, tytuły, ordery".
Cios był poniżej pasa. Czy Huelle zdawał sobie sprawę, że propaganda PRL atakowała ks. Jankowskiego „ojcem z Wehrmachtu"? Nie wiem, ale wiem, że wtedy granie Wehrmachtem nikogo w gdańskich elitach nie oburzało. Prałata Jankowskiego czekał jeszcze jeden cios – matka ministranta oskarżyła go o molestowanie seksualne syna. Śledztwo zostało umorzone. Prokuratura nie znalazła podstaw do stwierdzenia, że takie przypadki rzeczywiście były. Ksiądz został jednak usunięty ze stanowiska proboszcza św. Brygidy.
Ks. Jankowski gasł w oczach. Nakaz opuszczenia parafii bardzo go zabolał. Kolejne choroby przykuwały go na coraz dłuższe okresy do łóżka. A głupie pomysły jego otoczenia – np. produkcja wina Monsignore – pozwalały bulwarówkom przypominać o „burleskowym" prałacie z Gdańska. Dopiero parę tygodni temu arcybiskup Leszek Sławoj Głódź pozwolił mu ponownie głosić homilie w kościele św. Brygidy.
Po śmierci prałata dawni politycy „Solidarności" zlitowali się nad pamięcią o nim. Przypominają jego najbardziej bohaterskie czyny. Ja też zapamiętam proboszcza św. Brygidy w taki sposób – jako duchowego ojca „Solidarności". Bez niego Sierpień’80 mógłby się potoczyć inaczej. To on dodał stoczniowcom ducha i dlatego nic nie wymaże go z historii Polski.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA